niezalezna.pl - strefa wolnego słowa
25 maja 2016

Piotr Gontarczyk o drodze do władzy PPR

Dodano: 12.10.2013 [18:36]
Piotr Gontarczyk o drodze do władzy PPR - niezalezna.pl
foto: Filip Błażejowski/Gazeta Polska
- Mogę nieobiektywnie rzec: jeśli ktoś chce coś wiedzieć o genezie PRL, to akurat tę książkę powinien przeczytać – mówi dr Piotr Gontarczyk, autor książki „Polska Partia Robotnicza. Droga do władzy 1941–1944”, w rozmowie z „Gazetą Polską”.

To już 3. edycja „Drogi do władzy”. Od 1 wydania, które błyskawicznie zniknęło z księgarskich półek, upłynęło niemal 10 lat. Pamiętam bardzo pozytywne recenzje Pana książki. Śp. prof. Paweł Wieczorkiewicz uznał ją za pracę wybitną. Równie pozytywnie wypowiadał się o niej prof. Marek Kamiński. Jednakże książka wywołała spory ferment w środowisku historyków. Czy trafiały się również opinie krytyczne?

Pojawiły się oczywiście krytyczne reakcje. Były to jednak opinie głównie krążące „po kątach”, nieprzelane na papier. Trudno się dziwić. Ta książka podważała tzw. dorobek naukowy niektórych historyków opisujących wcześniej dzieje polskiego podziemia, a w szczególności opracowań o komunistach z PPR. Skompromitowanych zostało wiele opasłych tomów fałszujących historię najnowszą Polski. Nie chcę tego dłużej rozwijać. Zamiast tego powiem, że przed ukazaniem się pozytywnej recenzji książki w prestiżowym piśmie naukowym „Dzieje Najnowsze”, w proteście przeciw publikacji pozytywnej recenzji tej książki prof. Kamińskiego, inni profesorowie PAN z redakcji pisma, Eugeniusz Duraczyński, Jerzy Borejsza, Tomasz Szarota, po, że tak powiem, ostrej wymienia poglądów, podali się do dymisji.

A nie mogli napisać negatywnej recenzji?
To się nazywa bezradność, prawda? Były potem i dwie krytyczne recenzje – wspominam o nich w książce, choć oceniać ich wartości nie chcę – ale nie próbowały one nawet podważać przedstawionej przeze mnie faktografii. W sumie nie czuję się zdruzgotany i uważam, że praca obroniła się i wyraźnie zmieniła sposób postrzegania Polskiej Partii Robotniczej. Mało kto kwestionuje fakt, że to była sowiecka agentura, a nie polska partia polityczna.

Jaką postawę po rozwiązaniu KPP w 1938 r. przyjęli polscy komuniści wobec Kominternu i ZSRS? Czy podejmowali próby działania wbrew zakazowi dotychczasowych protektorów?
Większość komunistów przebywających w Sowietach została wymordowana, w Polsce działalność KPP była słaba. Na dobrą sprawę partia „skończyła się” wraz z ucięciem płynących z Rosji pieniędzy. Działacze tej partii byli fanatykami religijnymi „nowej wiary” (komunizmu), więc o protestach w sprawie rozwiązania KPP nie mogło być mowy. Do wyjątków należał Leon Lipski, którego historia, którą opisałem w książce, ciekawie pokazuje, z jakim towarzystwem mamy do czynienia. Lipski był przeciwny rozwiązaniu KPP, więc kiedy w 1940 r. znalazł się na Kresach, towarzysze zadenuncjowali go NKWD. Cudem uniknął śmierci, a po wkroczeniu Niemców wrócił do Warszawy. Nawet pomagał, kiedy Moskwa założyła w Polsce PPR. Ale cóż, tu zdrady Kominternu się nie wybacza. W podziękowaniu za pomoc szef PPR Paweł Finder kazał go zlikwidować. Bo partia czuła się w obowiązku dopełnić „czekistowskiej sprawiedliwości”, której z przyczyn niezależnych „na zdrajcy” nie dopełniły wcześniej organa NKWD.

Czy Pakt Ribbentrop–Mołotow był dla polskich komunistów zaskoczeniem? Jak zareagowali na sowiecką aneksję połowy terytorium II Rzeczypospolitej?
Początkowo o sojuszu niemiecko-sowieckim nie mieli w ogóle pojęcia. W momencie rozpoczęcia II wojny światowej kominternowcy kierowali się linią polityczną VII Kongresu (z 1935 r.) głoszącą, że wrogiem numer 1 ruchu jest faszyzm. Stąd te wszystkie „patriotyczne” deklaracje polskich komunistów po wybuchu wojny, które do niebotycznych rozmiarów rozdęła propaganda PRL. Ale to było zwykłe nieporozumienie. Niedługo potem Komintern ogłosił, że wojna jest „obustronnie niesprawiedliwa”, więc „patriotyzm” i „chęć obrony Polski” przez komunistów szybko wyparowała.

Z dnia na dzień?
Tak, bo to była tylko propagandowa hucpa. Do zabawnej sytuacji doszło na terenie Francji, gdzie w pierwszych dniach września 1939 r. przebywający tam polscy komuniści oblegali polskie konsulaty, rejestrując się jako ochotnicy do wojska deklarujący pragnienie walki z Niemcami. Rzecz jasna, po jakimś czasie, gdy już się zorientowali, że Związek Sowiecki wspólnie z III Rzeszą dokonał rozbioru polskiego państwa, pragnienie dalszej walki w obronie Ojczyzny pod polskimi sztandarami wyparowało. Gdy zaczęli otrzymywać wezwania do służby w formowanym we Francji wojsku polskim, często ratowali się ucieczką m.in. do służby we francuskiej Legii Cudzoziemskiej albo musieli się ukrywać z powodu wcześniejszego „patriotyzmu”. No po prostu kabaret.

A co wtedy działo się w Polsce?
Kiedy do polskich komunistów dotarło, że ta wojna „to nie ich interes”, a potem jeszcze wkroczyli Sowieci, zaczęli gremialnie uciekać na wschód. Rola, jaką tam potem odegrali, nadaje się do określenia tylko jednym słowem: hańba. Zdrajcy, kolaboranci, donosiciele, aktywiści na komunistycznych wiecach, na których szydzono z upadku „byłej pańskiej Polski”. Najważniejszym problemem w kontaktach z Sowietami była ich przynależność partyjna, stanowiska, pieniądze, żywność. Mówiąc bardzo kolokwialnie: koryto.

Skąd wyszła inicjatywa utworzenia nowej polskiej partii podporządkowanej Moskwie, kto i dlaczego wymyślił dla niej nazwę pozbawioną przymiotnika „komunistyczna”?
Po ataku Niemców na Związek Sowiecki 27 sierpnia 1941 r. Stalin wezwał do siebie Dymitrowa. Podczas tego spotkania przekazał mu do realizacji swą decyzję o potrzebie utworzenia w Polsce nowej partii w miejsce KPP. Wymyślił jej nazwę („Polska Partia Robotnicza”) i formułę działania, która była mistyfikacją. Jej działacze mieli unikać nazwy „komunizm”, która w Polsce przed wojną, a po doświadczeniach z lat 1931–1941 w szczególności, była absolutnie jasna. Cała ta maskarada miała służyć jednemu celowi: porwaniu Polaków do walki z Niemcami, w ramach partyzantki, a najlepiej powstania. Moskwie chodziło o to, żeby przerwać niemieckie linie zaopatrzeniowe na front wschodni. Jak widać, cała zabawa w PPR na początku nie była dla Moskwy działalnością polityczną. To była klasyczna operacja dywersyjna, militarna. Szkody mieli ponieść Niemcy, a rachunki zapłacić Polacy.

Kim byli Mołojec, Nowotko, Finder i inni z nadania Moskwy przeznaczeni do kierowania tą partią i organizowania jej struktur w okupowanej Polsce?
Przede wszystkim byli to oddani obywatele sowieccy, zdeklarowani komuniści cieszący się pełnym zaufaniem Dymitrowa i Stalina, którzy w Moskwie upatrywali źródła wszechwiedzy i prawdy objawionej. Najlepiej to całe towarzystwo z KPP opisał już w 1934 r. Josek Mitzenmacher vel Mietek Redyko. Mitzenmacher, członek Komunistycznej Partii Polski, już w początkach lat 30. odszedł od swoich poglądów i zdecydował się na współpracę z polskimi władzami. Pan wybaczy, że zacytuję z książki: „Cała partia to kilka, a może kilkanaście tysięcy ludzi, najczęściej fanatyków, a jednocześnie wykolejeńców i histeryków, marzących o dorwaniu się do władzy drogą krwawego przewrotu i włączenia Polski do tzw. Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. […] Oczywiście KPP może istnieć jeszcze długo, nawet tak długo, póki nie wygaśnie sowiecko-rosyjski imperializm, zasilający ją ludźmi, hasłami i pieniędzmi. Różne powikłania w światowej i polskiej gospodarce niejednego jeszcze pociągnąć mogą do ideału komunistycznego, zwłaszcza ze sfer tzw. postępowo radykalnej inteligencji, zgoła nie orientującej się, jak naprawdę w praktyce robota KPP wygląda i jakie, w gruncie rzeczy, ma ona przed sobą cele. […] Nie sposób [...] lekceważyć ruchu komunistycznego w Polsce, bo w pewnych momentach może być on szkodliwy”.

Sporo Pan pisze o obyczajowości towarzyszy z PPR.
Chodzi o to, że bez poznania horyzontów tych ludzi, języka, jakim się posługiwali, życia osobistego czy intymnego nie jest możliwe zrozumienie wielu elementów ideologii komunistycznej. Niech każdy poczyta, obejrzy, z kim mamy do czynienia.

Jakie były cele PPR – te doraźne i strategiczne? Kto je wyznaczał?
Cele wyznaczane były przez Stalina. Zależało mu na sprowokowaniu na terenach polskich masowego powstania zbrojnego przeciwko Niemcom. PPR wzywała więc do masowej i natychmiastowej walki z hitlerowskim okupantem. Chodziło choćby o walki partyzanckie, o utrudnienie Niemcom zaopatrzenia na front wschodni. Tego nie dało się oczywiście robić pod komunistycznym szyldem, który był w Polsce niepopularny, więc PPR ukrywała swój kominternowski rodowód i posługiwała się patriotycznym sztafażem. Ale i tak się nie udało.
Od 1943 r., kiedy Sowieci mieli już nadzieję na wygranie tej wojny, rola PPR była nieco inna. Oczywiście hasła były takie same, ale cel już mniej doraźny, a bardziej strategiczny. Mniej chodziło już o wsparcie dla Armii Czerwonej, której szło już coraz lepiej na froncie, tylko o to, żeby biologicznie wyniszczyć Polaków.

To ostra teza. Jakie mamy dowody?
Cytuję konkretne sowieckie dokumenty, które oddają sposób myślenia sowieckiego kierownictwa. Kreml wiedział, że Polacy, katolicy, kompletnie nie pasują do systemu sowieckiego. Dlatego w drugiej połowie lat 30. w ZSRS wymordowano polską mniejszość. W 1943 r. Sowieci też wiedzieli, że z Polakami będzie kłopot. Że Polacy konspirują, mają swoje podziemne państwo, armię, rząd na uchodźstwie w Londynie, że stawią opór na Kresach, a przede wszystkim będą opierać się sowietyzacji. Wtedy Moskwa wzmocniła swoje działania na ziemiach polskich, działając przez PPR, a także przez różne grupy spadochronowe i dywersantów. Chodziło o to, żeby za pomocą masowych walk partyzanckich, a może nawet wybuch powstania po prostu wykrwawić, wyniszczyć Polaków. To pada wprost w sowieckich dokumentach: niech nie będą się w stanie bronić, kiedy tam przyjdziemy i będziemy wprowadzać komunizm.

To szokujące.
Tylko z punktu widzenia niewiedzy o komunistach. Proszę sobie wyobrazić, że prawdopodobnie od początku swojej działalności w Polsce kierownictwo PPR zajmowało się denuncjowaniem polskich konspiratorów do gestapo. Ci ludzie po prostu masowo wysyłali do Niemców listy Polaków, którzy są w konspiracji: nazwiska adresy, lokale drukarni. Raz nawet wybuchła w kierownictwie PPR ostra awantura, bo towarzysze oskarżali się nawzajem, że wydali własną drukarnię. Dopiero po latach okazało się, że oskarżenia były niesłuszne: zakapowano Niemcom adres innej niepodległościowej drukarni, a przy okazji zorganizowanej przez Niemców obławy wpadła także drukarnia PPR. Ta komunistyczna banda kłóciła się o tę sprawę i po wojnie. W 1948 r. sprawa była omawiana na posiedzeniu Biura Politycznego KC PPR. Ale to i tak była dość kulturalna, jak na PPR, polemika. W czasie wojny w tym towarzystwie załatwiano sprawy za pomocą noża i rewolweru. Nie wiadomo, jak zginął pierwszy sekretarz PPR Marceli Nowotko, ale jego następca Bolesław Mołojec zginął już w typowych dla tego środowiska wewnętrznych porachunkach.

Czy w Pana książce są inne równie ciekawe wątki na temat działalności PPR?
Jest ich wiele, i czegokolwiek Pan dotknie, wszystko jest niezbadane i trzeba zacząć od nowa. Przez 50 lat PRL nikt na przykład nie zadał poważnie pytania: skąd brały się pieniądze na działalność PPR? Polskie podziemie otrzymywało sporo pieniędzy z Londynu. A KC PPR? Trochę pieniędzy przywieźli z Moskwy, a potem żyli z bandytyzmu. Dosłownie: rabowali sklepy, zakłady rzemieślnicze, napadali na poczty, banki. Jak to pokazuje jeden z dokumentów z tego okresu, który cytuję, towarzysze w dzień działali w PPR, a w nocy „robili sklepy”. Zwyczajna gangsterka. Napadano i rabowano zwykłych ludzi. Ci gangsterzy potem zaczęli rządzić Polską. W książce publikuję dokumenty, że już po wojnie Władysław Gomułka kwitował w KC PPR pierścionki, obrączki, łańcuszki zabierane wcześniej ludziom przez UB. Dla mnie to był szok.

Ale wedle książek powstałych w czasach PRL komunistyczna partyzantka spod znaku GL-AL ma na koncie militarne sukcesy.
Tak, czytałem te książki. Ale jak zacząłem weryfikować fakty, okazało się, że to głównie literacka fikcja. Ta cała lista bitew, wysadzanych pociągów, zdobywanych stacji kolejowych – to akcje przesadzone, zmyślone albo „ukradzione” polskim organizacjom. Nie poruszyliśmy jeszcze wielu innych problemów dotyczących działalności komunistycznej partyzantki. Wedle książek, które Pan wspomina, GL-AL walczyła z Niemcami. Nic z tych rzeczy, bo oni się do tego po prostu nie nadawali. Gros akcji komunistów to głównie pospolity bandytyzm, prócz tego ataki na plebanie, polskie dwory, sklepy oraz lokalne placówki polskiego podziemia. Część oddziałów komunistycznych stanowiły zwykłe, często jeszcze przedwojenne bandy rabunkowe.

Czy Pan trochę nie przesadza?
Opisałem konkrety w książce, przede wszystkim na podstawie dokumentów wytworzonych przez samych komunistów. Trudno takie źródła dezawuować jako propagandę niechętną PPR. A tam jest wszystko, rzeczy, o których po prostu filozofom się nie śniło. Takich na przykład jak mordowanie Żydów przez PPR.

To dotychczas zapisywano głównie na konto NSZ, komuniści mieli ratować Żydów.
Tak, właśnie w tym duchu latami fałszowano historię, a potem znajdowałem dokumenty archiwalne, w tym także relacje Żydów, do których strzelali komuniści, a którym w niesłychanie szczęśliwych dla nich okolicznościach udało się wtedy uciec. To wyjątkowo mocne dowody. Komuniści wymordowali setki Żydów, z czego najwięcej chyba na Lubelszczyźnie. Są i inne poważne sprawy, jak masowe denuncjacje polskich konspiratorów do gestapo, o których wspominałem, duża liczba morderstw politycznych i rabunkowych, wymordowanie dwóch oddziałów AK. Generalny obraz PPR jest zatrważający. Mogę się tylko cieszyć, że to, co ustaliłem w tych sprawach, przebiło się do literatury fachowej i powoli przebija się do szkolnych podręczników. Cóż, mogę nieobiektywnie rzec: jeśli ktoś chce coś wiedzieć o genezie PRL, to akurat tę książkę powinien przeczytać.
"Chcesz zabrać głos w ważnej sprawie? Chcesz podzielić się z nami swoją opinią, swoim zdaniem? Wyślij darmowy SMS o treści GPC na 8068 (0 PLN). Wasz głos jest dla nas cenny. Regulamin na www.gpcodziennie.pl/SMS"
POLECANE WIDEO
Opinie użytkowników
Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | www.gazetapolska.pl | www.panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl