Największa przygoda mojego życia

Spotkałem go na ścieżce mojego życia jeszcze jako młodego księdza, a potem szedłem obok niego po tej ścieżce długi czas, na różnych etapach – z ks. Stanisławem kardynałem Nagy o jego przyjaźni z Janem Pawłem II rozmawia Artur Dmochowski


Znał Ksiądz Kardynał blisko i przez wiele lat Jana Pawła II. Jaki był Karol Wojtyła?
Co taki człowiek jak ja, zajęty niemal całe życie nauką o Kościele, którego on był głową i którym przez tak wiele lat kierował, ma dziś o nim do powiedzenia? Należałoby dokonać pewnej syntezy i wydawałoby się, że kto jak kto, ale ja, bliski mu i znający go przez wiele lat, a równocześnie ktoś, kto całe prawie życie poświęcił Kościołowi, powinienem umieć taką syntezę stworzyć. Muszę jednak wyznać, że nie jestem do niej zdolny...
Błogosławiony Jan Paweł II w moich oczach jest prawdziwym gigantem intelektu, wielkim człowiekiem z ogromnym bogactwem życia wewnętrznego i działalności, ale przede wszystkim bogactwem ducha. Był człowiekiem najgłębiej pojętej modlitwy, oddania i służby Bogu. Czyli po prostu świętym.

Jak zaczęła się znajomość Księdza Kardynała z Karolem Wojtyłą?
Spotkałem go na ścieżce mojego życia jeszcze jako młodego księdza, a potem szedłem obok niego po tej ścieżce długi czas, na różnych etapach.
Najpierw był etap wspólnego myślenia o Soborze, kiedy Karol Wojtyła był ojcem soborowym, a ja początkującym profesorem eklezjologii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Biorąc udział w Soborze, który zajmował się reformą Kościoła, Karol Wojtyła potrzebował dzielić się myślami z kimś, kto – tak jak ja – głęboko tkwił w problematyce eklezjologicznej. Wypadło na mnie, ponieważ byliśmy razem na KUL i mieszkaliśmy obaj w Krakowie. To był dla mnie bardzo ciekawy etap, bo miałem okazję dowiedzieć się wiele z pierwszej ręki o Soborze wtedy, gdy dostęp do tych informacji był w Polsce bardzo ograniczony.
Jednocześnie, jak wiadomo, Karol Wojtyła był dobrym i twórczym słuchaczem, który nie tylko dowiadywał się pewnych rzeczy. One od razu zapładniały go intelektualnie, padały na grunt, który już miał przygotowany. Posiadał dużą wiedzę eklezjologiczną, więc moje przemyślenia pomagały mu ubogacać tę wizję Kościoła, jaka była potrzebna do pracy soborowej.

A jaki był następny etap?
To był etap coraz lepszego poznawania się, związany zresztą także z dalszym konsultowaniem się w sprawie eklezjologii soborowej. Te konsultacje dokonywały się także w ramach turystyki. Obaj bardzo lubiliśmy wyjazdy i to stworzyło dodatkowy grunt, na którym mogliśmy dokonywać wymiany poglądów. To miało podwójny skutek. Z jednej strony sprzyjało wzajemnemu pogłębianiu świadomości kościelnej i wiedzy eklezjologicznej, a z drugiej zbliżało nas do siebie.

Gdzie jeździliście na te wyprawy?
Najczęściej były to narciarskie wypady w Tatry. Były dla mnie wyjątkowe, ponieważ niekiedy wyjeżdżaliśmy tylko we dwóch. Będąc z nim sam na sam, miałem rzadką możliwość stawiania pytań i poruszania tematów, które w większych gronach trudno było omawiać. A to otwierało z kolei możliwość poznania go bliżej.
Uprawialiśmy więc razem narciarstwo, czasem tak proste jak skiring, czyli jazda za saniami, którą obaj bardzo lubiliśmy i podczas której oczywiście zdarzały się różne przygody i wypadki. I tu muszę się uderzyć w piersi, bo okazałem się ignorantem, i to całkowitym. Bo jak przypominam sobie z tego okresu, nie podejrzewałem, że mam do czynienia z kandydatem na świętego. Widziałem w nim wybitnego człowieka o wyjątkowych uzdolnieniach, o wyjątkowym charakterze i inteligencji oraz o pobożności, ale pojętej nie tak, jak sobie wyobrażałem świętego. Ta sylwetka świętego zaczęła się dla mnie wyłaniać znacznie później, kiedy już został papieżem.

Co zmieniło się w waszej znajomości po wyborze Karola Wojtyły na tron św. Piotra?
To był następny, odmienny etap naszej znajomości. Miałem wcześniej świadomość, że jestem bliski kardynałowi Wojtyle, ale nie myślałem, że uważa mnie za przyjaciela. Widziałem, że jest dla mnie zbyt wielki, a ja – zbyt mały. I to już wtedy, gdy był tylko kardynałem. Wyrazem takiego poczucia, jak się okazało niesłusznego, było to, że nie odważyłem się pojechać na inaugurację jego pontyfikatu do Rzymu. On mi to zresztą później żartobliwie wypomniał. Pisałem wtedy do „Tygodnika Powszechnego” o papiestwie, a on mi powiedział: „Jak można pisać o papieżu, a nie przyjść zobaczyć żywego papieża!”. Dlatego przy najbliższej okazji, jaką była konsekracja bp. ks. Macharskiego, pojechałem do Watykanu i zostałem przyjęty po przyjacielsku, jako dawny towarzysz wspólnych wypraw.

W pewnym momencie zostałem mianowany z inicjatywy papieża członkiem Międzynarodowej Komisji Teologicznej. Wtedy musiałem dosyć często bywać w Rzymie, a bywając tam, miałem oczywiście okazję, by z nim się spotykać. Był bardzo zainteresowany postępami prac Komisji.

Równocześnie coraz bardziej wyrazistą stawała się dla mnie jego sylwetka. W sensie nie tylko intelektualnym, ale i moralnym. Rósł w moich oczach coraz to bardziej, a jednocześnie był mi coraz bliższy, coraz bardziej otwarty i nie zważał na to, że ja pozostałem tym samym małym człowiekiem, a on stał się taki wielki. Mimo to traktował mnie tak samo po przyjacielsku jak dawniej.

Czy oprócz spotkań związanych z Komisją Teologiczną były jakieś inne okazje do spotkań?
Tak, gdyż bywałem też w czasie wakacji w Castel Gandolfo. Na tym etapie zaczęła się już jawić coraz wyraźniej osobowość świętego. Człowieka ogromnej modlitwy, co miałem okazję widzieć z bliska, gdyż korzystaliśmy z tej samej kaplicy. Widziałem, jak spędzał w tym miejscu całe godziny na modlitwie brewiarzowej i na adoracji.

Czy był Ksiądz Kardynał z papieżem także pod koniec jego życia?
Tak, i wtedy przekonałem się definitywnie o jego świętości, właśnie wtedy, gdy zapadł na śmiertelną chorobę. Wtedy pokazał się jako człowiek święty, mający m.in. tę umiejętność przyjęcia choroby i śmierci z ręki Bożej tak, jak ją trzeba przyjąć.

Byłem u niego na ostatnim kolędowaniu w Watykanie w 2005 r. Byłem zaproszony na kolację, śpiewaliśmy u niego ostatni raz kolędy. Wtedy na naszą prośbę zaśpiewał jeszcze, ale tego samego dnia zabrano go do szpitala i zaczął się ostatni etap jego ziemskiego życia.

A jakie wspomnienie utkwiło Księdzu Kardynałowi w pamięci najżywiej z tych lat znajomości?
Gdy raz chorował, jeszcze w Krakowie jako kardynał, lekarze nie bardzo wiedzieli, co robić i zdecydowali, że być może wyjazd do Zakopanego postawi go na nogi. A ponieważ tylko ja spośród jego znajomych umiałem jeździć na nartach, miałem z nim pojechać i pomóc mu się kurować. Pojechaliśmy zatem do Doliny Chochołowskiej i mieliśmy iść na Grzesia. Musiałem na chwilę się zatrzymać, żeby poprawić nartę, a on powiedział: „Słuchaj, ja pójdę przodem i spotkamy się potem na trasie”. Ale gdy naprawiłem nartę i wyruszyłem, nigdzie go nie było. Po przejściu połowy trasy byłem już mocno niespokojny. Chciałem wracać, żeby sprawdzić, czy gdzieś po drodze go nie minąłem, a wtedy on wyszedł z krzaków. Zacząłem robić mu wyrzuty, a on mówi: „Wiesz, chciałem sobie troszkę pojeździć na wyciągu”. Okazało się, że jak zwyczajny człowiek nie mógł się powstrzymać przed sprawieniem sobie małej przyjemności i wykonaniem paru zjazdów.

A inne wspomnienie, już z okresu pontyfikatu, dotyczy momentu, kiedy papież wrócił z pierwszej pielgrzymki do Polski w czerwcu 1979 r. Byłem wtedy w Rzymie i nagle wieczorem dostałem sygnał, że mam natychmiast przyjechać do Castel Gandolfo. Miałem wtedy kapitułę generalną mojego zakonu i sekretarz generalny zawiózł mnie do tej papieskiej siedziby pod Rzymem. Podczas kolacji ks. Dziwisz powiedział: „Szkoda, że księdza nie było w Polsce, bo dokonaliśmy bierzmowania narodu”. Natomiast papież przyjechał tak wyczerpany, że nie mógł utrzymać w rękach brewiarza.

A potem, kiedy spacerowaliśmy wieczorem w tym przepięknym ogrodzie w Castel Gandolfo, papież mówił mi o odbytej pielgrzymce, o pobycie w Krakowie i w Polsce. Ten wieczór pozostał mi do dziś w pamięci jako niezwykłe przeżycie.

Spośród najbliższych przyjaciół papieża żyje jeszcze ks. kardynał Jaworski, a zmarł już niestety ks. prof. Styczeń. Dla mnie spotkanie tak niezwykłego człowieka było największą przygodą mojego życia.

Udostępnij

Wczytuję komentarze...
Najnowsze
Będą poprawki PiS do ustaw o KRS i SN?

Będą poprawki PiS do ustaw o KRS i SN?

Nobliści dostaną podwyżkę

Nobliści dostaną podwyżkę

Rosyjski specnaz już na Białorusi

Rosyjski specnaz już na Białorusi

„Wygraliśmy, ale nie daje się nam…

„Wygraliśmy, ale nie daje się nam…

Lekarze ws. McCaina: Rokowania bardzo złe

Lekarze ws. McCaina: Rokowania bardzo złe

Małgorzata Wassermann ujawnia: Nikt wcześniej nie dociekał skąd Marcin P. wiedział, że interesuje się nim ABW

/ Tomasz Hamrat/Gazeta Polska

„To już kolejny świadek, który o tym mówi, że Marcin P. już w pierwszej rozmowie posługuje się faktem, że u niego pracuje Michał Tusk” - mówi szefowa sejmowej komisji śledczej ds. Amber Gold. Według Małgorzaty Wassermann wszystko zaczyna układać się w „pewną całość”. Jak dowiedział się portal niezalezna.pl, komisja śledcza rozważy, czy w związku z zachowaniem przesłuchiwanej dziś teściowej założyciela Amber Gold, nie złożyć wniosku o ukaranie świadka za odmowę składania zeznań.

Przed komisją śledczą ds. Amber Gold zeznawał były szef parabanku Finroyal Andrzej K., który mówił, że sugerował Marcinowi P. albo współpracę, albo przejęcie Finroyal przez Amber Gold.

- Zacznę od dwóch faktów, które komisji są znane, a opinii publicznej może nie. Pierwsza sprawa, to jest to, że pan Marcin P. powiedział panu Andrzejowi K., że pozostaje w zainteresowaniu ABW. Jest istotne, od kiedy on miał wiedzę, że pozostaje w zakresie zainteresowania służb, co jest tak na marginesie bardzo ciekawe. To wynika z protokołów. My to wiemy. To jest niesamowite, ale nikt tego wątku nigdy nie pogłębiał. To znaczy, nikt nie dociekał, skąd on miał tę wiedzę i z kim się nią dzielił – mówi Małgorzata Wassermann.

Kolejny wątek na który zwraca uwagę szefowa komisji śledczej, to brak jakiegokolwiek sensownego uzasadnienia transakcji przelania Andrzejowi K. docelowo dwunastu milionów przez Marcina P.

- Pan Andrzej K. nie jest w stanie w żaden sposób uzasadnić tej transakcji [...] Dzisiaj stawiam pytanie, czy to po prostu nie było czyste pranie pieniędzy [...] Macie państwo świadomość, że opowieści pana Andrzeja K. o jego prężnie działającej firmie nie zasługują na wiarę w żadnym wypadku.  Trzecia sprawa - i to jest już kolejny świadek, który o tym mówi - Marcin P. w pierwszej rozmowie posługuje się faktem, że u niego pracuje Michał Tusk. Czyli nie polegają na prawdzie te zeznania, w których mówiło się, że nikt o tym nie wiedział, ani nie był to dla niego parasol ochronny. To po prostu się układa w pewną całość. - podkreśla szefowa komisji śledczej ds. Amber Gold.

 Ponadto w rozmowie z naszą reporterką Małgorzata Wassermann podkreśla, że Marcin P. W pewnym momencie zaczął przelewać spore sumy pieniędzy.

- My wiemy, że zaczął on przelewać pieniądze w tym momencie, gdy było jasne, że jego firma idzie ku upadkowi. To były te miesiące, który organa państwa polskiego dały mu na to szybkie upłynnienie i wyprowadzenie tych pieniędzy. Tak na ten moment ja to widzę. Nie mówię, że nie zmienię zdania, jak poznam cały materiał dowodowy, ale musicie państwo przyznać, to jest kolejna osoba, która bez jakiegokolwiek zapowiedzenia, bez czegokolwiek... bez sprawdzenia przychodzi do Marcina P, a on jej w cudowny sposób przelewa miliony. [...] Ktoś był gwarantem tych transakcji. Ktoś te transakcje po prostu pilotował i nikt mi nie wmówi, że przychodzi z ulicy jeden czy drugi pan i mówi, że chciałby mu sprzedać 15 mln euro długu, a Marcin P. mówi, „to jest dla mnie bardzo dobry interes, przeleję panu 12 milionów”. - podkreśla Małgorzata Wassermann.

Odnosząc się do przesłuchania teściowej Marcina P. szefowa komisji śledczej ds. Amber Gold nie wyklucza złożenia wniosku o ukaranie świadka za odmowę składania zeznań.

Jak już informowaliśmy przesłuchanie Danuty Jacuk-Plichty było dość specyficzne.

- Czy świadek pobrała z tytułu stosunku pracy 576 836 zł i 37 groszy? – usłyszała pytanie podczas dzisiejszego przesłuchania Danuta Jacuk-Plichta, teściowa założyciela Amber Gold Marcina P.
- O matko... – tylko tyle wydusiła z siebie kobieta, której przy ogłoszeniu sumy własnych „zarobków” opadła szczęka. Dosłownie.  - Nie odpowiem na to pytanie, ponieważ nie chcę ani sobie, ani bliskim mi osobom zrobić krzywdy .


CZYTAJ WIĘCEJ: Szef Amber Gold zszokował nawet swoją teściową Z wrażenia opadła jej szczęka. WIDEO
 

Źródło: niezalezna.pl

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Będą poprawki PiS do ustaw o KRS i SN?

/ Tomasz Adamowicz/Gazeta Polska

Rzeczniczka Prawa i Sprawiedliwości przyznaje, że partia nie wyklucza poprawek do prezydenckich projektów ustaw o KRS i SN. „Nas kosmetyka nie interesuje - chcemy zmian strukturalnych i kadrowych” - mówiła Beata Mazurek.

Na antenie TVP Info rzeczniczka PiS pytana była o przedstawione przez prezydenta Andrzeja Dudę projekty ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym.

- Nie wykluczamy poprawek do prezydenckich projektów ustaw o KRS i SN. Nas kosmetyka nie interesuje - chcemy zmian strukturalnych i kadrowych, bo bez zmian kadrowych uważamy, że ta reforma nie przyniesie oczekiwanego nie tylko przez nas, ale przede wszystkim przez Polaków, którzy mają styczność z wymiarem sprawiedliwości, skutku - mówiła na antenie TVP Info Beata Mazurek.

Jej zdaniem propozycje dziś przedstawione „otwierają dyskusję”, jednak zwróciła uwagę na potrzebę jak najszybszej realizacji zapowiedzi reformy sądownictwa.

- Tak naprawdę czekamy też na to, co zobaczymy jutro, bo dzisiaj poznaliśmy kilka aspektów tych ustaw, o których mówił pan prezydent, ale nie znamy szczegółów. Chociażby nie wiemy, jakie kryteria będą decydowały o tym, że pan prezydent zdecyduje się na to, by niektórym sędziom, którzy ukończyli 65. lat, dać możliwość dalszego orzekania czy też nie. Chcieliśmy i chcemy gruntownej reformy wymiaru sprawiedliwości, która skutecznie wyeliminowałaby nieprawidłowości i spowodowałaby, że wymiar sprawiedliwości byłby pozytywnie oceniany przez Polaków. Mamy przekonanie, że porozumienie między nami a panem prezydentem zostanie osiągnięte, bo tutaj nie chodzi o to, kto będzie bardziej zadowolony - czy my, czy pan prezydent - tu chodzi o to, żeby znaleźć taki kompromis, który skutecznie zapewni to, o czym mówiliśmy w kampanii wyborczej. Nie wykluczamy przedłożenia poprawek. Dzisiaj za wcześnie jest mówić, czy będziemy mówić o poprawkach, ani jakich, ponieważ nie znamy całości projektów ustaw - ani jednej, ani drugiej. Wszystko zależy od tego, jaką decyzję podejmie Marszałek, prezydium Sejmu – mówiła Beata Mazurek.

Źródło: niezalezna.pl, PAP

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl