Betar

W 1993 r. wybrałem się z Jurkiem S. do Niemiec. Jechaliśmy nocą jego mercedesem ostatniej generacji. Pędził niczym rajdowiec pustą szosą. Celem wyprawy był Frankfurt nad Menem. Jurek po niespełna trzydziestoletnim pobycie w Niemczech zwijał swoje tamtejsze interesy.

Wrócił na stałe do Polski. Znaliśmy się od bardzo dawna. W latach wczesnej młodości łączyła nas zażyłość. Jurek S., zwany wtedy Kocim Łbem, był przywódcą bandy agresywnych wyrostków grasujących na Pradze w pobliżu Bazaru Różyckiego. Imponował odwagą i skutecznością w ulicznych bójkach, skłonnością do ryzyka i konsekwencją w realizacji swoich zamiarów. Był silną osobowością. Nasze drogi rozeszły się wcześnie. Jednak co jakiś czas spotykaliśmy się i zdawaliśmy sobie sprawozdania z tego, co się z nami dzieje. Jego kariera rozwijała się pomyślnie. Choć na początku zaliczył dwuletnią odsiadkę więzienną, od tamtej chwili szło mu całkiem nieźle; był inteligentny i przebiegły, kluczył i nie dawał się przyłapać na gorącym uczynku. Liczył się w kręgach przestępczych, zdobył tam autorytet. We wczesnych latach sześćdziesiątych stał na czele grupy zajmującej się kradzieżą i sprzedażą luksusowych aut z Zachodu Europy. Korzystali z usług skorumpowanych gliniarzy i proceder rozwijał się dobrze. Aż pękło najsłabsze ogniwo – wśród nich znalazł się kapuś. Nastąpiła wsypa. Koci Łeb uciekł z Polski w ostatnim momencie. Pozostali członkowie szajki zostali aresztowani i skazani na długoletnie wyroki więzienia.

Dżordż z Frankfurtu

Koci Łeb przez Jugosławię dotarł do Austrii i ostatecznie zadomowił się we Frankfurcie. Tam mieli siedzibę mocodawcy różnych ciemnych interesów i przestępczej działalności związanej także z Polską. Wypłynął na szersze wody. Sztab bossów docenił utalentowanego młodzieńca z Polski, zaczął więc otrzymywać od nich coraz poważniejsze zlecenia. Zajmował się ochroną salonów gry, burdeli, ściąganiem długów od opornych dłużników. Przez Jugosławię wywoził ludzi, którzy pragnęli opuścić Polskę. Raz wiózł w bagażniku samochodu ukrytą kobietę. Strzelali za nim pogranicznicy. Ochronę przed kulami stanowiły worki z piaskiem osłaniające uciekinierkę. Bywał kurierem wyprawiającym się po szlachetne kamienie do Afryki. Wspomniał o Liberii, Sierra Leone. Zajmował się przemytem ikon z Sowietów. Tak intensywna działalność łączyła się z niewątpliwym ryzykiem. Wpadł na dwa lata. Podczas odsiadki biegle opanował niemiecki. Tyle opowiedział o sobie podczas nocnej jazdy z dwoma odpoczynkami na kawę w przydrożnych motelach.

Teraz był statecznym panem przed sześćdziesiątką; elegancki ciemny garnitur z lekkiego tropiku, markowy zegarek na przegubie dłoni. Nadal poruszał się kołyszącym małpim krokiem, odwracając coraz okrągłą, kocią głowę, jakby spodziewał się nagłego ataku. Daleką odbył podróż z podwórek i bram Ząbkowskiej, Brzeskiej, Stalowej do niemieckich miast pełnych wieżowców, banków, hoteli i szerokich autostrad z pędzącym strumieniem luksusowych aut. Postanowił na stałe wrócić do Polski. Otworzył w Warszawie sklep, hurtownię, kupił mieszkanie. Spędziłem z nim pożegnalne trzy dni we Frankfurcie. Poznałem jego syna, który studiuje architekturę. Pokazał mi miejsce, gdzie znajdowało się więzienie, w którym odsiadywał wyrok. Był to ponury gmach z czerwonej cegły z pruskich czasów. Więzienie zburzyli i wyrósł tu szklany wieżowiec, siedziba jakiejś firmy. Obwiózł mnie po knajpach i kawiarniach dzielnicy wokół dworca kolejowego. Witany był jako stary znajomek. Dżordż, zwracali się do niego kelnerzy i barmani, mężczyźni o szerokich barach i kwadratowych szczękach. A ostatniego wieczoru zaprosił mnie do lokalu zajmującego pierwsze piętro kamienicy, która jako jedna z nielicznych ocalała podczas wojennych bombardowań miasta.

– To taki klubik – powiedział zagadkowo – nazywany przez bywalców Betar.

Dzieci warszawskich ulic

Wnętrze nobliwe; grube czerwone kotary zasłaniały drzwi i okna, jakieś obrazy w złoconych ramach. Przyjemny chłód klimatyzacji. W pierwszej sali stoły pokryte zielonym suknem, przy nich starsi panowie gustownie ubrani nad kartami, sączą drinki, palą cygara. W głębi stół bilardowy. Głuchy stuk bil wpadających do łuzy. Przeszliśmy do drugiej sali z długim barem z ciemnego drewna, zdobnym w mosiężne okucia. Na półkach różnokolorowe butelki z trunkami. Stoły przygotowane do posiłku, zastawa, sztućce, serwety. Przy jednym z nich kilku starszych panów spożywało posiłek. Podeszliśmy do nich. Koci Łeb przedstawił mnie jako pisarza z Warszawy.
– Swojak – powiedział – zna miasto na wylot.

Starsi panowie popatrzyli na mnie z zainteresowaniem. Słowo „miasto" w specyficznym rozumieniu to matecznik ciemnego występnego życia pod pozornie spokojną powierzchnią. Stanowi klucz dla wtajemniczonych. Więc to „miasto" spowodowało zmianę nastroju, ożywienie atmosfery w tej leniwej dotychczas rentierskiej ceremonii spożywania lekkiego, wieczornego posiłku. Zostaliśmy zaproszeni do stołu. Życzliwie spoglądają na mnie starsi panowie. Siwi i łysi, otyli i chudzi, każdy ze znacznym brzemieniem na karku; najmłodszy wyglądał na siedemdziesiątkę, najstarszy zaś mógł już przekroczyć osiemdziesiątkę. Bo ci starsi panowie, szanowani obywatele miasta Frankfurt, właściciele nieruchomości, firm budowlanych, importerzy, eksporterzy, posiadacze pokaźnych kont w bankach, akcji, papierów wartościowych, czerpiący dochody z odsetek, zabezpieczeni i spokojni o przyszłość swoją i swoich dzieci, o osobliwie brzmiących nazwiskach: Frankfurter (nomen omen), Grosmacher, Browarnik, Słuckier, Czaczkies, wszyscy oni byli z Warszawy. Biegali jako chłopcy po brukach Miłej, Dzikiej, Gęsiej, Krochmalnej, uczyli się w chederze pod surowym okiem mełameda, śpiewnie recytowali Talmud, mówili w jidysz. Ale nie nauka była im w głowie. To dzieci ulicy różnych epok naszego miasta.

Wcześnie porwał ich wir szemranych interesów, ryzykownych wyczynów. Wpatrywali się z podziwem w opromienionych legendą oprychów, poznawali zakazane knajpy, meliny. Sami byli pełni energii, ambitni, odważni, chciwi zakazanych owoców. Zapuszczali się do Warszawy gojów, podchodzili pod Bristol, Europejski, dworzec w Alejach Jerozolimskich, Prudential. Nie dawali sobie w kaszę dmuchać łobuzom z tamtej strony, którzy nazywali ich Żydziakami. Toczyli z nimi bójki, zawierali przymierza, jedni uczyli się od drugich. Terminowali u szopenfeldziarzy, kieszonkowców, oszukiwali w karty, najzdolniejszy już się wybił i podrabiał weksle. Ścigali ich chinty (gwarowe, oznacza policjanta), dojrzewali w objęciach dziewczyn lekkich obyczajów, poznawali areszty i więzienia przedwojennej Warszawy.

Przeżyć za wszelką cenę

Wybuchła wojna, zaczęła się okupacja. Getto, opaski z gwiazdą Dawida, zostali napiętnowani. Walka o przetrwanie, jedni za murem, inni ukrywają się po aryjskiej stronie, jeszcze inni uciekli na wschód do sowieckiej zony. Wszystkich cechowała wilcza żywotność, obca im była bierność i rezygnacja, pragnęli przeżyć za wszelką cenę, choć na ich oczach odbywała się zagłada całego narodu. Starsi panowie przypominają sobie odległe czasy, mówią coraz głośniej. Wznosimy oszronione kieliszki z wódką. Coraz bardziej warszawski stawał się ten dziwny klub Betar. Mieszają się i zderzają strzępy wspomnień. Wskrzeszony zostaje jakiś Josek Mordka, który zajmował się przerzutem żywności z aryjskiej strony do getta, worki ziemniaków, mąka, tłuszcz, delikatesowe smakołyki, miał blatnych policjantów, żandarmów, wydał go szpicel, rozwalony na placu Muranowskim. Przerywają sobie nawzajem, bardzo podnieceni.

Pamiętasz Szmula, to był gan! Całą familię zabrali na Umschlagplatz. Znałem go, mówi drugi, trzecia oficyna na Nalewkach, jego siostra Sara… Kłębi się w tych wspomnieniach Warszawa przedwojenna, okupacyjna i ta powojenna. Wracali z niemieckich i sowieckich obozów, wyłazili z piwnic i ziemianek, niektórzy przetrwali jawnie po aryjskiej stronie, mieli dobre papiery i dobry wygląd. Godlewski, Malinowski, tak się wtedy nazywali. Powojenny chaos sprzyjał rozmaitym pomysłom, nastało eldorado ciemnych interesów, raj dla zaprawionych w tym procederze urków, worów, ganów, jak w starej kminie nazywali się ci chłopcy z miasta. Zahartowani latami okupacji, walczyli o przetrwanie, nieraz ocierali się o śmierć, pragnąc nadrobić stracony czas, ani myśląc rezygnować ze swoich doświadczeń, umiejętności. Ale Warszawa już nie taka jak dawniej, morze ruin i zgliszcz, z których wyrasta inne, obce miasto. Zmienia się wszystko, kończy się szaber, przemyt, czarny rynek, przekręty dużego wymiaru. Zaciska się pętla, coraz częściej wpadki i odsiadki, poznali doskonale powojenne więziennictwo – Gęsiówka, Mokotów, Siedlce, Wronki, Sztum, wyliczają miejsca odosobnienia. Jeden z nich czerwienieje i wykrzykuje – Przypaliła mnie bladź nastajaszcza! Tfu – pluje na podłogę. – I świat to nazywa kochanką! Pamiętają grube, solidne mury sądów na Lesznie, nazwiska znanych adwokatów, Nowogródzki, de Virion, Palatyński, Szczerbiński…

Aj, ta Warszawa

Szybko kończyły się loty nad Wisłą. Jedni już pod koniec lat pięćdziesiątych opuszczają Warszawę, inni później. Zachodnie Niemcy stały się dla nich ziemią obiecaną. Ile milionów Żydów oni wymordowali, pyta retorycznie jeden, powiedz, panie pisarz! Każdy z nich stracił kogoś bliskiego z rąk hitlerowskich oprawców. Niemcy schodzili im z drogi, milczeli pokornie. Każdy im współczuł, żaden nie brał udziału w Endlosung. Byliśmy jak święte krowy, śmieje się najstarszy z nich; pamięta jeszcze Warszawę pod carskim zaborem. Wypłynęli na szersze wody. Tutaj mieli większe szanse niż gdzie indziej. Skupowali nieruchomości, zakładali firmy, przedsiębiorstwa, salony gry, burdele, przemycali szlachetne kamyki z Afryki, kwitł biznes samochodowy, przerzucali kradzione bryki do Polski, od Rusków szły starożytne ikony. Mieli pełne ręce roboty, ściągali zdolnych chłopaków z Warszawy, nie mieli żadnych uprzedzeń, goj czy amchu, byleby był charakterny, tolerancja typowa dla dawnego światka przestępczego, którą wynieśli z Warszawy. Teraz więc przy tej kolacji w Betarze cofnęli się w przeszłość, dopadła ich nostalgia, sentymentalne rozrzewnienie. Pomieszał się czas, tamte lata piękniały, te knajpy, cmokali, przedwojenne, powojenne, Simon i Stecki, Bukiet, Lij, Josek na Gnojnej, Picadilly, Dzik, Jeleń, Niedźwiadek, Stara Baśń, Polonia. Wróciła im warszawska cwaniacka mowa, więzienna kmina, w której jidysz miesza się z polskim. Ci kozacy od dużych przekrętów, macherzy, kombinatorzy wracają do źródeł, wszyscy oni są z Warszawy, to ich miasto, z którego ruszyli w daleką podróż.
– Aj, ta Warszawa… – zacmokał któryś. – Te ulice, domy, szynki…

Stateczni biznesmeni, szanowani obywatele miasta Frankfurt; płacą podatki, hojnie wspomagają gminę żydowską, dają datki na synagogę, odwiedzają Izrael – zgodnie podnoszą kieliszki, stukamy się szkłem. Pijemy za Warszawę. Siulim, Lechaim! Skąd wziął się Betar, nazwa tego klubu? Może któryś z nich dawno temu jako chłopiec należał do drużyny betarowców, żydowskich skautów, ćwiczył gimnastykę, wyjeżdżał na ćwiczenia i obozy, uczył się pionierskiego życia, szykował do Palestyny, gdzie powstawało żydowskie państwo.

Niezwykły wieczór zafundował mi Koci Łeb.
– Powinieneś to opisać – powiedział.
 

Udostępnij

Wczytuję komentarze...
Najnowsze opinie
Czas zbliżenia z Polską

Czas zbliżenia z Polską

Polska Wschodnia i Północna…

Polska Wschodnia i Północna…

Polski fenomen

Polski fenomen

Węzeł koreański

Węzeł koreański

 Kultura niepodległa?

Kultura niepodległa?

Czas zbliżenia z Polską

W czasie wizyty w Waszyngtonie mieszkam w hotelu „Willard”, znajdującym się niedaleko Białego Domu. Gdy wracam do hotelu po kolejnym spotkaniu z przedstawicielami amerykańskiej administracji (tym razem z Danem Mullaneyem odpowiadającym za handel z Europą), wsiadam do windy, ale przytrzymuję drzwi, aby mogło wejść starsze amerykańskie małżeństwo oraz jakiś jankes w garniturze.

Drzwi się zamykają, ale ktoś jeszcze zdołał wpaść do środka. Krótkie spodenki, t-shirt, zziajany i spocony, widać, że miłośnik joggingu ma parę kilometrów w nogach. Patrzę, a na jego koszulce znak… Polski Walczącej. To wiceminister obrony narodowej Tomasz Szatkowski, który wraz z ministrem Antonim Macierewiczem, ministrem Witoldem Waszczykowskim, a także moją skromną osobą wezmą udział w corocznej konferencji CEPA. To skrót od Center for European Policy Analysis.

Era Trumpa: czas na nowych partnerów USA w UE

Konferencja zdominowana jest przez Amerykanów oraz reprezentantów naszego regionu. Poza szefami MSZ-etu i MON‑u Polski jest też prezydent Łotwy Raimonds Vejonis, szef MSZ-etu Węgier Peter Szijjarto, ale też sekretarz stanu MSZ-etu Słowacji Ivan Korčok, minister obrony Estonii Juri Luik, wiceszefowie MON‑u Czech (Daniel Kostoval) i Łotwy (Janis Garisons), wreszcie znany z niechęci do Rosji szef MSZ-etu Litwy Linas Linkievicius. Są też: generał z Estonii, przedstawiciel prezydenta Rumunii i wielu wpływowych Amerykanów, poczynając od generała Marka A. Milleya (szefa sztabu armii USA), Kurta Volkera, amerykańskiego negocjatora w sprawie Ukrainy czy Richarda Hookera z Narodowej Rady Bezpieczeństwa USA. Tematyka konferencji jest taka, jak polityczno-militarna rzeczywistość w relacjach amerykańsko-europejskich w erze Trumpa: szczególne zwrócenie uwagi na Polskę, kraje bałtyckie i Grupę Wyszehradzką.

Temat pierwszego panelu (z udziałem ministrów spraw zagranicznych Polski i Węgier) dotyczył właśnie relacji między USA a V4, czyli Wyszehradem. Kolejne natomiast mają koncentrować się na „Reformie NATO w XXI w.”, „Przyszłości relacji transatlantyckich: wpływ relacji USA–Rosja na bezpieczeństwo euroatlantyckie”, a także na wojnie informacyjnej w czasie konfrontacji Zachód–Rosja oraz na temacie „Migracja i bezpieczeństwo: perspektywy USA i Europy”. Jest też mowa o „Przyszłej obecności militarnej USA w Europie” – zarówno w kontekście zmieniających się okoliczności geopolitycznych, a także nowych wyzwań w postaci wojny hybrydowej, cyberataków, terroryzmu i adekwatnych międzynarodowych i lokalnych odpowiedzi na te wyzwania. Nie ma w tym jakoś ani Niemiec, ani Francji, ani Wielkiej Brytanii. Ale konweniuje to z wygłoszonym przez prezydenta Donalda J. Trumpa przemówieniem na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ w Nowym Jorku, gdy po raz kolejny wspomniał o Polsce.

Siła amerykańskiej prawicy

Rzeczywiście, w tym samym czasie w Stanach Zjednoczonych w ramach polskiej ofensywy obecni byli prezydent Andrzej Duda, ministrowie spraw zagranicznych i obrony narodowej, wiceminister z MON‑u, a także „polski komponent” w ramach Parlamentu Europejskiego. To dobre miejsce, aby przybliżyć spotkania, w których miałem okazję brać udział od ostatniego poniedziałku, reprezentując prezydium Grupy Politycznej Europejskich Konserwatystów i Reformatorów w PE. Całe spektrum instytutów, fundacji, think tanków i mediów, które tworzą zaplecze dla republikańskiej większości w Senacie i Izbie Reprezentantów oraz republikańskiego prezydenta, było kolejnym dla mnie doświadczeniem wielobarwności, a przez to siły amerykańskiej prawicy.

Wymienię te republikańskie podmioty, z których szefami podczas tych czterech dni w Waszyngtonie mogłem się spotkać: CATO Institute, Congressional Institute, Newsmax, Mornings on the Mall, Republican National Committeee, Hudson Institute, Heritage Foundation, American Enterprise Institute, White House Writers Group czy już tu wspomniana Center for European Policy Analysis, jak również Kyle House Group, IRI (International Republic Institute), Instytut Konkurencyjnej Przedsiębiorczości, OPIC (Overseas Private Investment Corporation) oraz agenda państwowa, jaką jest USTR (United States Trade Representative).
Widziałem się też z politykami: Viktorią Coates – ważną doradczynią prezydenta Trumpa, członkiem Rady Bezpieczeństwa Narodowego, odpowiedzialną za negocjacje międzynarodowe (w rozmowie ze mną entuzjastycznie wspominała wizytę prezydenta USA w Warszawie, któremu towarzyszyła), Paulem Tellerem – doradcą Trumpa do spraw legislacyjnych, Dustinem Brownem – zajmującym się budżetem i zasobami kadrowymi Białego Domu, Milesem Taylorem – odpowiedzialnym za bezpieczeństwo wewnętrzne USA, Christopherem J. Andersonem – odpowiadającym w Departamencie Stanu za negocjacje z Ukrainą, Justonem Johnsonem – dyrektorem politycznym Krajowego Komitetu Republikańskiego czy wreszcie generałem Michaelem Haydenem, byłym szefem CIA (z administracji George’a Walkera Busha).

Były też spotkania ze specjalistami od kampanii wyborczych, w tym z Coreyem Lewandowskim, naszym rodakiem, który przez długi czas był szefem kampanii wyborczej zwycięskiego prezydenta D.J. Trumpa, a także Stephenem Moore’em. Ten ostatni dość przekonująco tłumaczył, że sukces kandydata Republikanów w wyborach na 45. prezydenta USA spowodowany był także tym, że Trump był wszechobecny: ci, którzy go brutalnie atakowali, najpierw przyczynili się do jego niebywałej rozpoznawalności, by potem uczynić z niego główny punkt odniesienia. Skądinąd Moore, istotny człowiek Heritage Foundation, podkreślał, że Trump wcześniej występował w telewizyjnych show, a więc docierał do ludzi, których polityka w ogóle nie obchodziła... Mr. Moore noszący starszą, bardziej konserwatywną i nobliwą wersję imienia Steven – czyli Stephen – w swoim wystąpieniu cytował polskiego papieża Jana Pawła II i odnosił się do Polski, choć gdy odprowadzałem go do wyjścia, wyznał, że nigdy nie był ani w Polsce, ani w naszym regionie Europy. Został więc zaproszony.

Polskie polityczne żagle

Przed wizytą w Waszyngtonie spędziłem niespełna dobę w Chicago, najbardziej „polskim” mieście poza naszym krajem. Tam mój program zawierał wyłącznie spotkania z przedstawicielami polskich organizacji, muzeów, instytucji kultury, licznych naszych mediów oraz Kościoła rzymskokatolickiego. Można więc powiedzieć, że były to dwa uzupełniające się światy: „nasze” Chicago i amerykański, polityczny Waszyngton. Oby owe „polskie Chicago”, będące metaforą polskiego lobby miało coraz większy i realny wpływ na amerykańską politykę. Czas najwyższy. Jesteśmy bowiem w sytuacji niebywałej koniunktury w relacjach Warszawy i Waszyngtonu, ale przy nawet bardzo pomyślnych wiatrach optymalne byłoby jeszcze właściwe ustawienie żagli. Te żagle to synonim roli amerykańskiej Polonii czy też „polskiej Ameryki”, którą tworzą zarówno Amerykanie w drugim, trzecim, czwartym, piątym, szóstym i dalej – pokoleniu funkcjonującym w USA, ale też polscy imigranci, polityczni i ekonomiczni oraz ich dzieci – wszyscy mający amerykańskie paszporty. To jednak materiał na osobny artykuł. Warto jednak uświadomić sobie, że mamy bodaj największą od lat 80. czy 90. – ba, może od czasów prezydenta Woodrowa Wilsona sprzed wieku! – hossę w naszych relacjach ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej. Polska jako jeden z czterech europejskich członków NATO – obok Wielkiej Brytanii, Grecji i Estonii – co najmniej 2 proc. PKB przeznacza na obronność, co Trump jeszcze jako „kandydat na kandydata” Republikanów na prezydenta publicznie doceniał. Ale też po brexicie Polska staje się wewnątrz UE głównym, strategicznym partnerem politycznym i militarnym  dla USA. Do tego dochodzą względy gospodarcze i wspólny, polsko-amerykański sprzeciw wobec Gazociągu Północnego. To ze strony Białego Domu podyktowane jest chęcią eksportu do Europy amerykańskiego gazu z jednej, a dywersyfikacją źródeł energii dla Polski – z drugiej strony.

Ciężkim grzechem zaniechania byłoby, gdybyśmy nie skorzystali z tej dziejowej koniunktury.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Polska Wschodnia i Północna – ziemie zapomniane?

Rząd PiS‑u zwraca dużą uwagę na inwestycje na wschodzie Polski. To w dużym stopniu decyzja polityczna, ściśle związana z uwarunkowaniami podziału na Polskę A i Polskę B. Ale wiele wskazuje na to, że wkrótce to północne obszary kraju zaczną domagać się od polityków większego zainteresowania.

Regres ziem wschodnich to tradycyjne wyzwanie dla polskiej polityki rozwojowej. Od początku lat 90. XX w. zanik lokalnej wytwórczości i wielkoobszarowego PGR-owskiego rolnictwa, któremu towarzyszył rozwój przemysłu spożywczego, upadek połączeń kolejowych i autobusowych, doprowadził do stopniowego wyludniania ściany wschodniej. Zrozumiała ucieczka młodych oraz ludzi w sile wieku, zdolnych do pracy, doprowadziła do znaczącego wyludnienia wschodnich rejonów.

Dzietniejszy, uboższy Wschód

Nawet migracja zarobkowa nie zapobiegła strukturalnemu ubóstwu i bezrobociu (mieliśmy raczej do czynienia z samonapędzającym się regresem). I nawet jeśli przez lata wiele mówiono o potrzebie zrównoważonego rozwoju, a środki unijne zapewniały punktowe inwestycje w większe miasta wschodniej Polski, to całościowo rzecz przedstawiała się kiepsko. Poza tym dla władz Platformy Obywatelskiej liczyły się przede wszystkim niektóre obszary ziem zachodnich i Gdańsk. Bardziej zorientowane politycznie na prawo rejony wschodnie karano brakiem sensownego zainteresowania.

Wymowne dane, pokazujące skalę ubóstwa rodzin na wschodzie Polski, zawiera opracowanie Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, dotyczące świadczeń wychowawczych i polityki rodzinnej. Proporcjonalnie z największych środków korzystają dzieci z województw lubelskiego, podkarpackiego i podlaskiego. Ktoś powie: to również regiony o większej dzietności, więc nic dziwnego, że płyną tam większe środki. To prawda, ale od lat badaczki i badacze ubóstwa oraz stowarzyszenia zrzeszające duże rodziny podkreślają, że ubóstwo w Polsce to przede wszystkim znaczne zagrożenie dla rodzin wielodzietnych i takich, w których są niepełnosprawni podopieczni. I właściwie rodziny ze ściany wschodniej najwięcej traciły na niesprawiedliwym, aspołecznym, opartym na systemowym karaniu uboższych modelu rozwojowym III RP. Prawu i Sprawiedliwości – tylko z pomocą programu Rodzina 500+ – udało się zdecydowanie na lepsze zmienić sytuację w tej materii.

Pieniądze to nie wszystko

Bezpośrednie transfery finansowe do rodzin to nie wszystko. Poseł Prawa i Sprawiedliwości Artur Soboń, szef sejmowego zespołu ds. reindustrializacji Polski, zwracał niedawno uwagę, że wschodnie obszary wciąż pozostają w tyle za bardziej rozwiniętymi regionami kraju. Dużym problemem jest cywilizacyjna degradacja średnich miast i otaczających je obszarów. Soboń zwraca uwagę, że sporym problemem dla społeczności na tych terenach jest niski poziom dostępności komunikacyjnej, potrzebnej choćby dla odtworzenia i rozwoju przemysłu, który znacznie zwiększa produktywność poszczególnych rejonów. Ważne jest również, by nowe inwestycje nie miały charakteru fasadowego i doraźnego, co umożliwi ich dalsze funkcjonowanie już po ustaniu unijnego dofinansowania (przytaczam opinie posła Sobonia za PortalemSamorządowym.pl).

Sztandarowym projektem komunikacyjnym dla ściany wschodniej ma być polski odcinek Via Carpatia, biegnący od Białegostoku do Rzeszowa. W szerszym planie ta międzynarodowa inwestycja ma łączyć kraje wschodnio-południowej Europy i wzmocnić cywilizacyjne znaczenie wielu mocno zapóźnionych dotąd rejonów, choćby poprzez poprawienie ich konkurencyjności. Via Carpatia to oczko w głowie polityki transportowej rządu Prawa i Sprawiedliwości. Trzeba jednak niestety zwrócić też uwagę, że mamy do czynienia z charakterystycznym już uprzywilejowaniem transportu drogowego kosztem komunikacji kolejowej, o której jak zwykle mówi się niewiele, a jeszcze mniej się dla niej faktycznie robi. To zresztą stała cecha polityki transportowej w III RP i jak się wydaje, obecny gabinet jest w tej kwestii rządem kontynuacji, a nie – dobrej! – zmiany. Chyba zrobię kiedyś quiz wśród polityków: dlaczego tak nie lubicie Państwo kolei?

Północna Polska ma się coraz gorzej?

Jeżeli w ciągu dwóch najbliższych dekad uda się realnie poprawić sytuację wschodniej Polski, może się okazać, że to północna część kraju stanie się na naszej ojczystej mapie nową ziemią zapomnianą. W połowie września 2017 r. red. Łukasz Guza z „Dziennika” opublikował treściwy artykuł „Państwo tak bardzo skupiło się na biednej ścianie wschodniej, że północną zostawiło samą sobie”. Notabene: nawet jeśli uświadomimy sobie, że mainstream dostrzega pewne problemy, by przyłożyć nimi PiS‑owi, nie ma sensu naśladować wieloletniej strategii mediów przyjaznych niegdyś PO i lekceważyć pozawarszawskich bolączek i wyzwań. Przeciwnie, ta ekipa wygrała wybory i wciąż przoduje w sondażach, bo widzi „gorszą” Polskę. I niech tak zostanie.

Wróćmy do problemów północnej części kraju. Okazuje się, że pogarsza się sytuacja rozwojowa Kujaw, Pomorza Zachodniego, Warmii. Nawet jeśli przyjąć tylko częściową miarodajność danych dotyczących PKB na mieszkańca czy średniego wynagrodzenia, to w połączeniu ze wskaźnikami bezrobocia rzecz budzi niepokój. Redaktor Guza przypomina również, że północ Polski to także mniej ośrodków metropolitalnych, a to równa się gorszemu zapleczu naukowemu, technologicznemu, komunikacyjnemu – kapitał materialny jak zwykle ściśle wiąże się z ludzkim kapitałem.

Inwestować, skoro są środki

Warto pamiętać, że choćby zachodniopomorskie obszary popegeerowskie od kilku dekad są rejonami strukturalnego bezrobocia i masowej ucieczki za chlebem. Socjologia ubóstwa traktuje je od zawsze jako przykład niemal podręcznikowy. Tylko że w liberalnych mediach nikogo to nie obchodziło. A dziś mainstreamowy tytuł ma nieledwie pretensję, że PiS postawiło na wschodnią ścianę. Najwyraźniej premier Tusk z okna samolotu kursującego między Warszawą a Gdańskiem nie widział, jak bieduje się na wielu rolniczych obszarach otaczających Trójmiasto – obszarach położonych poza nadmorskim pasem turystycznym. Sytuacja wielu małych i mniejszych miejscowości północnej Polski faktycznie w niczym się nie różni od sytuacji na wschodniej ścianie: zniszczona komunikacja publiczna, upadek zakładów produkcyjnych, rozpad i atrofia sieci zatrudnienia w rolnictwie wielkoobszarowym, wymywanie kapitału ludzkiego. I rzeczywiście, warto to dziś głośno powiedzieć i zacząć się zastanawiać, czy północna Polska nie potrzebuje strategii rozwojowej w nie mniejszym stopniu niż lubelskie, podlaskie i podkarpackie.

PiS powinien w tym momencie wykorzystać optymizm rozwojowy, również własnych wysokich urzędników ds. spraw finansowych, i naciskać na rozbudowę polityki społecznej i rozwojowej. Jak się zdaje, jesteśmy w takiej sytuacji ekonomicznej, że nawet umiarkowana poprawa ściągalności VAT‑u i wzrost nakładów na politykę społeczną skutkuje wzrostem gospodarczym dla milionów Polek i Polaków, a nie tylko dla milionerów. Widać wyraźnie, że społeczeństwo ma dość polityki zaciskania pasa... na szyjach słabszych – beneficjenci transformacji muszą się z tym pogodzić. Wiadomo, że trudno z dnia na dzień przeprowadzić choćby korektę polityki zrównoważonego rozwoju, ale warto do wyborów samorządowych zwrócić większą uwagę na północne ziemie zapomniane.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl