Polska - klucz do Europy

Polacy przygnębieni klęskami Rzeczypospolitej z ostatnich 300 lat, niedoceniają skali wpływu Polski na dzieje Europy. Wpływ ten jest zaś często decydujący. Nie znaczy to, że mapa polityczna kontynentu jest wynikiem woli Polaków, lecz że takie czy inne rozstrzygnięcie losu Polski przesądza o układzie sił w tej części świata. Że chcąc go zmienić, trzeba mieć moc zmiany sytuacji w kraju zwanym przez Napoleona I  - zwornikiem sklepienia europejskiego.

16 marca przypada rocznica antyhabsburskiego powstania Węgrów z 1848 r., hucznie obchodzona w zeszłym roku przy udziale Gazety Polskiej. Powstanie to bliskie było zwycięstwa, ale w maju 1849 r. potężna armia rosyjska feldmarszałka Iwana Paskiewicza (zdobywcy Warszawy z 1831 r.) wkroczyła na Węgry i walnie przyczyniła się do jego stłumienia. Rosja ocaliła Austrię.

Żandarm Europy
Po Wiośnie Ludów (1848-1849) Prusy i Austria, rywalizujące ze sobą od czasu wojen śląskich z XVIII w., stały się głównymi konkurentami w dziele jednoczenia Niemiec. Rzesza, podzielona od średniowiecza na ponad 300 państewek, zredukowanych do ok. 30 dopiero przez Napoleona, była polityczną nicością. Dla ludzi tamtej epoki pojęcie Niemcy brzmiało tak, jak dla nas termin „kraje arabskie” - było określeniem geograficzno-etnicznym, a nie państwowym. Jesienią 1850 r., spierające się o dominację na tym obszarze oba mocarstwa niemieckie, stanęły na krawędzi konfliktu zbrojnego. Austrię poparła jednak Rosja, grożąc Prusom wojną i zmuszając Berlin do upokarzającej kapitulacji zwanej – Punktacją Ołomuniecką. Petersburg w imię niezmienności istniejącego w Europie status quo po raz drugi w ciągu dwóch lat ocalił monarchię Habsburgów.

Niewykorzystana koniunktura
W 1852 r. rozgorzał spór rosyjsko-francuski o opiekę nad świętymi miejscami chrześcijan w Palestynie, znajdującej się pod panowaniem Turcji. Formalnie chodziło o to czy mają ją sprawować prawosławni, czy katolicy. W istocie Petersburg pod hasłem obrony prawosławia zmierzał do wyparcia Imperium Osmańskiego z Bałkanów. Na to z kolei nie mógł zgodzić się Londyn. Car Mikołaj I, przekonany o niemożności powstania antyrosyjskiej koalicji dwóch odwiecznych wrogów – Francji i Anglii oraz o przychylnej neutralności świeżo dwukrotnie ocalonej Austrii, zdecydował się na wojnę, która przeszła do historii jako wojna krymska, dawniej zwana też sewastopolską (1853-1856). Wojska rosyjskie wkroczyły do Mołdawii i Wołoszczyzny – lenn sułtańskich. Ku zaskoczeniu Petersburga Londyn i Paryż poparły Turcję, a po ich stronie wystąpiła także Sardynia, licząc na francuską pomoc w dziele zjednoczenia Włoch i ich wyzwolenia spod austriackiej dominacji. Italia w tym czasie, podobnie jak Niemcy, była bowiem pojęciem geograficznym - z Wenecją i Lombardią bezpośrednio anektowanymi przez Austrię i z konglomeratem kilku drobnych państewek na pozostałym obszarze. Monarchia habsburska, sąsiadująca z Rosją od północy, poczuła się zagrożona rozciągnięciem wpływów rosyjskich na Mołdawię i Wołoszczyznę. Groziło ono otoczeniem Austrii przez Rosję od wschodu i południa i podminowaniem jej panowania w prowincjach słowiańskich rodzącym się panslawizmem, promowanym przez Petersburg. Wiedeń zatem, choć nie przyłączył się do wojny przeciw Rosji, to jednak wystosował wobec niej ultimatum z żądaniem opuszczenia obu księstw i wprowadził do nich własne wojska. Uniemożliwił tym samym marsz rosyjski na Stambuł oraz zmusił armię rosyjską do podziału sił i pilnowania potencjalnego frontu antyaustriackiego, przez co uszczuplił jej liczebność na Krymie. Alianci pokonali tam głównego zaborcę Rzeczypospolitej. Prestiż Rosji doznał poważnego uszczerbku. Polacy nie byli jednak gotowi do wykorzystania tej koniunktury.

„Austryja podła żmija…”
To fragment jednej z pieśni polskich, wyrzucającej austriackim zaborcom niewdzięczność za ocalenie Wiednia od Turków. Po wojnie krymskiej pod tym stwierdzeniem z ochotą podpisaliby się Rosjanie. Na tym tle doszło do zbliżenia francusko-rosyjskiego. Gdy więc Sardynia poparta przez Francję rozpoczęła wojnę o zjednoczenie Włoch i wyzwolenie Italii od dominacji austriackiej, tym razem Petersburg wystawił korpus obserwacyjny nad granicą habsburską i zmusił Wiedeń do podziału sił na front włoski i potencjalny front rosyjski. Francusko-włoskie zwycięstwa w bitwach pod Magentą i Solferino (1859) przesądziły o losach austriackiego panowania w Lombardii, a zwycięski marsz Garibaldiego i armii sardyńskiej doprowadził do powstania zjednoczonego Królestwa Włoch (1861). Jeden z uciemiężonych narodów europejskich, wsparty przez Francję, pokonał zaborcę Polski i uzyskał niepodległość. Równoczesne zjednoczenie Mołdawii i Wołoszczyzny (1859-1861) doprowadziło do powstania Rumunii. Kolejny naród zrealizował program jedności państwowej. Czyż łatwo było uwierzyć, że tylko Polaków ominie ta reguła?

Pieriestrojka AD 1861
Efektem porażki wojennej Moskali w wojnie krymskiej była ówczesna „pieriestrojka” zwana „odwilżą posewastoposką”. W 1861 r. nowy car samodzierżca Aleksander II zniósł poddaństwo chłopów w Rosji i uwłaszczył ich, ale własność ziemi nie została nadana indywidualnym gospodarzom, lecz gminom. Poczucie bycia na swoim nie miało szansy zagościć w umysłach chłopów-mużyków. Ukaz uwłaszczeniowy nie objął ziem dawnej Rzeczypospolitej. Tam szlachta była polska. Uznana za główny nośnik buntu miała być w ramach reformy złamana ekonomicznie. Przygotowanie tego kroku musiało jednak potrwać i w efekcie Rosjanie nie zdążyli przed powstaniem. Jego wybuch zmusił rząd najezdniczy do licytacji oferty z Rządem Narodowym i w rezultacie warunki uwłaszczenia dla chłopów polskich były znacznie lepsze niż dla rosyjskich. Włościanie polscy stawali się gospodarzami na swoim – właścicielami zdolnymi do przyjęcia zasady „cudzego nie chcę, swego nie dam”, co dwa pokolenia później skutecznie uodporniło ich na hasła bolszewickie. Było to największe polityczne zwycięstwo Powstania Styczniowego, przesądzające przyszłe losy Polaków.

Wielka Brytania nie ma wiecznych wrogów, ma tylko wieczne interesy
Wielka Brytania nie życząca sobie dominacji któregokolwiek z mocarstw kontynentalnych, zaniepokojona była postępującym po 1856 r. zbliżeniem francusko-rosyjskim, ukoronowanym współpracą przeciw Austrii. Jego utrwalenie groziło powstaniem tandemu Paryż-Petersburg, których decyzje rozstrzygałyby o losie Europy i marginalizowały znaczenie Londynu. Powstanie w Polsce było okazją, by temu zapobiec. Sympatyzująca z Polakami francuska opinia publiczna naciskała na rząd, by „coś zrobił” w polskiej sprawie. Anglicy uznali zaś, że francuska interwencja dyplomatyczna na rzecz Polski w oczywisty sposób musi doprowadzić do skłócenia Francji i Rosji. Poparli więc ten pomysł i wspólnie z Francuzami złożyli stosowne noty w Petersburgu. Osiągnęli swój cel. Polakom nie pomogli, ale poróżnili Francuzów z Rosjanami.

Państwo na wschodnich kresach niemczyzny
Berlin upokorzony w 1850 r. w Ołomuńcu, dostrzegł w wybuchu powstania w Polsce szansę na odwrócenie układu sił w trójkącie Prusy-Austria-Rosja. 8 lutego 1863 r. na polecenie kanclerza Ottona von Bismarcka, generał Gustav von Alvensleben podpisał w imieniu Prus konwencję o współpracy prusko-rosyjskiej w tłumieniu powstania. Wojska obu mocarstw zyskały prawo przekraczania kordonu* prusko-rosyjskiego w pościgu za powstańcami. Berlin stawał się sojusznikiem Petersburga. Trzy lata później – w 1866 r., przy tym razem życzliwej neutralności Rosji, Prusy, sprzymierzone z Włochami, które sięgnęły po okupowaną przez Austrię Wenecję, rozgromiły armię austriacką pod Sadową. Osłabiona Austria wycofała się z Rzeszy i w 1867 r. przekształciła w Austro-Węgry, te zaś nadały szeroką autonomię galicyjskim Polakom. W latach 1870-71 r., przy wciąż napiętych stosunkach rosyjsko-francuskich, Prusy na czele koalicji państw niemieckich pokonały cesarstwo Napoleona III i doprowadziły do proklamowania II Rzeszy Niemieckiej. Zjednoczenie Niemiec dokonało się poprzez pobicie przez Prusy najpierw Austrii, a potem Francji. Warunkiem obu zwycięstw Berlina była neutralność Rosji, tę zaś zbudował Bismarck grając na antypolskich fobiach Moskali wywołanych Powstaniem Styczniowym. Rosja z nienawiści do Polski, wbrew swoim interesom, zezwoliła na powstanie mocarstwa niemieckiego, to zaś zmieniło losy nie tylko Europy, ale i świata.


*Kordonami Polacy pogardliwie zwali granice zaborcze rozdzierające Rzeczypospolitą, odmawiając im legalności, a zatem i miana granic.

Udostępnij

Wczytuję komentarze...

Chcemy lepszej Polski? Inwestujmy w prowincję

PiS w sprawach społeczno-gospodarczych stoi przed rzadko spotykaną szansą. Ponieważ i tak nie dogaduje się z liberalnym mainstreamem, nic nie straci jako ambasador polskiej prowincji. Więcej jeszcze: może zyskać wdzięczność elektoratu przez dekady przyzwyczajonego do tego, że nikt się o niego faktycznie nie troszczy.

W gminach wiejskich blisko połowa dróg publicznych wciąż nie jest utwardzona. Przy dzisiejszym poziomie finansowania potrzeba na to dobrych pięćdziesięciu lat – mówi Portalowi Samorządowemu Krzysztof Iwaniuk, wiceprzewodniczący Związku Gmin Wiejskich RP, wójt gminy Terespol. Pięćdziesiąt lat, proszę szanownych Czytelniczek i Czytelników. Kto będzie chciał tyle czekać? Szczególnie w czasach łatwej i szybkiej migracji.

Marne drogi, pełno aut

Jeszcze jedna wymowna statystyka: zdaniem wiejskich samorządowców Główna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad na drogi krajowe (których jest 5 proc.) wydaje więcej niż samorządy na pozostałe drogi, których jest aż 95 proc. To świetnie pokazuje, które arterie są ważne z punktu widzenia ogólnokrajowego centrum decyzyjnego. I jak głęboko w lesie jest Polska B i Polska C – tym bardziej że niemal cały kraj jest dziś na kółkach, ponieważ fatalna komunikacja publiczna powoduje, iż zarówno z małych wsi, miasteczek, jak i z okolic dużych miast, żeby dostać się do pracy, urzędu, ośrodka zdrowia, trzeba wsiąść do samochodu swojego lub znajomych.

To jest polska norma: marne prowincjonalne drogi, a na nich pełno aut. Polki i Polaków zabija na drogach nie tylko zła jazda, ale także fatalne warunki tych tras. Ilekroć jestem w rodzinnych stronach w Wielkopolsce, tylekroć ze zdumieniem przyglądam się temu, co nazywamy drogą asfaltową. W okolicach Manieczek, Brodnicy Wielkopolskiej, Śremu, Czempinia (a przecież w wielu innych miejscach z reguły nie jest lepiej) droga to łata na łacie, ze zniszczoną ciężkim rolniczym sprzętem nawierzchnią, poharataną, nierówną, od zawsze kiepską. Do tego głębokie koleiny, dziury po każdej zimie itp. A obok drogi Śrem–Czempiń – nieczynna od kilku dekad linia kolejowa, zamknięta w początkach transformacji. Ilekroć patrzę na te zarośnięte tory i coraz bardziej zdewastowany asfalt tuż obok, tylekroć myślę, że parę rzeczy czas już poprawić w polskiej drodze do dobrobytu. A koncepcja „tiry na tory”? W Polsce tak naprawdę w tej materii nic nie udało się zdziałać – poza akcjami billboardowymi.

Zbyt łatwo zmilczamy trudne tematy

Traktujemy statystyki wypadków i ofiar śmiertelnych na drogach jako pewien dopust boży. Więcej jeszcze: znaczna część Polek i Polaków, co słychać w codziennych rozmowach, jest już zmęczona tym, że czasem nawet z domu w okolicach wielkiego miasta nie da się sensownie dojechać pociągiem czy autobusem gdzie indziej. Buntujemy się coraz częściej przeciwko myśleniu, że wszędzie musimy dojechać samochodem. Ale to wciąż się nie przebija do dużych debat publicznych. Nigdy nie rozgrzewa Twittera, nie napędza oglądalności portalom. Lubimy spektakle polityczne, ale wciąż nudzi nas to, od czego zależy bezpośredni komfort naszego życia. Dlaczego? Polacy nie są narodem bez zalet i wad. Ale chętniej mówimy o zaletach, gdy słyszymy o wadach – łatwo się denerwujemy. Jasne, dekady życia w cieniu pedagogiki wstydu zrobiły swoje. Ale trzeba o sprawach trudnych mówić na własny rachunek – nie pod jej dyktando. Taką wadą społeczną jest przemilczanie tych bardziej skomplikowanych, trudnych i mniej rzucających się w oczy spraw w debatach publicznych.   

To pewien wzorzec: gdy mowa o wielkiej polityce, nie myślimy o zdewastowanych prowincjonalnych drogach, z których większość nadawałaby się do generalnego remontu. A przecież to problem, który dotyka milionów Polek i Polaków. Gdy myślimy o tzw. wielkiej polityce, mówimy o tym, kto co komu napisał na Twitterze, jak mu odpowiedziano, i czy go zaorano. I nikt nie protestuje, że to przecież dziecinada. Nie, nie zmieniamy strategii – ponieważ na ogół dokładamy do tego i swoją cegiełkę. Po części dzieje się tak dlatego, że uważamy, iż sprawy lokalne powinno się załatwiać na lokalnym podwórku: choćby siłą nacisku wywieranego przez daną społeczność na samorząd. Kłopot w tym, że żyjemy w świecie, który potrzebuje dużych, świetnie nagłośnionych i sprawnie przeprowadzonych akcji polityczno-marketingowych, które budują nacisk i wpływają na całość dyskusji publicznej. Prosty przykład: dopiero 500+ istotnie wpłynęło na postrzeganie polityki rodzinnej przez polskie społeczeństwo.  

Na kolizyjnym kursie z rzeczywistością

Wróćmy do dziurawego asfaltu. I szerzej: wyzwań, które stoją przed polską prowincją. Coraz większym problemem jest suburbanizacja, wynoszenie się ludzi z centrum i rozproszenie zabudowy. Ludzie chcą żyć komfortowo i mieć sąsiadów jak najdalej. Gminy przed dobrymi paroma laty cieszyły się, że mogą wyprzedawać działki, które zostały jako niechciana scheda po PRL-u. Dziś się okazuje, że dla samorządów to coraz częściej kwestia rosnących szybko wydatków: na drogi, których nie ma albo są w opłakanym stanie, na kanalizację, na wodociągi. To też kwestia szkół (zamykanych za Platformy na potęgę, zatem podróż zajmuje coraz więcej czasu), kwestia odpadów komunalnych, poczty, policji, ochrony zdrowia. Nowi przybysze bywają wymagający – znacznie bardziej niż ci zasiedzieli z dziada pradziada. A włodarze gmin patrzą w budżet i myślą, jak to skroić, żeby było i na kulturę, i na infrastrukturę. Bogate gminy dają radę, a te biedniejsze? Cóż, po prostu będą wymierały.

Oczywiście to nie jest tak, że w Polsce nic się nie udaje, że wszystko idzie ku gorszemu. Widzimy raczej wyczerpanie się modelu, który zakładał bogacenie się jednostek przy równoczesnej erozji sfery publicznej. Platforma ciągnęła długo na tym paliwie: nieważne, że państwo trzeszczy w szwach, nieważne, że dzieje się to kosztem biedniejszej części społeczeństwa – grunt, że wąziutka klasa średnia ciągle szła do przodu; nieważne, że zamieszkałeś pod miastem na prowincji, gdzie asfalt kruszy ci się pod kołami – ważne, że masz duży dom i wielki samochód, a dziecku przecież i tak kupisz samochód, jak tylko zrobi prawko. Ale powtórzę, ta wizja rozwoju jest na kursie kolizyjnym z rzeczywistością: bo na różne sposoby stała się zbyt dużym obciążeniem społecznym. Nawet bogatszym przestaje się w pewnym momencie opłacać państwo urządzone tylko dla bogatszych – bo staje się totalnie dysfunkcyjne.

PiS stoi przed sporą szansą. Ponieważ i tak nie lubią go w mainstreamowych mediach, może w większym stopniu zatroszczyć się o Polskę B i C. W Ministerstwie Infrastruktury powstaje właśnie „Program rozwoju gminnej i powiatowej infrastruktury drogowej na lata 2016–2019”. Państwo wyłoży na niego 3,5 mld zł. Czy to dużo czy mało? Na podstawową infrastrukturę: wodę, kanalizację i drogi, które stanowią 85 proc. potrzeb gmin wiejskich, potrzeba 100 mld euro, aby doprowadzić je do dobrych standardów – twierdzą samorządowcy. Istotne jednak jest, żeby w ogóle mówić o różnorodnej specyfice polskiej prowincji. Jeśli PiS chce innej Rzeczypospolitej, musi samodzielnie analizować, diagnozować i głośno mówić o problemach Polski B i C.

 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl