Upadek „Rzeczpospolitej”

Informacja o zwolnieniach w mediach Grzegorza Hajdarowicza to dobra okazja, by przypomnieć jego karierę biznesową. Jest ona bowiem bardzo charakterystyczna dla III RP – zwłaszcza tej za rządów Tuska. Otóż jakiś biznesmen, w bardzo wątpliwej sytuacji finansowej, po spotkaniu z rzecznikiem rządu nabywa jeden z większych dzienników w Polsce i najlepiej sprzedający się tygodnik „Uważam Rze”. Całość transakcji z państwem jest tak przeprowadzona, że właściwie Hajdarowicz za nic nie płaci. Dochodzi do wymiany redaktora naczelnego i dziennikarzy. W efekcie tygodnik, który sprzedawał się w liczbie średnio 140 tys. egzemplarzy, w tej chwili sprzedaje się w liczbie około 20 tys. Dziennik również pikuje. Hajdarowiczowi kupiono te dwa byty prasowe, aby je doprowadził do upadłości. W normalnym świecie ta sprawa byłaby przyczyną gigantycznej afery. U nas cisza. Ta sytuacja pokazuje, jak mocno władza wpływa na media. Eliminuje te, które są wobec niej krytyczne. Jest to przyjmowane z aprobatą przez główny nurt mediów. To najlepiej pokazuje stan państwa, w którym żyjemy.

Udostępnij

Wczytuję komentarze...

Przed wielką awanturą

Obok reformy sądownictwa jesień może zdominować temat dekoncentracji mediów. Projekt niedługo powinien trafić do Sejmu. Będzie to świetny moment do obejrzenia teatru politycznego – z rozdzieraniem szat i lamentami o niszczeniu wolności słowa.

Odzywają się dziś na ten temat publicyści i dziennikarze niemieckich wydawnictw – wątek zamachu na „wolne media” funkcjonuje już najwyraźniej jako wytyczna w obiegowych instrukcjach dla pracowników. To pod tym hasłem będzie próbował utrzymać swoją dominację na rynku kapitał niemiecki. Ale odzywają się także ludzie współodpowiedzialni za obecny stan rzeczy. Np. były członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Krzysztof Luft. Już przy sprawie reformy sądownictwa stwierdził, że reforma ta oznaczać może „koniec TVN, Polsatu, RMF, Zet”. Czemu uzdrowienie systemu sprawiedliwości ma mieć wpływ na istnienie tych stacji? Otóż sędziowie mogą już nie stać na straży postkomunistycznego status quo. Luft ujął to tak: „Kontrola niezawisłych sądów powstrzymywała dotąd KRRiT przed cofaniem koncesji dla mediów komercyjnych. (…) Teraz może to się zmienić”. To charakterystyczny głos byłego ministra Rady, której konstytucyjne uprawnienia polegają właśnie na przyznawaniu lub nie koncesji nadawcom. Luft otwarcie głosi, że to uprawnienie KRRiT jest ograniczone, dopóki sądownictwo jest kontrolowane przez ludzi systemu III RP. Warto przypomnieć, że jest to także głos rzecznika interesów konkretnych podmiotów. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji w składzie kontrolowanym przez PO-SLD-PSL na długo przed obowiązującymi terminami przyznała koncesje na kolejne 10 lat największym stacjom komercyjnym. Nie miało to żadnego merytorycznego uzasadnienia – tylko pośpiech, by załatwić to, nim zmieni się skład Rady. Koncesje rozgłośni RMF i ZET wygasają w 2018 r., członkowie KRRiT przyznali im więc kolejne 10-letnie już wiosną 2016 r. Wykorzystali lukę w prawie – nie jest bowiem określone, z jakim wyprzedzeniem można ubiegać się o przedłużenie koncesji i kiedy KRRiT może takie decyzje wydać. Można rzec – ludzie PO-PSL-SLD byli na tyle łaskawi, że nie poprzyznawali koncesji na kolejne dekady, do końca wieku. Jak widać, nie chodziło o dobro publiczne, wolność mediów ani pluralizm. Chodziło wyłącznie o interesy, o zachowanie postkomunistycznego układu sił.

Racjonalne argumenty przeciw dekoncentracji mediów Polsce znaleźć naprawdę trudno. Bo jak bronić sytuacji, w której 90 proc. prasy regionalnej znajduje się w rękach jednego wydawnictwa? Ta sprawa to kolejny przykład bezwładu instytucji państwa powołanych do chronienia interesu obywateli pod rządami PO-PSL. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów w 2013 r. wyraził zgodę, aby Polska Press kupiła media regionalne od wychodzącego z Polski wydawnictwa Mecom, którego własnością było blisko 50 proc. regionalnych gazet i portali. Dzięki tej zgodzie UOKiK w niemieckich rękach znalazło się 90 proc. z nich. Jest to przejaw dokładnie tego samego lekceważenia interesów kraju i jego obywateli, jaki widzimy przy działaniu instytucji państwa w przypadku VAT, Amber Gold czy reprywatyzacji w Warszawie.

Zanim więc zacznie się wielka awantura, przypomnieć warto kilka opinii ludzi niemających nic wspólnego z obozem dobrej zmiany.

Przytoczyła je na jednym z posiedzeń sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu w grudniu 2016 r. jej przewodnicząca Elżbieta Kruk.

Np. Stefan Bratkowski twierdził:

„Bardzo niebezpieczne jest urabianie opinii publicznej przez zagraniczne media o monopolistycznej pozycji, zwłaszcza w środowiskach lokalnych. Może to zagrozić obiegowi informacji w naszym kraju, spowodować, że w dyskusji o ważnych dla Polaków sprawach moderatorem będą tylko zagraniczne podmioty”.

Europejska Federacja Dziennikarzy, najbardziej wpływowa organizacja dziennikarska na naszym kontynencie, opublikowała raporty, według których obcy kapitał – w 75 proc. niemiecki – opanował 85 proc. rynku mediów w Europie Środkowej, w tym ponad 50 proc. rynku prasowego. Napisała czarno na białym: „Stary monopol państwa totalitarnego został w Europie Środkowej zmieniony na monopol obcego kapitału, gdzie niemieccy właściciele gazet w Polsce, Czechach i na Węgrzech próbują narzucać redakcjom swój zgodny z narodowym interesem punkt widzenia. To wielkie zagrożenie dla niezależnego dziennikarstwa i wolności myśli”. A także: „Na Zachodzie nauczono się, że za wpływami w gospodarce, w tym w mediach, idzie polityczne uzależnienie. Dlatego zachowuje się tam narodową kontrolę nad sektorami strategicznymi, a za takie uznawane są media. (…) Ściśle dba się tam też o dywersyfikację wpływów”.

I co jeszcze stwierdza? Ano, że „dominacja w mediach danego kraju przez innych prowadzi w prostej linii do uzależnienia politycznego”.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Sowieci wygrali, Rosja nie zapłaci

„Działania podejmowane przez Rosję w sferze militarnej w ciągu ostatnich lat wskazują, że jej przygotowania do ewentualnego konfliktu zbrojnego w Europie są prowadzone konsekwentnie i mają charakter trwały” – czytamy w opracowaniu Ośrodka Studiów Wschodnich.

Analitycy OSW jednoznacznie opisują manewry „Zapad-17”, o których mówi się, że poza wymiarem militarno-taktycznym mają także na celu utwierdzenie społeczeństw i rządów Europy w przekonaniu, że Rosja jest tak potężna, iż może wszystko i nie należy jej podskakiwać. No i nie podskakują. Nie mówię już o Zachodzie, który od dawna ślepy na jedno oko nie widział zagrożenia w komunizmie, uważał porządek pojałtański za wieczny, a dzisiejszą Rosję uznaje za gwaranta stabilności na Wschodzie. Mówię, niestety, także o części polityków w Polsce. Bo jak inaczej niż jako „niepodskakiwanie” traktować słowa wiceministra kultury Jarosława Sellina, że „nie ma podstaw prawnych, by domagać się reparacji od Rosji, bowiem Związek Sowiecki znalazł się po stronie zwycięzców II wojny światowej”? Takie stanowisko to albo strach, albo „przestawienie wajchy”. Nie wiem, co gorsze.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl