Czerwony aparatczyk Piechociński

Dekomunizację nazywał prześladowaniami, po obaleniu rządu Jana Olszewskiego żądał odpowiedzialności karnej oraz Trybunału Stanu dla autorów lustracji. Trudno temu się dziwić, bo Janusz Piechociński był wcześniej czołowym aparatczykiem organizacji partnerskiej sowieckiego Komsomołu, której aktyw szkolił się w ZSRS. A przy Okrągłym Stole reprezentował władzę.

Nadzieje, że młodszy o siedem miesięcy od Waldemara Pawlaka Janusz Piechociński odmieni Polskie Stronnictwo Ludowe, nie mają niestety realnych podstaw. Wynika to z rodowodu politycznego nowego wicepremiera, byłego aparatczyka Związku Młodzieży Wiejskiej (ZMW) – organizacji, której sowieckie powiązania, a także wywodzące się z lat 80. biznesy mają kluczowe znaczenie dla późniejszych losów PSL.

1992 – prześladowane ofiary dekomunizacji będą ukrywały się w lasach

6 czerwca 1992 r., dwa dni po obaleniu rządu Olszewskiego, 32-letni poseł Janusz Piechociński mówi z trybuny sejmowej o lustracji: „W wyniku nieodpowiedzialnych działań skrzywdziliśmy Polskę i Polaków”. Domaga się „ustalenia osób, które te listy sporządzały” i „ukarania tych, którzy doprowadzili do upublicznienia tych list, z pociągnięciem ich do odpowiedzialności karnej włącznie”. Grozi też odpowiedzialnością gazetom, które ujawniły, kto jest na listach.

4 lipca przemawia po raz kolejny: „Podeptaliśmy zasady prawa, zdrowego rozsądku i godność państwa”. Stwierdza też, że działalność kierownictwa MSW „miała znamiona prowokacji politycznej, a jej autorzy powinni odpowiadać przed Trybunałem Stanu”.

Z kolei 5 września atakuje zwolenników ustaw dekomunizacyjnych: „Ponownie przygotujemy ułomny akt, który może spowodować kolejną falę krzywd, zamętu i nieporozumień”. Stwierdza, że siły wywodzące się z Solidarności „chcą brać rewanż, w majestacie prawa tworzyć bezprawne akty”. I dramatycznie dodaje: „Jeszcze raz warto podziękować strażakom, że ugasili pożar w lesie. Ta część Polaków, która będzie prześladowana, będzie miała się gdzie schować”. Kpi też z posła Macieja Srebry z ZChN: „Nie chcemy, aby pan wystawiał na próbę swoje uczucia religijne i nie każemy panu rzucać się na szyję wybranemu I sekretarzowi KC, ale prosimy pana, aby w dyskusji próbował pan pohamować chociaż nienawiść”.

Wiejski aktyw szkolony w Sowietach

Skąd u młodego polityka tak zaangażowane wypowiedzi w obronie komunistów? Wszystko wyjaśnia jego błyskotliwa kariera w ZMW, organizacji, której wizerunek należy w III RP do najbardziej zmistyfikowanych. „ZMW jako jedyna organizacja powstała po sierpniu 1980 r. nie została ani zawieszona, ani rozwiązana po wprowadzeniu stanu wojennego” – chwalił się 11 kwietnia 1982 r. na łamach pisma „Zarzewie” towarzysz Waldemar Świrgoń, najmłodszy w historii sekretarz KC PZPR, a jednocześnie szef ZMW. Organizacja ta z czasów PRL błędnie bywa kojarzona jako młodzieżowa przybudówka ZSL. To nieprawda, trzech kolejnych szefów ZMW z lat 80. działało w PZPR. ZMW zrzeszała zarówno działaczy PZPR, jak i ZSL. Piechociński był w drugiej połowie lat 80. jednym z ważniejszych jej aparatczyków, zasiadał w jej Zarządzie Krajowym i był przewodniczącym Krajowej Rady Akademickiej ZMW.

Czym zajmowała się ZMW za czasu awansów Piechocińskiego? Pisał o tym jej organ, pismo „Zarzewie” 15 marca 1987 r.: „Najważniejszym partnerem ZMW jest Wszechzwiązkowy Leninowski Komunistyczny Związek Młodzieży. Współpraca ta ciągle rozszerza się (...) obejmuje wymiany grup studyjnych, wspólne seminaria, wymianę doświadczeń z zakresu działalności organizacyjnej w środowisku wiejskim, szkolenia dla aktywu”.

Mamy też relację z takiego szkolenia. „Riazań powitał nas bardzo uroczyście i serdecznie. Na Dworcu Wschodnim zebrali się licznie riazańscy komsomolcy. »Niech żyje niezłomna radziecko-polska przyjaźń« – głosił w języku polskim napis na ogromnym transparencie. Dziewczęta w ludowych rosyjskich strojach wręczyły kierownictwu naszej grupy bochen chleba” – relacjonował Mieczysław Alaba, dziennikarz „Zarzewia”.

Stan wojenny był początkiem biznesowego imperium obecnego PSL. To wtedy pojawił się pomysł powołania spółki Agrotechnika. Prof. Jadwiga Staniszkis pisze o niej w książce „Postkomunizm. Próba opisu”: „Powstała w Polsce pierwsza duża spółka nomenklaturowa, Agrotechnika” (znaleźli się w niej Waldemar Świrgoń i Waldemar Pawlak)”.

Życzliwy ZMW „Przegląd Techniczny” opisywał w 1986 r., jak w ich powstanie zaangażowany był aparat władzy PRL: „Po drodze konieczne było anulowanie kilku starych przepisów, stworzenie nowych”. Jak pisał „Wprost”, w Agrotechnice znaleźli się ludzie związani ze służbami specjalnymi PRL. Dzięki koneksjom w polityce i służbach Agrotechnika uzyskała gigantyczne kredyty. Montowane przez nią komputery trafiały m.in. do ZSRS.

Wicepremier: chciałem legalizacji NZS, NZS: nic nam o tym nie wiadomo

W tygodniku „Wprost” (nr 8/2010) Piechociński, od 1987 r. także aktywista ZSL, pytany o swoje zasiadanie przy Okrągłym Stole po stronie komunistycznej, zapewniał: „Siedziałem jeden dzień, bo jak powiedziałem w podstoliku młodzieżowym, że chcemy rejestracji NZS bez żadnych dodatkowych warunków, to następnego dnia kierownictwo ZMW musiało mnie wycofać”. Tymczasem Andrzej Sosnowski, przedstawiciel NZS przy podstoliku młodzieżowym, mówi, że nie pamięta takiej wypowiedzi. – Tamta strona prezentowała jednolite stanowisko negatywne, takie wystąpienie na pewno zostałoby zapamiętane – stwierdza. Także Andrzej Celiński, dziś prezes Partii Demokratycznej, mówi, że podczas obrad podstolika nie było takiego wystąpienia. – To był jedyny podstolik, który zakończył się brakiem porozumienia właśnie ze względu na sprawę legalizacji NZS – wspomina. Dodaje, że żaden ślad wystąpienia Piechocińskiego nie pojawia się w pięciotomowej publikacji o Okrągłym Stole wydanej w 2004 r., opracowanej na zlecenie kancelarii Aleksandra Kwaśniewskiego.

W rozmowie z nami wicepremier Piechociński podtrzymał swoje twierdzenie: – Mówiłem o tym na spotkaniu strony rządowej, powtórzyłem też publicznie do kamer „Teleexpressu”. Wypowiedź ta nie ukazała się, a ja następnego dnia zostałem zastąpiony przez ZMW inną osobą.

Piechociński: Bartoszcze musiał odejść, bo chciał zdekomunizować PSL

W 1989 r. przyszłość polityczna ZSL była niepewna. Weterani przedwojennego PSL utworzyli tzw. PSL wilanowskie. ZSL zmieniło z kolei nazwę na PSL „Odrodzenie”. Ale 5 maja 1990 r. odbył się kongres zjednoczeniowy PSL. Przestraszeni postkomunistyczni działacze postanowili skryć się za plecami Romana Bartoszcze – opozycjonisty z Solidarności rolniczej.

Nie na długo. O usunięciu Bartoszcze „GW” pisała: „Do końca nie wiadomo, co stało się późnym popołudniem 19 czerwca 1991 r., gdy do gabinetu prezesa PSL na Grzybowskiej dostała się grupa 20 działaczy ZSL pod wodzą Romana Jagielińskiego. Jedni mówią, że Bartoszcze został usunięty siłą. Inni – że dobrowolnie wyszedł”. Po zjeździe z 29 czerwca władzę w PSL przejęli – uznając, że już można – działacze ZMW. Piechociński mówił o Bartoszcze w „GW”: „Walczył z własną partią. Miał jeden pomysł na umocnienie swej pozycji – zdekomunizować PSL”.

Ciąg dalszy po tych kluczowych dla losów PSL wydarzeniach z lat przełomu znamy. Waldemar Pawlak w kolejnych rządach swoje postkomunistyczne powiązania stawiał zawsze wyżej od interesu Polski. Udział w obaleniu rządu Olszewskiego, podpisanie skrajnie niekorzystnego dla Polski kontraktu gazowego z Rosją, wprowadzenie przez Pawlaka do władz ABW swojego kolegi z pokoju w akademiku, byłego esbeka Zdzisława Skorży – te decyzje pokazywały, czym naprawdę jest PSL. Niestety, nic nie wskazuje, by rządy Piechocińskiego oznaczały tu jakąkolwiek jakościową zmianę.

Udostępnij

Wczytuję komentarze...

Zejść z areny niepokonanym

Kiedy Usain Bolt przejmował pałeczkę na ostatniej prostej sztafety 4 x 100 m, fani na całym świecie wstrzymali oddech, by po chwili przecierać oczy ze zdumienia, gdy z grymasem bólu skakał na jednej nodze i upadł na ziemię. Sport jeszcze raz pokazał swoje paradoksalne oblicze. Wielki zawodnik przegrał w ostatnim starcie z kontuzją.

Przypadek jamajskiego sprintera jest o tyle nietypowy, że wcześniej zapowiedział on, iż po imprezie w Londynie kończy karierę, więc to nie kontuzja mu ją przerwała. Wielu mistrzów sportu kończyło swoją przygodę ciężkimi kontuzjami, które wyeliminowały ich nie tylko ze sportu, ale utrudniły codzienne funkcjonowanie. Sporą grupę wyeliminowanych ze sportu przez kontuzję stanowią żużlowcy, wśród których jest duża grupa wielkich zawodników ze złamanym kręgosłupem. Tomasz Gollob, Krzysztof Cegielski, Erik Gundersen, Per Jonsson – to tylko część spośród tych, którzy musieli walczyć o powrót nie tyle do zawodowej rywalizacji, ile do sprawności fizycznej. Nie tylko przedstawiciele czarnego sportu przedwcześnie kończyli karierę. 21-letnia austriacka tyczkarka Kira Grunberg uległa na treningu ciężkiemu wypadkowi i też została sparaliżowana.

Osobną grupę wielkich sportowców stanowią ci, którzy zostali pokonani przez problemy psychiczne. Jednym z nich był utytułowany niemiecki skoczek narciarski Sven Hannawald. Po wielkich sukcesach, międzynarodowej sławie przyszedł czas upadku, depresji, leczenia w specjalistycznej klinice, powolnej walki o powrót do normalnego życia. Dłuższą przerwę od sportu zrobiła sobie też Justyna Kowalczyk, która też zmagała się z depresją. Wróciła do rywalizacji, ale daleko jej do mistrzowskiej formy.

Odejść w glorii

Niewielu wybitnych sportowców potrafiło wyczuć najlepszy moment, by zejść ze sportowej sceny. Nic dziwnego – chyba najtrudniej powiedzieć „stop” właśnie wtedy, kiedy odnosi się spektakularne sukcesy. Pokusa bycia jak najdłużej na szczycie jest przecież ogromna. Jak z klasą i wyczuciem pożegnać się z kibicami, pokazał jeden z najbardziej utytułowanych polskich lekkoatletów ostatnich dekad Robert Korzeniowski. Decyzję o rezygnacji z dalszych startów podjął opromieniony złotem olimpijskim w chodzie na 50 km w Atenach. Podobnie uczynił Leszek Blanik, który w rok po olimpijskim złocie w Pekinie ogłosił zakończenie sportowej kariery. Z klasą potrafił też odejść nasz najwybitniejszy skoczek narciarski Adam Małysz, który zrezygnował z dalszego skakania po zdobyciu dwóch srebrnych medali na olimpiadzie w Vancouver. Serce podpowiadało mu zapewne, żeby spróbować jeszcze dotrwać do kolejnych igrzysk w Soczi i powalczyć o brakujący do kolekcji złoty medal olimpijski, ale rozum przeważył, i słusznie, bo historia skoków narciarskich nieraz pokazała, że mieć trzydziestkę z okładem i odnosić wielkie sukcesy to przywilej wybrańców, reszta kończy, walcząc z własną przeciętnością.

W cieniu dawnej sławy

Jakże często wybitni sportowcy nie potrafili zdecydować o tym, by powiedzieć pas. Wielu z nich przeciągało starty do momentu, kiedy ich kariera przypominała równię pochyłą. W ostatnich latach rozmieniali swoją sławę na drobne. Ginęli w przeciętności albo stawali się cieniem samych siebie. Zawodowi piłkarze zazwyczaj nie dbają o styl kończenia kariery. Coraz częściej osładzają sobie przejście na piłkarską emeryturę lukratywnymi kontraktami poza Europą, jak Raul, Cisse, Drogba, Pirlo i wielu innych. Problemy z porzuceniem skoczni mieli wielcy skoczkowie. Ahonen, Goldberger, Schmitt czy ikona skoków narciarskich Matti Nykänen. Pokonany przez własne słabości, chorobę alkoholową, kontuzję, która przerwała jego karierę. Po jej zakończeniu chwytał się różnych zajęć, raczej z mizernym skutkiem. Furory nie zrobił jako piosenkarz rockowy, próbował też swoich sił w roli striptizera. Kilkakrotnie skazywany za pobicie, kilka lat spędził w więzieniu.

Powroty

Spora część wielkich sportowych gwiazd nie mogła się zdecydować, czy kończyć karierę, czy powrócić do profesjonalnej rywalizacji. O tym, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, przekonali się najwybitniejsi. Legenda koszykówki Michael Jordan kończył karierę dwukrotnie. Pierwszy raz wrócił i zdobył z chicagowskimi bykami trzy mistrzowskie tytuły. Drugi comeback był już mniej udany. Jordan ze swoim zespołem nie awansował do walki o mistrzowski pierścień i zrezygnował z dalszej gry.

Wielu ekspertów uznaje powrót Michaela Schumachera do wyścigów F1 za jego największy błąd. Prawdziwą klęską okazał się powrót na kort w wieku 35 lat wielkiego tenisisty Björna Borga, któremu wydawało się, że drewnianą rakietą nadal będzie dzielił i rządził. Srogo się zawiódł i po przegraniu kolejnych dziesięciu pojedynków zrezygnował z dalszych startów. Specyficzną grupę powracających po zakończeniu kariery stanowią bokserzy. Niektórzy nawet grubo po czterdziestce wracali, żeby stoczyć jedną lub dwie walki. Muhammed Ali, George Foreman po powrocie ze sportowej emerytury wygrywali swoje walki.

Pokusa powrotu do sukcesów jest olbrzymia. Niektórzy, jak Jordan, wracają z miłości do swojej dyscypliny. Inni, jak Matti Nykänen, powracają, bo nie umieją odnaleźć swojego miejsca w życiu. Nie odnajdują się poza sportem i próbują wrócić do swojej dyscypliny. Część do reaktywacji zmuszają kłopoty finansowe, jak króla futbolu Pelego, który rok po zawieszeniu butów na kołku podpisał kontrakt z amerykańskim klubem New York Cosmos. Jest grupa zawodników, która chce albo sobie, albo komuś coś udowodnić, np. zgarnąć ostatni brakujący do kolekcji tytuł.

W atmosferze skandalu

Pamiętamy szok wywołany wiadomością o dopingu kanadyjskiego sprintera Bena Johnsona, rekordzisty świata, mistrza olimpijskiego. Dwukrotnie zdyskwalifikowany, za drugim razem dożywotnio, do dziś jest symbolem nieuczciwej rywalizacji. W niesławie rozstawała się z królową sportu także Amerykanka Marion Jones, która musiała oddać wszystkie medale, nagrody i tytuły, które zdobyła po 2000 r. Aura skandalu z innych powodów unosiła się wokół znakomitego golfisty Tigera Woodsa. Jego wybryki z zapartym tchem śledziła cała Ameryka. Jeden z najlepiej zarabiających sportowców skompromitował się romansami i zdradami.

Wielkość sportowca to nie tylko liczba sukcesów, złotych medali czy pobitych rekordów, ale też umiejętność uchwycenia właściwego momentu finału swojej kariery. Nie jest łatwo powiedzieć „dość” akurat wtedy, gdy jest się u szczytu sławy. Pokusa wygrywania, bycia na świeczniku jest ogromna. Trudno się dziwić, że nawet najwybitniejsi sportowcy nie umieli wybrać najlepszego momentu odejścia na sportową emeryturę. Jamajskiemu sprinterowi wprawdzie nie udało się zakończyć kariery u szczytu formy, ale w świadomości kibica pozostanie wielkim mistrzem i niebanalnym człowiekiem.

Udostępnij

Tagi
Najnowsze opinie

„Autorytety” ze skazą

UEFA MAFIA

Pod dachami Paryża

III RP – strefa dyskomfortu

Barcelona – rzeczywistość i…

Widziałem Stalina, czyli hinduski powrót do przeszłości

Odkryłem właśnie zupełnie nową twarz Indii. Inną niż wielomilionowa stolica New Delhi, informatyczna aglomeracja Bangalore, zawieszony pod Himalajami Nanital, historyczny Bombaj (Mumbai) czy europejskie, kuszące Goa. Kerala – stan rządzony „od zawsze” przez komunistów.

Nigdy w życiu nie widziałem tylu portretów Stalina, co tutaj. Nawet w miejscu urodzenia „słoneczka ludzkości” Josifa Wissarionowicza Dżugaszwilego, pseudonim partyjny Stalin, w gruzińskim Gori ich nie uświadczysz. Czasem, sporadycznie pojawiają się na manifestacjach komunistów w Rosji. Tu, w odwiedzanej przez turystów z całego świata Kerali, towarzysz Stalin jest obecny. Tak, tak, bardziej niż... Lenin! Widziałem więcej plakatów ze Stalinem niż ojcem Związku Sowieckiego Włodzimierzem Iljiczem Uljanowem, pseudonim partyjny Lenin. Ale jednak to nie morderca – Osetyniec Stalin (choć część Gruzinów podkreśla, że to jednak ich rodak...) króluje w Kerali. Cheguevara patrzy na mnie niemal z każdego miejsca. Che jest wszędzie. Na ulicy, na przystani łódek, na autobusie, na sklepie. Tylko czerwonych flag z tradycyjnymi żółtymi: sierpem i młotem jest więcej. Ciekawe, bo nigdzie indziej tego nie widziałem, że niemało jest tu innych komunistycznych flag: białych(!) z czerwonym sierpem i czerwonym młotem. Symbole komunistów są rzeczywiście wszechobecne. Charakterystyczne, że wieszają je właściciele tysięcy małych sklepików. To odróżnia komunizm w Indiach od tego, który my znamy w Europie, gnębiący „klasę” nawet najmniejszych posiadaczy, drobnych rzemieślników czy sklepikarzy.

Chrześcijanie na tle sierpa i młota

Kerala jest także innym wyjątkiem na mapie subkontynentu, jakim są Indie. Jest stanem o największej liczbie chrześcijan w tym jednym z dwóch najliczniejszych państw świata (oprócz Chin). Tylko dawne portugalskie Goa, będące częścią terytorium Indii od raptem pół wieku, może pod tym względem równać się z Keralą. Co piąty mieszkaniec jest wyznawcą Chrystusa, większość z nich to katolicy. Trzech na pięciu to hinduiści. Raptem jedynie jeden na dziesięciu to muzułmanin. Ale wyznawcy islamu są świetnie zorganizowani: w wyborach wystawiają własną, muzułmańską partię, która w lokalnym parlamencie ma aż 18 proc. posłów, choć reprezentuje 10 proc. mieszkańców.

Hinduiści i wyznawcy proroka Mahometa oficjalnie nie piją alkoholu. Być może to jest powodem, że w mieście Allappuzha jest tylko jeden sklep z trunkami, na obrzeżach miasta, schowany w bocznej uliczce, między jakimiś magazynami. Długa kolejka Hindusów za piwem, króciutka za winem i mocniejszymi trunkami. W niej stoją nieliczni cudzoziemcy. Widać, że nie ma zbyt wielkiego popytu, bo większość butelek jest przeraźliwie zakurzona.

Bezpieczny transport Świętych Aniołów

Katolicki kościółek też jest wciśnięty między domy w bocznej uliczce. Widzę jednak też inne świątynie wyznawców Chrystusa, może nie największe, lecz usytuowane przy głównych ulicach. Ale znaków obecności naszych braci w wierze jest więcej. Firma autobusowa Holy Angels – Święci Aniołowie zapewnia transport między poszczególnymi miastami i miejscowościami Kerali.

W Europie pewnie przyjęto by ją ze zdziwieniem, tutaj jest znakiem swoistej identyfikacji religijnej, choć oczywiście korzystają z niej nie tylko Hindusi z krzyżykami na piersiach. Ciekawe, że hinduiści mają swoją firmę do transportu osób: autobusiki YEL Travels kursują obwieszone ich symbolami religijnymi – charakterystycznymi, licznymi bóstwami. Ale nie sposób nie dostrzec też wpływów muzułmanów. Ci, jak w wielu krajach świata, gdzie należą wciąż do mniejszości (sic!), są wspierani przez bogatych współwyznawców z krajów Bliskiego Wschodu i Zatoki Perskiej. Widzę szyldy islamskich-arabskich piekarni, restauracji, dostrzegam meczety tłumnie odwiedzane przez mahometan obu płci „centra kulturalne”, jest też sklep z arabską biżuterią.

Muzułmanie znaczą więcej niż wynikałoby to z ich liczby, ale miejscowi mówią, że ich liczba się nie zwiększa.

Kerala, choć jest inna, bardziej europejska (to wynika z historii) niż większość stanów Indii, pod paroma względami udowadnia, że jest integralną częścią tego wielkiego kraju. Tu też, jak wszędzie, mężczyźni myją się w rzekach i tak jak kobiety piorą w nich swoje rzeczy. Tu też na motocyklach często jadą trzy, a nie dwie osoby. Czasem jest to rodzina: mąż z żoną i dzieckiem, czasem trzech młodych chłopaków. Charakterystyczne jest, że pasażerowie przeważnie siadają... bokiem do kierunku jazdy.

Widzę w Kerali kobiety, które – jak w Europie w dawnych wiekach – piorą na... kamieniu. Jest bardzo mało świętych krów w porównaniu z innymi regionami Indii. Na statkach płynących po lagunach i kanałach tego zagłębia turystycznego widać podziały etniczne: stłoczeni Hindusi na jednych i po paru Europejczyków na drugich. Nikogo to nie dziwi, a ja się łapię na tym, że mnie też po pewnym czasie przestaje to dziwić.

W cieniu Che, Stalina i Castro

Sierpy i młoty są tłem wszystkiego. Flagi z tymi symbolami powiewają przy ulicach, przy sklepach i maleńkich stoiskach, w miejscach odwiedzanych przez turystów, przy chrześcijańskich kościołach, hinduistycznych świątyniach, islamskich meczetach. Jakby były polisą przed nędzą. Ale do nich przyzwyczaić się nie mogę, mnie wciąż rażą, choćby nie wiem jak tłumaczyć ich obecność historycznie i socjologicznie, budzą niechęć i niesmak. Kierowca samochodu, który wiezie mnie z lotniska, ma krzyż w wozie. Mijam sporo ciężarówek z krzyżami namalowanymi wręcz na szoferkach, na zewnątrz. Widzę też autobus z namalowanym z tyłu świętym Antonim. I billboard przy głównej drodze bynajmniej nie z reklamą pasty do zębów, ale z... Matką Boską. To wszystko jakoś, wbrew okrutnym doświadczeniom historycznym komunizmu w Europie i Azji, koegzystuje z portretami tandemu Lenin-Stalin, feeria podobizn Che, spoglądającym posępnie z murów Fidelem Castro, wreszcie długoletnimi rządami partii komunistycznej. Miałem poczucie, że jestem w jakimś skansenie, rezerwacie, w którym czas stanął w miejscu, że to sceneria filmu historycznego. Jednak wyznawcy Chrystusa (20 proc. populacji Kerali) to nie postacie z filmu, tylko żywi ludzie z prawdziwymi problemami. Są na końcu świata, ale tak jak my wierzą w Dobrą Nowinę. Warto o nich pamiętać.

Udostępnij

Tagi
Najnowsze opinie

Autentyczna prawicowość

Jakim trzeba być głupcem...

Skończyć z bezradnością

Jak wyjść z kryzysu

Bohater Kaczyński

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl