Odkryjemy ofiary Michnika?

Za chwilę na „Łączce” warszawskiego Cmentarza Wojskowego na Powązkach rozpocznie się drugi etap ekshumacji ofiar komunistycznych bestii. Wszystko wskazuje na to, że wśród ekshumowanych będą też ci, których na śmierć skazał Stefan Michnik.

O „wyzwoleniu”, gdy teren „Łączki” był poza murem nekropolii, do bezimiennych dołów śmierci stalinowscy oprawcy zrzucili ok. 400 mężczyzn – polskich patriotów. Wśród zamordowanych sowieckim strzałem w tył głowy w areszcie przy ul. Rakowieckiej byli: Andrzej Czaykowski, Zefiryn Machalla i Karol Sęk. Naturalne jest pytanie: kto ich zamordował? Odpowiedź jest świetnie udokumentowana. To ofiary Stefana Michnika – niejedyne zresztą. Zadajmy drugie pytanie: czy te morderstwa to prywatna sprawa byłego sędziego wojskowego, do których nie ma zamiaru wracać – jak bezczelnie oświadczył w programie „Bliżej” Jana Pospieszalskiego?

Proces majora Zefiryna Machalli odbywał się w listopadzie 1951 r. Przed obliczem przysposobionego do zawodu na przyspieszonych kursach prawniczych Michnika stanął przedwojenny oficer, żołnierz Września. Michnik nie dopuścił do procesu obrońcy. Wyrok: kara śmierci. Podczas ostatniego widzenia z żoną major mówił, że jest niewinny, że zeznania zostały na nim wymuszone. Został rozstrzelany 10 stycznia 1952 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie.

Zofia Machalla długo nie mogła uwierzyć w śmierć męża. Przez następne lata walczyła o jego dobre imię i zapewnienie minimum egzystencji dwójce dzieci. Proces mjr. Machalli to chyba najsłynniejsza sprawa z udziałem Michnika, zakończona wyrokiem śmierci. Ale jego ofiarami byli również członkowie AK, NSZ-etu, WiN‑u, działacze niepodległościowi. Żołnierzy niepodległości skazywał za szpiegostwo, próby obalenia przemocą ustroju, spisek w wojsku.

Kiedy go grzebali, był tam śmietnik

Pracę w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie Stefan Michnik rozpoczął 27 marca 1951 r. Już dwa tygodnie później skazał na dożywocie żołnierza Narodowego Zjednoczenia Wojskowego Stanisława Bronarskiego ps. Mirek. On też ma symboliczny grób na „Łączce”. W lipcu 1951 r. Michnik skazuje na karę śmierci mjr. Karola Sęka, przed wojną szefa kontrwywiadu RP w Wilnie i Siedlcach (doprowadził do schwytania wielu agentów sowieckich i niemieckich), żołnierza Narodowych Sił Zbrojnych, po wojnie komendanta Okręgu Podlaskiego NZW. – Aby złamać ojca, UB aresztowało też mamę. Pisałem do Bieruta, aby wypuścił rodziców. Mama dostała dwa lata, ale wyszła po pół roku, na skutek amnestii – mówi Jan Sęk, który w chwili stracenia ojca miał 12 lat (jego siostra 10), a w wolnej Polsce uzyskał sądowe anulowanie komunistycznego wyroku. – Nie jestem żądny krwi, ale Michnik powinien trafić do więzienia. Ojciec nie ma nawet grobu, tylko tablicę na „Łączce”. Kiedy go grzebali, był tam śmietnik – dodaje. Karola Sęka stracono 7 czerwca 1952 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie.

„Święcie przekonany”

Innego majora AK, Andrzeja Czaykowskiego, żołnierza Września, cichociemnego, dowódcę batalionu „Ryś” i „Oaza-Ryś” w Powstaniu Warszawskim, odznaczonego za bohaterstwo krzyżem Virtuti Militari, skazał na karę śmierci Stefan Michnik razem z innym krwawym sędzią – ppłk. Mieczysławem Widajem. Dowodów na działalność szpiegowską nie przedstawiono. Mord sądowy miał miejsce 30 kwietnia 1953 r., już po śmierci Stalina. 10 października 1953 r. Michnik uczestniczył w egzekucji AK-owca w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Czaykowski został prawdopodobnie zrzucony do dołu śmierci na „Łączce”.

Stefan Michnik dostąpił nawet zaszczytu orzekania w sprawie, którą prowadziła inna bestia w wojskowym mundurze – prokurator Helena Wolińska. Tadeuszowi Jędrzejkiewiczowi (oskarżonemu o działalność kontrrewolucyjną w Szkole Morskiej w Gdyni) udało się jednak ujść z życiem – mimo dwukrotnej kary śmierci wyrok złagodzono mu do 10 lat więzienia. Był „święcie przekonany o winie oskarżonego na podstawie przeprowadzonych na rozprawie dowodów” – tak o roli Michnika w procesie redaktora naczelnego „Przeglądu Kwatermistrzowskiego”, płk. Romualda Sidorskiego, mówił wspomniany już Mieczysław Widaj. Michnik zignorował fakt, że Sidorski nie przyznał się do rzekomej działalności szpiegowskiej. Wyrok: 12 lat pozbawienia wolności. 22-letni Edward Staniewski, AK‑owiec, po wojnie zaangażowany w antykomunistyczne harcerstwo, w lutym 1952 r. został skazany na siedem lat więzienia. Po latach wspominał: – Przewodniczący sądu był obwieszony medalami jak choinka, do tego dwóch bardzo młodych asesorów ze stopniami podporucznika. Potem dowiedziałem się, że jednym z nich był Stefan Michnik, mój równolatek.

Dyktatura proletariatu

W 1969 r. Stefan Michnik wyjechał do Szwecji. Chciał uciec do USA (w Nowym Jorku od 1956 r. mieszkał jego brat Jerzy), ale ze względu na swoją komunistyczną przeszłość nie dostał wizy. Oprócz pracy bibliotekarza na uniwersytecie w Uppsali szybko zyskał uznanie polskiej emigracji: współpracował z Wolną Europą, publikował – pod pseudonimem Karol Szwedowicz – w paryskiej „Kulturze”. Tak jak Helena Wolińska manifestował swoje poparcie dla „Solidarności”. I jak tu dziś ścigać takiego opozycjonistę? Rozumie to najwyraźniej wojskowy sąd w Warszawie, który w sierpniu 2009 r. stwierdził, że Michnika nadal chroni sędziowski immunitet! Później Szwecja odmówiła ekstradycji stalinowskiego zbrodniarza, uzasadniając, że zarzuty się przedawniły.

Stefan Michnik nigdy nie przyznał się do winy, nigdy nie przeprosił swoich ofiar i ich rodzin. Dziś ma czelność twierdzić, że przeszłość jest jego prywatną sprawą. Wydawał wyroki, bo „takie były rozkazy przełożonych” (to ograna śpiewka większości komunistycznych zbrodniarzy). Szwedzkiemu dziennikowi „Dagens Nyheter” powiedział kiedyś: „Wierzyłem, że służę swojemu krajowi. Dziś widzę, że zostałem oszukany”. 

W 1956 r., podczas narady partyjnej, Michnik mówił trochę inaczej: „Nam wtedy imponowało powiedzenie o zaostrzającej się walce klasowej i nieprawdę powie ten, kto by twierdził, że wtedy z niechęcią rozpatrywał te sprawy. [...] Muszę przyznać, że kiedy dostałem pierwszy raz poważną sprawę, to nosiłem ją przy sobie i starałem się, żeby mi tej sprawy nie odebrano”. Wcześniej, w 1949 r. w podaniu o przyjęcie do Oficerskiej Szkoły Prawniczej im. Teodora Duracza w Jeleniej Górze Michnik napisał: „Do OSP chcę wstąpić dlatego, że szkoła ta kształci tych, którzy będą realizować dyktaturę proletariatu w praktyce”.

Zaszkodzić Adamowi

Istnieje jedna rzecz, której Stefan Michnik jest pewien – jego ściganie ma zaszkodzić naczelnemu „Wyborczej”. To oczywiście przekonało szwedzkie media i sąd. I drugi argument – o polskim antysemityzmie – dlatego Polska „przyczepiła się” też do Heleny Wolińskiej i komendanta powojennych komunistycznych obozów – Salomona Morela. Michnika broni oczywiście drugi Michnik. Swego czasu „GW” napisała: „Zaliczono go [Stefana – T.P.] do sędziów, których należy ukarać jedynie służbowo [...] i nie wszczynać przeciw nim postępowania karnego”. Chodzi o raport tzw. komisji Mariana Mazura, powołanej w 1956 r. do „zbadania przejawów łamania socjalistycznej praworządności”. Wszystko fajnie, ale Adam zapomniał wyjaśnić, że komuniści z rzeczonej komisji nie chcieli wsadzać innych komunistów do więzień. Taka była gomułkowska „odwilż”. A ponadto raport Mazura stworzono na podstawie ubeckich papierów, a podobno Adam Michnik nigdy ich nie uznawał. Ale gdy chodzi o brata...

Autor jest publicystą, szefem działu opinie „Super Expressu”, autorem książek o zbrodniach komunistycznych: „Bestie”, „Bestie 2”, „Oprawcy. Zbrodnie bez kary”

Udostępnij

Wczytuję komentarze...

Zejść z areny niepokonanym

Kiedy Usain Bolt przejmował pałeczkę na ostatniej prostej sztafety 4 x 100 m, fani na całym świecie wstrzymali oddech, by po chwili przecierać oczy ze zdumienia, gdy z grymasem bólu skakał na jednej nodze i upadł na ziemię. Sport jeszcze raz pokazał swoje paradoksalne oblicze. Wielki zawodnik przegrał w ostatnim starcie z kontuzją.

Przypadek jamajskiego sprintera jest o tyle nietypowy, że wcześniej zapowiedział on, iż po imprezie w Londynie kończy karierę, więc to nie kontuzja mu ją przerwała. Wielu mistrzów sportu kończyło swoją przygodę ciężkimi kontuzjami, które wyeliminowały ich nie tylko ze sportu, ale utrudniły codzienne funkcjonowanie. Sporą grupę wyeliminowanych ze sportu przez kontuzję stanowią żużlowcy, wśród których jest duża grupa wielkich zawodników ze złamanym kręgosłupem. Tomasz Gollob, Krzysztof Cegielski, Erik Gundersen, Per Jonsson – to tylko część spośród tych, którzy musieli walczyć o powrót nie tyle do zawodowej rywalizacji, ile do sprawności fizycznej. Nie tylko przedstawiciele czarnego sportu przedwcześnie kończyli karierę. 21-letnia austriacka tyczkarka Kira Grunberg uległa na treningu ciężkiemu wypadkowi i też została sparaliżowana.

Osobną grupę wielkich sportowców stanowią ci, którzy zostali pokonani przez problemy psychiczne. Jednym z nich był utytułowany niemiecki skoczek narciarski Sven Hannawald. Po wielkich sukcesach, międzynarodowej sławie przyszedł czas upadku, depresji, leczenia w specjalistycznej klinice, powolnej walki o powrót do normalnego życia. Dłuższą przerwę od sportu zrobiła sobie też Justyna Kowalczyk, która też zmagała się z depresją. Wróciła do rywalizacji, ale daleko jej do mistrzowskiej formy.

Odejść w glorii

Niewielu wybitnych sportowców potrafiło wyczuć najlepszy moment, by zejść ze sportowej sceny. Nic dziwnego – chyba najtrudniej powiedzieć „stop” właśnie wtedy, kiedy odnosi się spektakularne sukcesy. Pokusa bycia jak najdłużej na szczycie jest przecież ogromna. Jak z klasą i wyczuciem pożegnać się z kibicami, pokazał jeden z najbardziej utytułowanych polskich lekkoatletów ostatnich dekad Robert Korzeniowski. Decyzję o rezygnacji z dalszych startów podjął opromieniony złotem olimpijskim w chodzie na 50 km w Atenach. Podobnie uczynił Leszek Blanik, który w rok po olimpijskim złocie w Pekinie ogłosił zakończenie sportowej kariery. Z klasą potrafił też odejść nasz najwybitniejszy skoczek narciarski Adam Małysz, który zrezygnował z dalszego skakania po zdobyciu dwóch srebrnych medali na olimpiadzie w Vancouver. Serce podpowiadało mu zapewne, żeby spróbować jeszcze dotrwać do kolejnych igrzysk w Soczi i powalczyć o brakujący do kolekcji złoty medal olimpijski, ale rozum przeważył, i słusznie, bo historia skoków narciarskich nieraz pokazała, że mieć trzydziestkę z okładem i odnosić wielkie sukcesy to przywilej wybrańców, reszta kończy, walcząc z własną przeciętnością.

W cieniu dawnej sławy

Jakże często wybitni sportowcy nie potrafili zdecydować o tym, by powiedzieć pas. Wielu z nich przeciągało starty do momentu, kiedy ich kariera przypominała równię pochyłą. W ostatnich latach rozmieniali swoją sławę na drobne. Ginęli w przeciętności albo stawali się cieniem samych siebie. Zawodowi piłkarze zazwyczaj nie dbają o styl kończenia kariery. Coraz częściej osładzają sobie przejście na piłkarską emeryturę lukratywnymi kontraktami poza Europą, jak Raul, Cisse, Drogba, Pirlo i wielu innych. Problemy z porzuceniem skoczni mieli wielcy skoczkowie. Ahonen, Goldberger, Schmitt czy ikona skoków narciarskich Matti Nykänen. Pokonany przez własne słabości, chorobę alkoholową, kontuzję, która przerwała jego karierę. Po jej zakończeniu chwytał się różnych zajęć, raczej z mizernym skutkiem. Furory nie zrobił jako piosenkarz rockowy, próbował też swoich sił w roli striptizera. Kilkakrotnie skazywany za pobicie, kilka lat spędził w więzieniu.

Powroty

Spora część wielkich sportowych gwiazd nie mogła się zdecydować, czy kończyć karierę, czy powrócić do profesjonalnej rywalizacji. O tym, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, przekonali się najwybitniejsi. Legenda koszykówki Michael Jordan kończył karierę dwukrotnie. Pierwszy raz wrócił i zdobył z chicagowskimi bykami trzy mistrzowskie tytuły. Drugi comeback był już mniej udany. Jordan ze swoim zespołem nie awansował do walki o mistrzowski pierścień i zrezygnował z dalszej gry.

Wielu ekspertów uznaje powrót Michaela Schumachera do wyścigów F1 za jego największy błąd. Prawdziwą klęską okazał się powrót na kort w wieku 35 lat wielkiego tenisisty Björna Borga, któremu wydawało się, że drewnianą rakietą nadal będzie dzielił i rządził. Srogo się zawiódł i po przegraniu kolejnych dziesięciu pojedynków zrezygnował z dalszych startów. Specyficzną grupę powracających po zakończeniu kariery stanowią bokserzy. Niektórzy nawet grubo po czterdziestce wracali, żeby stoczyć jedną lub dwie walki. Muhammed Ali, George Foreman po powrocie ze sportowej emerytury wygrywali swoje walki.

Pokusa powrotu do sukcesów jest olbrzymia. Niektórzy, jak Jordan, wracają z miłości do swojej dyscypliny. Inni, jak Matti Nykänen, powracają, bo nie umieją odnaleźć swojego miejsca w życiu. Nie odnajdują się poza sportem i próbują wrócić do swojej dyscypliny. Część do reaktywacji zmuszają kłopoty finansowe, jak króla futbolu Pelego, który rok po zawieszeniu butów na kołku podpisał kontrakt z amerykańskim klubem New York Cosmos. Jest grupa zawodników, która chce albo sobie, albo komuś coś udowodnić, np. zgarnąć ostatni brakujący do kolekcji tytuł.

W atmosferze skandalu

Pamiętamy szok wywołany wiadomością o dopingu kanadyjskiego sprintera Bena Johnsona, rekordzisty świata, mistrza olimpijskiego. Dwukrotnie zdyskwalifikowany, za drugim razem dożywotnio, do dziś jest symbolem nieuczciwej rywalizacji. W niesławie rozstawała się z królową sportu także Amerykanka Marion Jones, która musiała oddać wszystkie medale, nagrody i tytuły, które zdobyła po 2000 r. Aura skandalu z innych powodów unosiła się wokół znakomitego golfisty Tigera Woodsa. Jego wybryki z zapartym tchem śledziła cała Ameryka. Jeden z najlepiej zarabiających sportowców skompromitował się romansami i zdradami.

Wielkość sportowca to nie tylko liczba sukcesów, złotych medali czy pobitych rekordów, ale też umiejętność uchwycenia właściwego momentu finału swojej kariery. Nie jest łatwo powiedzieć „dość” akurat wtedy, gdy jest się u szczytu sławy. Pokusa wygrywania, bycia na świeczniku jest ogromna. Trudno się dziwić, że nawet najwybitniejsi sportowcy nie umieli wybrać najlepszego momentu odejścia na sportową emeryturę. Jamajskiemu sprinterowi wprawdzie nie udało się zakończyć kariery u szczytu formy, ale w świadomości kibica pozostanie wielkim mistrzem i niebanalnym człowiekiem.

Udostępnij

Tagi
Najnowsze opinie

„Autorytety” ze skazą

UEFA MAFIA

Pod dachami Paryża

III RP – strefa dyskomfortu

Barcelona – rzeczywistość i…

Widziałem Stalina, czyli hinduski powrót do przeszłości

Odkryłem właśnie zupełnie nową twarz Indii. Inną niż wielomilionowa stolica New Delhi, informatyczna aglomeracja Bangalore, zawieszony pod Himalajami Nanital, historyczny Bombaj (Mumbai) czy europejskie, kuszące Goa. Kerala – stan rządzony „od zawsze” przez komunistów.

Nigdy w życiu nie widziałem tylu portretów Stalina, co tutaj. Nawet w miejscu urodzenia „słoneczka ludzkości” Josifa Wissarionowicza Dżugaszwilego, pseudonim partyjny Stalin, w gruzińskim Gori ich nie uświadczysz. Czasem, sporadycznie pojawiają się na manifestacjach komunistów w Rosji. Tu, w odwiedzanej przez turystów z całego świata Kerali, towarzysz Stalin jest obecny. Tak, tak, bardziej niż... Lenin! Widziałem więcej plakatów ze Stalinem niż ojcem Związku Sowieckiego Włodzimierzem Iljiczem Uljanowem, pseudonim partyjny Lenin. Ale jednak to nie morderca – Osetyniec Stalin (choć część Gruzinów podkreśla, że to jednak ich rodak...) króluje w Kerali. Cheguevara patrzy na mnie niemal z każdego miejsca. Che jest wszędzie. Na ulicy, na przystani łódek, na autobusie, na sklepie. Tylko czerwonych flag z tradycyjnymi żółtymi: sierpem i młotem jest więcej. Ciekawe, bo nigdzie indziej tego nie widziałem, że niemało jest tu innych komunistycznych flag: białych(!) z czerwonym sierpem i czerwonym młotem. Symbole komunistów są rzeczywiście wszechobecne. Charakterystyczne, że wieszają je właściciele tysięcy małych sklepików. To odróżnia komunizm w Indiach od tego, który my znamy w Europie, gnębiący „klasę” nawet najmniejszych posiadaczy, drobnych rzemieślników czy sklepikarzy.

Chrześcijanie na tle sierpa i młota

Kerala jest także innym wyjątkiem na mapie subkontynentu, jakim są Indie. Jest stanem o największej liczbie chrześcijan w tym jednym z dwóch najliczniejszych państw świata (oprócz Chin). Tylko dawne portugalskie Goa, będące częścią terytorium Indii od raptem pół wieku, może pod tym względem równać się z Keralą. Co piąty mieszkaniec jest wyznawcą Chrystusa, większość z nich to katolicy. Trzech na pięciu to hinduiści. Raptem jedynie jeden na dziesięciu to muzułmanin. Ale wyznawcy islamu są świetnie zorganizowani: w wyborach wystawiają własną, muzułmańską partię, która w lokalnym parlamencie ma aż 18 proc. posłów, choć reprezentuje 10 proc. mieszkańców.

Hinduiści i wyznawcy proroka Mahometa oficjalnie nie piją alkoholu. Być może to jest powodem, że w mieście Allappuzha jest tylko jeden sklep z trunkami, na obrzeżach miasta, schowany w bocznej uliczce, między jakimiś magazynami. Długa kolejka Hindusów za piwem, króciutka za winem i mocniejszymi trunkami. W niej stoją nieliczni cudzoziemcy. Widać, że nie ma zbyt wielkiego popytu, bo większość butelek jest przeraźliwie zakurzona.

Bezpieczny transport Świętych Aniołów

Katolicki kościółek też jest wciśnięty między domy w bocznej uliczce. Widzę jednak też inne świątynie wyznawców Chrystusa, może nie największe, lecz usytuowane przy głównych ulicach. Ale znaków obecności naszych braci w wierze jest więcej. Firma autobusowa Holy Angels – Święci Aniołowie zapewnia transport między poszczególnymi miastami i miejscowościami Kerali.

W Europie pewnie przyjęto by ją ze zdziwieniem, tutaj jest znakiem swoistej identyfikacji religijnej, choć oczywiście korzystają z niej nie tylko Hindusi z krzyżykami na piersiach. Ciekawe, że hinduiści mają swoją firmę do transportu osób: autobusiki YEL Travels kursują obwieszone ich symbolami religijnymi – charakterystycznymi, licznymi bóstwami. Ale nie sposób nie dostrzec też wpływów muzułmanów. Ci, jak w wielu krajach świata, gdzie należą wciąż do mniejszości (sic!), są wspierani przez bogatych współwyznawców z krajów Bliskiego Wschodu i Zatoki Perskiej. Widzę szyldy islamskich-arabskich piekarni, restauracji, dostrzegam meczety tłumnie odwiedzane przez mahometan obu płci „centra kulturalne”, jest też sklep z arabską biżuterią.

Muzułmanie znaczą więcej niż wynikałoby to z ich liczby, ale miejscowi mówią, że ich liczba się nie zwiększa.

Kerala, choć jest inna, bardziej europejska (to wynika z historii) niż większość stanów Indii, pod paroma względami udowadnia, że jest integralną częścią tego wielkiego kraju. Tu też, jak wszędzie, mężczyźni myją się w rzekach i tak jak kobiety piorą w nich swoje rzeczy. Tu też na motocyklach często jadą trzy, a nie dwie osoby. Czasem jest to rodzina: mąż z żoną i dzieckiem, czasem trzech młodych chłopaków. Charakterystyczne jest, że pasażerowie przeważnie siadają... bokiem do kierunku jazdy.

Widzę w Kerali kobiety, które – jak w Europie w dawnych wiekach – piorą na... kamieniu. Jest bardzo mało świętych krów w porównaniu z innymi regionami Indii. Na statkach płynących po lagunach i kanałach tego zagłębia turystycznego widać podziały etniczne: stłoczeni Hindusi na jednych i po paru Europejczyków na drugich. Nikogo to nie dziwi, a ja się łapię na tym, że mnie też po pewnym czasie przestaje to dziwić.

W cieniu Che, Stalina i Castro

Sierpy i młoty są tłem wszystkiego. Flagi z tymi symbolami powiewają przy ulicach, przy sklepach i maleńkich stoiskach, w miejscach odwiedzanych przez turystów, przy chrześcijańskich kościołach, hinduistycznych świątyniach, islamskich meczetach. Jakby były polisą przed nędzą. Ale do nich przyzwyczaić się nie mogę, mnie wciąż rażą, choćby nie wiem jak tłumaczyć ich obecność historycznie i socjologicznie, budzą niechęć i niesmak. Kierowca samochodu, który wiezie mnie z lotniska, ma krzyż w wozie. Mijam sporo ciężarówek z krzyżami namalowanymi wręcz na szoferkach, na zewnątrz. Widzę też autobus z namalowanym z tyłu świętym Antonim. I billboard przy głównej drodze bynajmniej nie z reklamą pasty do zębów, ale z... Matką Boską. To wszystko jakoś, wbrew okrutnym doświadczeniom historycznym komunizmu w Europie i Azji, koegzystuje z portretami tandemu Lenin-Stalin, feeria podobizn Che, spoglądającym posępnie z murów Fidelem Castro, wreszcie długoletnimi rządami partii komunistycznej. Miałem poczucie, że jestem w jakimś skansenie, rezerwacie, w którym czas stanął w miejscu, że to sceneria filmu historycznego. Jednak wyznawcy Chrystusa (20 proc. populacji Kerali) to nie postacie z filmu, tylko żywi ludzie z prawdziwymi problemami. Są na końcu świata, ale tak jak my wierzą w Dobrą Nowinę. Warto o nich pamiętać.

Udostępnij

Tagi
Najnowsze opinie

Autentyczna prawicowość

Jakim trzeba być głupcem...

Skończyć z bezradnością

Jak wyjść z kryzysu

Bohater Kaczyński

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl