niezalezna.pl - strefa wolnego słowa
4 grudnia 2016

Czy Putina podmienili? Łże jak pies w sprawie Ukrainy, a w Smoleńsku był wzorem rzetelności

Dodano: 20.03.2014 [21:57]
Czy Putina podmienili? Łże jak pies w sprawie Ukrainy, a w Smoleńsku był wzorem rzetelności - niezalezna.pl
foto: Radek Pietruszka/PAP
Gdy Władimir Putin po katastrofie w Smoleńsku posługiwał się kłamstwem, prowokacją i agresją, polskie media oraz większość polityków uważała go za „partnera” i „przyjaciela”. Dziś, gdy te same metody stosuje wobec Ukrainy, traktowany jest jak groźny, nieobliczalny i bezwzględny dyktator - pisze „Gazeta Polska”.

„Od lat upaja się rolą bezwzględnego dyktatora, który narzuca swoją wolę i własnym obywatelom, i tym wokół Rosji, którym jego dominacja się nie podoba” – napisał niedawno o Władimirze Putinie redaktor naczelny „Newsweeka” Tomasz Lis. Szef innego mainstreamowego medium Adam Michnik stwierdził z kolei na początku marca 2014 r.: „Oburza nas i brzydzi pełna kłamstw, hipokryzji i buty retoryka rosyjskich polityków, dyplomatów i propagandystów”.

Słowa obu publicystów doskonale obrazują zachowanie Kremla nie tylko w sprawie Ukrainy, lecz także po katastrofie smoleńskiej. Niestety – gdy dziennikarze „Gazety Polskiej” i politycy PiS używali podobnych określeń w odniesieniu do postawy Rosji wobec Smoleńska, potępiani byli przez środowisko Michnika i Lisa za „rusofobię”.

Przeciwko antyrosyjskiej histerii

Wiktor Suworow, pisarz i były oficer sowieckiego wywiadu, już w 2010 r. pisał w „GP”: „W Rosji rządzą przestępcy zdolni do każdej zbrodni. Nie mam dowodów na potwierdzenie tezy, że samolot Tu-154 strącili agenci rosyjskich służ specjalnych, ale jest rzeczą pewną, że byliby do tego zdolni”.

25 maja 2010 r. grupa rosyjskich dysydentów opublikowała w „Rzeczpospolitej” list otwarty w sprawie prowadzonego przez Rosjan śledztwa smoleńskiego. Była to reakcja na służalczą postawę władz RP wobec Moskwy. „Trudno się pozbyć wrażenia, że dla rządu polskiego zbliżenie z obecnymi władzami rosyjskimi jest ważniejsze niż ustalenie prawdy w jednej z największych tragedii narodowych” – mogliśmy przeczytać w apelu podpisanym m.in. przez dziennikarza Aleksandra Bondariewa, pisarza Władimira Bukowskiego oraz poetkę Natalię Gorbaniewską.

Także w światowych mediach pojawiły się głosy dopuszczające możliwość celowego zniszczenia samolotu przez Rosjan. Jedna z najpopularniejszych gazet w Izraelu – „Maariw” – opublikowała w kwietniu 2010 r. poświęcony katastrofie smoleńskiej tekst o znamiennym tytule „Zapach likwidacji”. Dziennikarz pisma „Be-Hadrej Haredim” pisał z kolei: „Możliwe, że Rosja i jej przywódcy, którzy – delikatnie mówiąc – nie lubili Kaczyńskiego, mogą być odpowiedzialni za jego śmierć”.

Tymczasem w Polsce zarówno politycy PO, jak i mainstreamowe media, robili wszystko, by Władimira Putina – dziś nazywanego „bezwzględnym dyktatorem” – przedstawić w jak najlepszym świetle. W ciągu kilku dni po katastrofie smoleńskiej „Gazeta Wyborcza” zdążyła wydrukować serwilistyczny apel o pojednanie z reżimem byłego pułkownika KGB (tytuł: „Dziękujemy wam, bracia Moskale”), artykuły chwalące rosyjskie władze (np. „Rosja robi wszystko, aby pomóc w śledztwie”) i teksty sugerujące, że rozbicie się polskiego samolotu było wynikiem nacisków Lecha Kaczyńskiego na pilotów oraz błędów załogi.

18 maja 2010 r. dziennikarz „GW” Marcin Wojciechowski (dziś rzecznik ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego) pisał: „To brzmi okrutnie, ale katastrofa pod Smoleńskiem to kolejna szansa na poprawę relacji polsko-rosyjskich (....). Kampania wyborcza w Polsce zarówno pięć lat temu, jak i dziś, toczyła się w znacznej mierze pod hasłem rusofobii głoszonej przez część polityków prawicy i związane z nimi media. Pięć lat temu symbolem rosyjskiej ekspansji w Polsce były spiskowe teorie wypływające na powierzchnię przy okazji afery Orlenu, że rosyjskie koncerny na zlecenie Kremla chcą przejąć polski sektor energetyczny. Nawet poważni politycy – z ówczesnym koordynatorem służb specjalnych Zbigniewem Siemiątkowskim włącznie – ulegli wówczas antyrosyjskiej histerii. Dziś widać, że obawy były bezpodstawne”.

Innym przykładem putinofilii był zamieszczony 16 kwietnia w „GW” tekst Piotra Stasińskiego, który tak oto pisał o uczestnikach audycji „Warto rozmawiać” poświęconej katastrofie smoleńskiej: „Pospieszalski, Krasnodębski i Gwiazda dawali upust własnym urazom i mrocznym pasjom. (...) Litania niedorzecznych podejrzeń i oskarżeń – sugestia rosyjskiego zamachu, nad którą dyskutanci się rozwodzili – brzmiała jak piekielna kampania polityczna przeciwko państwu. Była też wymierzona w szanse na polsko-rosyjskie pojednanie, które niespodziewanie wzrosły po tragedii smoleńskiej”.

Dezinformacja smoleńska i ukraińska

2 marca 2014 r. w tej samej „Gazecie Wyborczej” ukazał się tekst pt. „Kłamstwo za kłamstwem. Jak Rosja manipuluje faktami i wprowadza chaos informacyjny”. Z oburzeniem pisano w nim o dezinformacji stosowanej przez Kreml podczas relacjonowania sporu o Krym. „Na dezinformacje prowadzone na szeroką skalę nabierają się nawet najpoważniejsze media” – alarmowała „GW”. A w innym artykule, zatytułowanym „Rosja podrzuca fałszywki. Jak manipulują media podporządkowane Putinowi”, donosiła: „Trwa wojna propagandowa, mająca uzasadnić ewentualny najazd rosyjskiej armii na Krym. Rosyjskie media rozsiewają fałszywe informacje o atakach na Rosjan na Krymie i fali uchodźców”.

Kiedy jednak „Gazeta Polska” piętnowała manipulowanie faktami przez Moskwę przy sprawie katastrofy smoleńskiej (zmiana zeznań kontrolerów, wybijanie szyb w tupolewie, a potem bezczelne tłumaczenie, że do niszczenia wraku nie doszło, czy wreszcie „wrzutki” dotyczące „pijanego generała” i rzekomych nacisków prezydenta na pilotów), „GW” oraz inne mainstreamowe media kłamstw Rosji nie zauważały. Co więcej, ochoczo się w tę rosyjską propagandę wpisywały, samodzielnie rozwijając niektóre jej wątki.

Wacław Radziwinowicz, który dziś donosi z Moskwy o ukraińskich „kłamstwach i przemilczeniach” Kremla, ogłaszał 15 lipca 2010 r.: „Nasz informator uczestniczący w pracach rosyjskiego MAK mówił, że o 8.16 czasu warszawskiego, czyli 25 minut przed katastrofą, Protasiuk powiedział: »Jeśli nie wyląduję, będę miał przechlapane (przewalone)«”. Ów rosyjski informator albo oszukał naiwnego dziennikarza „GW”, albo został przez niego wymyślony, bo nawet Tatiana Anodina nie dosłuchała się podobnych słów w zapisie rozmów z kokpitu. Gdy zaś w styczniu 2011 r. „Komsomolskaja Prawda” napisała, że do katastrofy w Smoleńsku doprowadziła tajna instrukcja, zgodnie z którą samolot może odejść na lotnisko zapasowe tylko za zgodą „głównego pasażera” (oczywiście była to informacja wyssana z palca, a polskie wojsko zdementowało te rewelacje), zarówno polskie media, jak i rzecznik rządu Paweł Graś podchwycili i uwiarygodnili doniesienia prokremlowskiego dziennika.

Pełne zaufanie okazywano nie tylko rosyjskim źródłom, lecz także podległym Władimirowi Putinowi instytucjom. Po ogłoszeniu wstępnego raportu przez badający katastrofę smoleńską MAK wspomniany już Marcin Wojciechowski krytykował prasę mówiącą o możliwości zamachu, podpierając się ustaleniami Tatiany Anodiny. „Z całą pewnością na podstawie prac ekspertów wiadomo już, co nie było przyczyną katastrofy. Nie była to ani awaria, ani zamach. Lotnisko w Smoleńsku było 10 kwietnia tak samo wyposażone jak trzy dni wcześniej podczas wizyty premierów Polski i Rosji. Nie stwierdzono błędów kontrolerów lotu. (...) Ciekawe, czy teraz autorzy najbardziej fantastycznych wersji katastrofy przyznają się do błędu i przeproszą? Za dezinformowanie, budzenie upiorów, podsycanie podejrzliwości między samymi Polakami oraz Polakami i Rosjanami” – pisał Wojciechowski.

Dziś Marcin Wojciechowski jako rzecznik MSZ firmuje bojowe wystąpienia Radosława Sikorskiego przeciwko Rosji.

Całość artykułu w najnowszym wydaniu tygodnika „Gazeta Polska”
POLECANE WIDEO
Opinie użytkowników
Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | www.gazetapolska.pl | www.panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl