Betar

W 1993 r. wybrałem się z Jurkiem S. do Niemiec. Jechaliśmy nocą jego mercedesem ostatniej generacji. Pędził niczym rajdowiec pustą szosą. Celem wyprawy był Frankfurt nad Menem. Jurek po niespełna trzydziestoletnim pobycie w Niemczech zwijał swoje tamtejsze interesy.

Wrócił na stałe do Polski. Znaliśmy się od bardzo dawna. W latach wczesnej młodości łączyła nas zażyłość. Jurek S., zwany wtedy Kocim Łbem, był przywódcą bandy agresywnych wyrostków grasujących na Pradze w pobliżu Bazaru Różyckiego. Imponował odwagą i skutecznością w ulicznych bójkach, skłonnością do ryzyka i konsekwencją w realizacji swoich zamiarów. Był silną osobowością. Nasze drogi rozeszły się wcześnie. Jednak co jakiś czas spotykaliśmy się i zdawaliśmy sobie sprawozdania z tego, co się z nami dzieje. Jego kariera rozwijała się pomyślnie. Choć na początku zaliczył dwuletnią odsiadkę więzienną, od tamtej chwili szło mu całkiem nieźle; był inteligentny i przebiegły, kluczył i nie dawał się przyłapać na gorącym uczynku. Liczył się w kręgach przestępczych, zdobył tam autorytet. We wczesnych latach sześćdziesiątych stał na czele grupy zajmującej się kradzieżą i sprzedażą luksusowych aut z Zachodu Europy. Korzystali z usług skorumpowanych gliniarzy i proceder rozwijał się dobrze. Aż pękło najsłabsze ogniwo – wśród nich znalazł się kapuś. Nastąpiła wsypa. Koci Łeb uciekł z Polski w ostatnim momencie. Pozostali członkowie szajki zostali aresztowani i skazani na długoletnie wyroki więzienia.

Dżordż z Frankfurtu

Koci Łeb przez Jugosławię dotarł do Austrii i ostatecznie zadomowił się we Frankfurcie. Tam mieli siedzibę mocodawcy różnych ciemnych interesów i przestępczej działalności związanej także z Polską. Wypłynął na szersze wody. Sztab bossów docenił utalentowanego młodzieńca z Polski, zaczął więc otrzymywać od nich coraz poważniejsze zlecenia. Zajmował się ochroną salonów gry, burdeli, ściąganiem długów od opornych dłużników. Przez Jugosławię wywoził ludzi, którzy pragnęli opuścić Polskę. Raz wiózł w bagażniku samochodu ukrytą kobietę. Strzelali za nim pogranicznicy. Ochronę przed kulami stanowiły worki z piaskiem osłaniające uciekinierkę. Bywał kurierem wyprawiającym się po szlachetne kamienie do Afryki. Wspomniał o Liberii, Sierra Leone. Zajmował się przemytem ikon z Sowietów. Tak intensywna działalność łączyła się z niewątpliwym ryzykiem. Wpadł na dwa lata. Podczas odsiadki biegle opanował niemiecki. Tyle opowiedział o sobie podczas nocnej jazdy z dwoma odpoczynkami na kawę w przydrożnych motelach.

Teraz był statecznym panem przed sześćdziesiątką; elegancki ciemny garnitur z lekkiego tropiku, markowy zegarek na przegubie dłoni. Nadal poruszał się kołyszącym małpim krokiem, odwracając coraz okrągłą, kocią głowę, jakby spodziewał się nagłego ataku. Daleką odbył podróż z podwórek i bram Ząbkowskiej, Brzeskiej, Stalowej do niemieckich miast pełnych wieżowców, banków, hoteli i szerokich autostrad z pędzącym strumieniem luksusowych aut. Postanowił na stałe wrócić do Polski. Otworzył w Warszawie sklep, hurtownię, kupił mieszkanie. Spędziłem z nim pożegnalne trzy dni we Frankfurcie. Poznałem jego syna, który studiuje architekturę. Pokazał mi miejsce, gdzie znajdowało się więzienie, w którym odsiadywał wyrok. Był to ponury gmach z czerwonej cegły z pruskich czasów. Więzienie zburzyli i wyrósł tu szklany wieżowiec, siedziba jakiejś firmy. Obwiózł mnie po knajpach i kawiarniach dzielnicy wokół dworca kolejowego. Witany był jako stary znajomek. Dżordż, zwracali się do niego kelnerzy i barmani, mężczyźni o szerokich barach i kwadratowych szczękach. A ostatniego wieczoru zaprosił mnie do lokalu zajmującego pierwsze piętro kamienicy, która jako jedna z nielicznych ocalała podczas wojennych bombardowań miasta.

– To taki klubik – powiedział zagadkowo – nazywany przez bywalców Betar.

Dzieci warszawskich ulic

Wnętrze nobliwe; grube czerwone kotary zasłaniały drzwi i okna, jakieś obrazy w złoconych ramach. Przyjemny chłód klimatyzacji. W pierwszej sali stoły pokryte zielonym suknem, przy nich starsi panowie gustownie ubrani nad kartami, sączą drinki, palą cygara. W głębi stół bilardowy. Głuchy stuk bil wpadających do łuzy. Przeszliśmy do drugiej sali z długim barem z ciemnego drewna, zdobnym w mosiężne okucia. Na półkach różnokolorowe butelki z trunkami. Stoły przygotowane do posiłku, zastawa, sztućce, serwety. Przy jednym z nich kilku starszych panów spożywało posiłek. Podeszliśmy do nich. Koci Łeb przedstawił mnie jako pisarza z Warszawy.
– Swojak – powiedział – zna miasto na wylot.

Starsi panowie popatrzyli na mnie z zainteresowaniem. Słowo „miasto" w specyficznym rozumieniu to matecznik ciemnego występnego życia pod pozornie spokojną powierzchnią. Stanowi klucz dla wtajemniczonych. Więc to „miasto" spowodowało zmianę nastroju, ożywienie atmosfery w tej leniwej dotychczas rentierskiej ceremonii spożywania lekkiego, wieczornego posiłku. Zostaliśmy zaproszeni do stołu. Życzliwie spoglądają na mnie starsi panowie. Siwi i łysi, otyli i chudzi, każdy ze znacznym brzemieniem na karku; najmłodszy wyglądał na siedemdziesiątkę, najstarszy zaś mógł już przekroczyć osiemdziesiątkę. Bo ci starsi panowie, szanowani obywatele miasta Frankfurt, właściciele nieruchomości, firm budowlanych, importerzy, eksporterzy, posiadacze pokaźnych kont w bankach, akcji, papierów wartościowych, czerpiący dochody z odsetek, zabezpieczeni i spokojni o przyszłość swoją i swoich dzieci, o osobliwie brzmiących nazwiskach: Frankfurter (nomen omen), Grosmacher, Browarnik, Słuckier, Czaczkies, wszyscy oni byli z Warszawy. Biegali jako chłopcy po brukach Miłej, Dzikiej, Gęsiej, Krochmalnej, uczyli się w chederze pod surowym okiem mełameda, śpiewnie recytowali Talmud, mówili w jidysz. Ale nie nauka była im w głowie. To dzieci ulicy różnych epok naszego miasta.

Wcześnie porwał ich wir szemranych interesów, ryzykownych wyczynów. Wpatrywali się z podziwem w opromienionych legendą oprychów, poznawali zakazane knajpy, meliny. Sami byli pełni energii, ambitni, odważni, chciwi zakazanych owoców. Zapuszczali się do Warszawy gojów, podchodzili pod Bristol, Europejski, dworzec w Alejach Jerozolimskich, Prudential. Nie dawali sobie w kaszę dmuchać łobuzom z tamtej strony, którzy nazywali ich Żydziakami. Toczyli z nimi bójki, zawierali przymierza, jedni uczyli się od drugich. Terminowali u szopenfeldziarzy, kieszonkowców, oszukiwali w karty, najzdolniejszy już się wybił i podrabiał weksle. Ścigali ich chinty (gwarowe, oznacza policjanta), dojrzewali w objęciach dziewczyn lekkich obyczajów, poznawali areszty i więzienia przedwojennej Warszawy.

Przeżyć za wszelką cenę

Wybuchła wojna, zaczęła się okupacja. Getto, opaski z gwiazdą Dawida, zostali napiętnowani. Walka o przetrwanie, jedni za murem, inni ukrywają się po aryjskiej stronie, jeszcze inni uciekli na wschód do sowieckiej zony. Wszystkich cechowała wilcza żywotność, obca im była bierność i rezygnacja, pragnęli przeżyć za wszelką cenę, choć na ich oczach odbywała się zagłada całego narodu. Starsi panowie przypominają sobie odległe czasy, mówią coraz głośniej. Wznosimy oszronione kieliszki z wódką. Coraz bardziej warszawski stawał się ten dziwny klub Betar. Mieszają się i zderzają strzępy wspomnień. Wskrzeszony zostaje jakiś Josek Mordka, który zajmował się przerzutem żywności z aryjskiej strony do getta, worki ziemniaków, mąka, tłuszcz, delikatesowe smakołyki, miał blatnych policjantów, żandarmów, wydał go szpicel, rozwalony na placu Muranowskim. Przerywają sobie nawzajem, bardzo podnieceni.

Pamiętasz Szmula, to był gan! Całą familię zabrali na Umschlagplatz. Znałem go, mówi drugi, trzecia oficyna na Nalewkach, jego siostra Sara… Kłębi się w tych wspomnieniach Warszawa przedwojenna, okupacyjna i ta powojenna. Wracali z niemieckich i sowieckich obozów, wyłazili z piwnic i ziemianek, niektórzy przetrwali jawnie po aryjskiej stronie, mieli dobre papiery i dobry wygląd. Godlewski, Malinowski, tak się wtedy nazywali. Powojenny chaos sprzyjał rozmaitym pomysłom, nastało eldorado ciemnych interesów, raj dla zaprawionych w tym procederze urków, worów, ganów, jak w starej kminie nazywali się ci chłopcy z miasta. Zahartowani latami okupacji, walczyli o przetrwanie, nieraz ocierali się o śmierć, pragnąc nadrobić stracony czas, ani myśląc rezygnować ze swoich doświadczeń, umiejętności. Ale Warszawa już nie taka jak dawniej, morze ruin i zgliszcz, z których wyrasta inne, obce miasto. Zmienia się wszystko, kończy się szaber, przemyt, czarny rynek, przekręty dużego wymiaru. Zaciska się pętla, coraz częściej wpadki i odsiadki, poznali doskonale powojenne więziennictwo – Gęsiówka, Mokotów, Siedlce, Wronki, Sztum, wyliczają miejsca odosobnienia. Jeden z nich czerwienieje i wykrzykuje – Przypaliła mnie bladź nastajaszcza! Tfu – pluje na podłogę. – I świat to nazywa kochanką! Pamiętają grube, solidne mury sądów na Lesznie, nazwiska znanych adwokatów, Nowogródzki, de Virion, Palatyński, Szczerbiński…

Aj, ta Warszawa

Szybko kończyły się loty nad Wisłą. Jedni już pod koniec lat pięćdziesiątych opuszczają Warszawę, inni później. Zachodnie Niemcy stały się dla nich ziemią obiecaną. Ile milionów Żydów oni wymordowali, pyta retorycznie jeden, powiedz, panie pisarz! Każdy z nich stracił kogoś bliskiego z rąk hitlerowskich oprawców. Niemcy schodzili im z drogi, milczeli pokornie. Każdy im współczuł, żaden nie brał udziału w Endlosung. Byliśmy jak święte krowy, śmieje się najstarszy z nich; pamięta jeszcze Warszawę pod carskim zaborem. Wypłynęli na szersze wody. Tutaj mieli większe szanse niż gdzie indziej. Skupowali nieruchomości, zakładali firmy, przedsiębiorstwa, salony gry, burdele, przemycali szlachetne kamyki z Afryki, kwitł biznes samochodowy, przerzucali kradzione bryki do Polski, od Rusków szły starożytne ikony. Mieli pełne ręce roboty, ściągali zdolnych chłopaków z Warszawy, nie mieli żadnych uprzedzeń, goj czy amchu, byleby był charakterny, tolerancja typowa dla dawnego światka przestępczego, którą wynieśli z Warszawy. Teraz więc przy tej kolacji w Betarze cofnęli się w przeszłość, dopadła ich nostalgia, sentymentalne rozrzewnienie. Pomieszał się czas, tamte lata piękniały, te knajpy, cmokali, przedwojenne, powojenne, Simon i Stecki, Bukiet, Lij, Josek na Gnojnej, Picadilly, Dzik, Jeleń, Niedźwiadek, Stara Baśń, Polonia. Wróciła im warszawska cwaniacka mowa, więzienna kmina, w której jidysz miesza się z polskim. Ci kozacy od dużych przekrętów, macherzy, kombinatorzy wracają do źródeł, wszyscy oni są z Warszawy, to ich miasto, z którego ruszyli w daleką podróż.
– Aj, ta Warszawa… – zacmokał któryś. – Te ulice, domy, szynki…

Stateczni biznesmeni, szanowani obywatele miasta Frankfurt; płacą podatki, hojnie wspomagają gminę żydowską, dają datki na synagogę, odwiedzają Izrael – zgodnie podnoszą kieliszki, stukamy się szkłem. Pijemy za Warszawę. Siulim, Lechaim! Skąd wziął się Betar, nazwa tego klubu? Może któryś z nich dawno temu jako chłopiec należał do drużyny betarowców, żydowskich skautów, ćwiczył gimnastykę, wyjeżdżał na ćwiczenia i obozy, uczył się pionierskiego życia, szykował do Palestyny, gdzie powstawało żydowskie państwo.

Niezwykły wieczór zafundował mi Koci Łeb.
– Powinieneś to opisać – powiedział.
 

Udostępnij

Wczytuję komentarze...

Dlaczego lewica przestała być lewicą

Według liderki młodej lewicy Barbary Nowackiej świadczenia socjalne to „niepotrzebne rozdawnictwo”. Lewica już dawno oderwała się nie tylko od mas ludowych, ale nawet od własnych źródeł ideowych. Stała się tylko bardziej permisywną odmianą liberalizmu.

Dawno temu to lewica była tą opcją ideowo-polityczną, która brała w obronę najsłabsze i najbiedniejsze grupy społeczne i jednostki. W Wielkiej Brytanii na początku XX w. Partia Pracy dosyć skutecznie walczyła o poprawę warunków pracy, które w tamtym czasie były fatalne, szczególnie w walijskich kopalniach węgla. Później przez dziesiątki lat bardzo blisko współpracowała ze związkami zawodowymi w zakresie praw pracowniczych oraz walnie przyłożyła się do utworzenia powojennego państwa dobrobytu w Wielkiej Brytanii, którego instytucje zapewniały wsparcie finansowe i nie tylko bardzo szerokim grupom społecznym. 

W Niemczech jej odpowiednikiem była Socjaldemokratyczna Partia Niemiec (SPD), a w Polsce oczywiście słynny PPS – to m.in. dzięki Polskiej Partii Socjalistycznej Polska jako jedna z pierwszych w Europie w 20-leciu międzywojennym wprowadziła uregulowany tygodniowy czas pracy czy prawo głosowania dla kobiet. Z biegiem czasu partie lewicowe coraz głębiej wchodziły do politycznego mainstreamu, równocześnie oddalając się od swojej ludowej bazy. Siłą rzeczy coraz mniej zależało im też na reprezentowaniu interesów mas, gdyż przyjmowały mainstreamową optykę liberalną. 

Rządy lidera Partii Pracy Tony’ego Blaira wielu uważa za epicentrum tzw. neoliberalizmu, gdyż Blair skomercjalizował dużą część sektora publicznego. W Niemczech lewicowy kanclerz Gerhard Schröder najpierw przeprowadził reformy Hartz, które ograniczyły świadczenia socjalne i zderegulowały rynek pracy, a następnie ewakuował się na ciepłą posadkę do Gazpromu. A w Polsce postkomunista Leszek Miller obniżył podatek od dochodów korporacji i wprowadził liniowy PIT dla działalności gospodarczej, na który gremialnie przeszła polska klasa menedżerów i obecnie korzysta z niego większość polskich milionerów. Młoda lewica lubi powtarzać, że ona jest inna, prawdziwie lewicowa i wraca do korzeni. No cóż, liderka młodej lewicy Barbara Nowacka w programie Onet Rano u Jarosława Kuźniara pokazała wszem i wobec, jak się sprawy mają. Z jej liberalnymi hasłami bez wątpienia zgodziliby się zarówno Blair, jak i Schröder. 

Nie znają życia mas

Nowacka wzięła się do ostrej krytyki socjalnych pomysłów rządzących, twierdząc, że „państwo nie jest od tego, żeby pieniądze rozdawać, tylko umożliwić ludziom funkcjonowanie”. Z tym by się zgodził chyba nawet Janusz Korwin-Mikke, ale dalej Nowacka daje jednak sygnał, że widzi jakąś rolę państwa w wyrównywaniu szans, mówiąc: „PiS daje ludziom pieniądze, zamiast dać możliwość wykształcenia”. Nowacka podważa więc sens istnienia transferów pieniężnych, uznając jedynie usługi publiczne. Te drugie oczywiście są równie istotne, ale transfery pieniężne, które zresztą występują wszędzie na Zachodzie, mają podstawową zaletę – w szybki i prosty sposób pozwalają wesprzeć potrzebujących. 

Oczywiście są różne wymiary wykluczenia, ale najważniejszym z nich jest brak pieniędzy na zaspokojenie pewnych potrzeb. Ludzie mniej zamożni potrzebują w pierwszej kolejności pieniędzy, by zapłacić zaległe rachunki, kupić nieco lepsze jedzenie, dokonać niezbędnych napraw w samochodzie itd. Oczywiście mając nieźle płatną posadę na uczelni prowadzonej przez ojca, można sobie mędrkować, że usługi publiczne dają lepsze efekty w długim terminie, tylko że wielu ludzi ma niespełnione potrzeby różnego rodzaju tu i teraz, a nie za 10 lat. A więc pieniądze te realnie „umożliwiają ludziom funkcjonowanie”, a nawet „dają możliwość wykształcenia” – przecież 500+ bardzo często jest wydawane na dodatkowe zajęcia dla dzieci oraz korepetycje. To właśnie twarda gotówka w rękach często umożliwia zdobycie wy-kształcenia dzieciom z mniej zamożnych rodzin – można je np. wysłać na studia do miasta daleko od domu, płacąc im czynsz za mieszkanie. Dzięki temu nie muszą całymi dniami dorabiać w fast foodzie, tylko mogą się skupić na nauce. 

By podważać sens transferów pieniężnych w taki sposób, jak robi to Nowacka, trzeba w ogóle nie znać potrzeb i stylu życia osób z mniej zamożnych rodzin. Nie mówiąc już o tym, że Nowacka jakby w ogóle nie zauważała problemu nierówności – wykluczenie to nie tylko ubóstwo, ale też bardzo duże różnice w dochodach obywateli. A przecież nierówności usługami publicznymi się nie zasypie. 

Zapomnieli o fundamentach

To „rozdawanie pieniędzy” przez PiS Nowacka nazywa klientelizmem, gdyż obywatele uzależniają się od środków pieniężnych od państwa. Co byłoby lepsze według Nowackiej? Na przykład darmowe podręczniki albo bezpłatne posiłki w szkołach. Nowacka wspomina swoje czasy szkolne, gdy dostawała bony, za które mogła ode-brać piórnik, gumkę czy ołówek – i to miało być rzekomo lepsze, gdyż takie wsparcie jest skuteczniejsze. Czyli jeśli państwo prześle nam pieniądze na konto, to jest to klientelizm, ale jeśli nas bezpłatnie nakarmi, to wtedy już nie? Dlaczego bezpłatne dobra mają być bezpieczniejsze dla suwerenności obywateli niż transfery pieniężne? Przecież jest wręcz przeciwnie – to gotówka w rękach zwiększa autonomię jednostki. Można ją wydać na to, czego się potrzebuje, a nie być ograniczonym do tego, co wybierze państwo.

Nowacka krytykuje też fakt, że wsparcie socjalne w wykonaniu PiS-u trafia także do zamożnych. „Czy dzieci posłów potrzebują wyprawki?” – pyta. Według lewi-cowej liderki rządzący źle adresują swoją pomoc. I tu zdradza ona w pełni swoje liberalne podejście. Według klasycznego podziału są trzy modele opieki społecznej – liberalny, socjaldemokratyczny i konserwatywny. Te dwa pierwsze różnią się przede wszystkim tym, że w socjaldemokratycznym wsparcie jest powszechne, a w libe-ralnym trafia tylko do najbardziej potrzebujących – jest „adresowane”, jak powiedziałaby Nowacka. Na czym polega wyższość powszechnego modelu socjaldemo-kratycznego nad wybiórczym liberalnym? Przede wszystkim nie piętnuje osób pobierających świadczenia, bo pobierają je wszyscy. Nie rozbija także solidarności spo-łecznej – zamożni nie mogą powiedzieć, że łożą podatki na ubogich, bo wsparcie trafia także do nich. Poza tym to „adresowanie” bardzo często jest błędne, wyklu-czając wielu potrzebujących. Powszechność programów socjalnych eliminuje takie pomyłki. Szkoda, że Nowacka zapomniała o tych teoretycznych fundamentach tradycyjnej lewicy.

Nie wierzą w ludzi

Według Nowackiej politykę PiS-u charakteryzuje „niewiara w ludzi, że są dobrzy i mądrzy”. No cóż, niewiara w ludzi przebija przede wszystkim z wypowiedzi No-wackiej. Nie można im dać pieniędzy do ręki, bo wydadzą je nieodpowiednio. Trzeba im kupić piórnik, gumkę i ołówek, bo jak im się da na to pieniądze, to pewnie o czymś zapomną. Dotychczasowe badania dotyczące wydatkowania 500+ dowodzą jednak, że Nowacka „nie wierząc w ludzi, że są dobrzy i mądrzy”, głęboko się myli.

Tymczasem według badań European Social Survey aż 79 proc. polskich lewicowców uważa, że zasiłki socjalne powodują lenistwo. W ten sposób odpowiedziało też 61 proc. centrystów. Tymczasem najmniej odpowiedzi tego typu było wśród prawicowców (choć też dużo, bo 59 proc.). To chyba najlepszy dowód na to, komu obec-nie bliżej do grup wykluczonych. Współczesna lewica nie tylko oderwała się od mas ludowych, ale zerwała nawet z teoretycznymi podstawami swoich idei. Stała się jedynie permisywną odmianą liberalizmu. Pochodzący z dobrych domów lewicowcy nie wiedzą, jak żyją ich wykluczeni rodacy i jakie mają potrzeby. Nic dziwnego, że uznają transfery pieniężne za stratę kasy – w końcu im do szczęścia nie są potrzebne.
 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl