niezalezna.pl - strefa wolnego słowa
31/07/2014
Michał Gradus

Największa przygoda mojego życia

Dodano: 14.10.2012 [17:19]
Największa przygoda mojego życia - niezalezna.pl
foto: Igor Smirnow/Gazeta Polska
Największa przygoda mojego życia - niezalezna.pl
Spotkałem go na ścieżce mojego życia jeszcze jako młodego księdza, a potem szedłem obok niego po tej ścieżce długi czas, na różnych etapach – z ks. Stanisławem kardynałem Nagy o jego przyjaźni z Janem Pawłem II rozmawia Artur Dmochowski


Znał Ksiądz Kardynał blisko i przez wiele lat Jana Pawła II. Jaki był Karol Wojtyła?
Co taki człowiek jak ja, zajęty niemal całe życie nauką o Kościele, którego on był głową i którym przez tak wiele lat kierował, ma dziś o nim do powiedzenia? Należałoby dokonać pewnej syntezy i wydawałoby się, że kto jak kto, ale ja, bliski mu i znający go przez wiele lat, a równocześnie ktoś, kto całe prawie życie poświęcił Kościołowi, powinienem umieć taką syntezę stworzyć. Muszę jednak wyznać, że nie jestem do niej zdolny...
Błogosławiony Jan Paweł II w moich oczach jest prawdziwym gigantem intelektu, wielkim człowiekiem z ogromnym bogactwem życia wewnętrznego i działalności, ale przede wszystkim bogactwem ducha. Był człowiekiem najgłębiej pojętej modlitwy, oddania i służby Bogu. Czyli po prostu świętym.

Jak zaczęła się znajomość Księdza Kardynała z Karolem Wojtyłą?
Spotkałem go na ścieżce mojego życia jeszcze jako młodego księdza, a potem szedłem obok niego po tej ścieżce długi czas, na różnych etapach.
Najpierw był etap wspólnego myślenia o Soborze, kiedy Karol Wojtyła był ojcem soborowym, a ja początkującym profesorem eklezjologii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Biorąc udział w Soborze, który zajmował się reformą Kościoła, Karol Wojtyła potrzebował dzielić się myślami z kimś, kto – tak jak ja – głęboko tkwił w problematyce eklezjologicznej. Wypadło na mnie, ponieważ byliśmy razem na KUL i mieszkaliśmy obaj w Krakowie. To był dla mnie bardzo ciekawy etap, bo miałem okazję dowiedzieć się wiele z pierwszej ręki o Soborze wtedy, gdy dostęp do tych informacji był w Polsce bardzo ograniczony.
Jednocześnie, jak wiadomo, Karol Wojtyła był dobrym i twórczym słuchaczem, który nie tylko dowiadywał się pewnych rzeczy. One od razu zapładniały go intelektualnie, padały na grunt, który już miał przygotowany. Posiadał dużą wiedzę eklezjologiczną, więc moje przemyślenia pomagały mu ubogacać tę wizję Kościoła, jaka była potrzebna do pracy soborowej.

A jaki był następny etap?
To był etap coraz lepszego poznawania się, związany zresztą także z dalszym konsultowaniem się w sprawie eklezjologii soborowej. Te konsultacje dokonywały się także w ramach turystyki. Obaj bardzo lubiliśmy wyjazdy i to stworzyło dodatkowy grunt, na którym mogliśmy dokonywać wymiany poglądów. To miało podwójny skutek. Z jednej strony sprzyjało wzajemnemu pogłębianiu świadomości kościelnej i wiedzy eklezjologicznej, a z drugiej zbliżało nas do siebie.

Gdzie jeździliście na te wyprawy?
Najczęściej były to narciarskie wypady w Tatry. Były dla mnie wyjątkowe, ponieważ niekiedy wyjeżdżaliśmy tylko we dwóch. Będąc z nim sam na sam, miałem rzadką możliwość stawiania pytań i poruszania tematów, które w większych gronach trudno było omawiać. A to otwierało z kolei możliwość poznania go bliżej.
Uprawialiśmy więc razem narciarstwo, czasem tak proste jak skiring, czyli jazda za saniami, którą obaj bardzo lubiliśmy i podczas której oczywiście zdarzały się różne przygody i wypadki. I tu muszę się uderzyć w piersi, bo okazałem się ignorantem, i to całkowitym. Bo jak przypominam sobie z tego okresu, nie podejrzewałem, że mam do czynienia z kandydatem na świętego. Widziałem w nim wybitnego człowieka o wyjątkowych uzdolnieniach, o wyjątkowym charakterze i inteligencji oraz o pobożności, ale pojętej nie tak, jak sobie wyobrażałem świętego. Ta sylwetka świętego zaczęła się dla mnie wyłaniać znacznie później, kiedy już został papieżem.

Co zmieniło się w waszej znajomości po wyborze Karola Wojtyły na tron św. Piotra?
To był następny, odmienny etap naszej znajomości. Miałem wcześniej świadomość, że jestem bliski kardynałowi Wojtyle, ale nie myślałem, że uważa mnie za przyjaciela. Widziałem, że jest dla mnie zbyt wielki, a ja – zbyt mały. I to już wtedy, gdy był tylko kardynałem. Wyrazem takiego poczucia, jak się okazało niesłusznego, było to, że nie odważyłem się pojechać na inaugurację jego pontyfikatu do Rzymu. On mi to zresztą później żartobliwie wypomniał. Pisałem wtedy do „Tygodnika Powszechnego” o papiestwie, a on mi powiedział: „Jak można pisać o papieżu, a nie przyjść zobaczyć żywego papieża!”. Dlatego przy najbliższej okazji, jaką była konsekracja bp. ks. Macharskiego, pojechałem do Watykanu i zostałem przyjęty po przyjacielsku, jako dawny towarzysz wspólnych wypraw.

W pewnym momencie zostałem mianowany z inicjatywy papieża członkiem Międzynarodowej Komisji Teologicznej. Wtedy musiałem dosyć często bywać w Rzymie, a bywając tam, miałem oczywiście okazję, by z nim się spotykać. Był bardzo zainteresowany postępami prac Komisji.

Równocześnie coraz bardziej wyrazistą stawała się dla mnie jego sylwetka. W sensie nie tylko intelektualnym, ale i moralnym. Rósł w moich oczach coraz to bardziej, a jednocześnie był mi coraz bliższy, coraz bardziej otwarty i nie zważał na to, że ja pozostałem tym samym małym człowiekiem, a on stał się taki wielki. Mimo to traktował mnie tak samo po przyjacielsku jak dawniej.

Czy oprócz spotkań związanych z Komisją Teologiczną były jakieś inne okazje do spotkań?
Tak, gdyż bywałem też w czasie wakacji w Castel Gandolfo. Na tym etapie zaczęła się już jawić coraz wyraźniej osobowość świętego. Człowieka ogromnej modlitwy, co miałem okazję widzieć z bliska, gdyż korzystaliśmy z tej samej kaplicy. Widziałem, jak spędzał w tym miejscu całe godziny na modlitwie brewiarzowej i na adoracji.

Czy był Ksiądz Kardynał z papieżem także pod koniec jego życia?
Tak, i wtedy przekonałem się definitywnie o jego świętości, właśnie wtedy, gdy zapadł na śmiertelną chorobę. Wtedy pokazał się jako człowiek święty, mający m.in. tę umiejętność przyjęcia choroby i śmierci z ręki Bożej tak, jak ją trzeba przyjąć.

Byłem u niego na ostatnim kolędowaniu w Watykanie w 2005 r. Byłem zaproszony na kolację, śpiewaliśmy u niego ostatni raz kolędy. Wtedy na naszą prośbę zaśpiewał jeszcze, ale tego samego dnia zabrano go do szpitala i zaczął się ostatni etap jego ziemskiego życia.

A jakie wspomnienie utkwiło Księdzu Kardynałowi w pamięci najżywiej z tych lat znajomości?
Gdy raz chorował, jeszcze w Krakowie jako kardynał, lekarze nie bardzo wiedzieli, co robić i zdecydowali, że być może wyjazd do Zakopanego postawi go na nogi. A ponieważ tylko ja spośród jego znajomych umiałem jeździć na nartach, miałem z nim pojechać i pomóc mu się kurować. Pojechaliśmy zatem do Doliny Chochołowskiej i mieliśmy iść na Grzesia. Musiałem na chwilę się zatrzymać, żeby poprawić nartę, a on powiedział: „Słuchaj, ja pójdę przodem i spotkamy się potem na trasie”. Ale gdy naprawiłem nartę i wyruszyłem, nigdzie go nie było. Po przejściu połowy trasy byłem już mocno niespokojny. Chciałem wracać, żeby sprawdzić, czy gdzieś po drodze go nie minąłem, a wtedy on wyszedł z krzaków. Zacząłem robić mu wyrzuty, a on mówi: „Wiesz, chciałem sobie troszkę pojeździć na wyciągu”. Okazało się, że jak zwyczajny człowiek nie mógł się powstrzymać przed sprawieniem sobie małej przyjemności i wykonaniem paru zjazdów.

A inne wspomnienie, już z okresu pontyfikatu, dotyczy momentu, kiedy papież wrócił z pierwszej pielgrzymki do Polski w czerwcu 1979 r. Byłem wtedy w Rzymie i nagle wieczorem dostałem sygnał, że mam natychmiast przyjechać do Castel Gandolfo. Miałem wtedy kapitułę generalną mojego zakonu i sekretarz generalny zawiózł mnie do tej papieskiej siedziby pod Rzymem. Podczas kolacji ks. Dziwisz powiedział: „Szkoda, że księdza nie było w Polsce, bo dokonaliśmy bierzmowania narodu”. Natomiast papież przyjechał tak wyczerpany, że nie mógł utrzymać w rękach brewiarza.

A potem, kiedy spacerowaliśmy wieczorem w tym przepięknym ogrodzie w Castel Gandolfo, papież mówił mi o odbytej pielgrzymce, o pobycie w Krakowie i w Polsce. Ten wieczór pozostał mi do dziś w pamięci jako niezwykłe przeżycie.

Spośród najbliższych przyjaciół papieża żyje jeszcze ks. kardynał Jaworski, a zmarł już niestety ks. prof. Styczeń. Dla mnie spotkanie tak niezwykłego człowieka było największą przygodą mojego życia.

Autor: 
Artur Dmochowski
Źródło: 
Gazeta Polska
Opinie użytkowników

Forum jest miejscem wymiany opinii użytkowników, myśli, informacji, komentarzy, nawiązywania kontaktów i rodzenia się inicjatyw. Dlatego eliminowane będą wszelkie wpisy wielokrotne, zawierające wulgarne słowa i wyrażenia, groźby karalne, obrzucanie się obelgami, obrażanie forumowiczów, członków redakcji i innych osób. Bezwzględnie będziemy zwalczali trollowanie, wszczynanie awantur i prowokowanie. Jeśli czyjaś opinia nie została dopuszczona, to znaczy, że zaliczona została do jednej z wymienionych kategorii. Uwagi i reklamacje kierowane do nas należy kierować na adres: straznik(at)niezalezna.pl Jednocześnie podkreślamy, iż rozumiemy, że nasze środowisko chce mieć miejsce odreagowywania wielu lat poniżania i ciągłej nagonki na nas przez obóz "miłości", ale nie upoważnia to do stosowania wulgarnego języka. Dopuszczalna jest natomiast nawet najostrzejsza krytyka, ale bez wycieczek osobistych. Komunikaty ukazujące się na blogu Morusa są rozwinięciem niniejszego regulaminu.

DZIĘKUJEMY za wszystko… Dziękujemy!! Zapamiętamy. WSZYSTKO!! Wszystkim..

Dziś Niedziela, Dzień Boży, czas Eucharystii, ale także czas odpoczynku…

Ja spędziłam go na …pochłonięciu w całości ostatniego wydania mojej ukochanej Gazety prawdziwie POLSKIEJ!

Droga Redakcjo, Wielkie, Wielkie Wam podziękowania.
Cieszę się, że Jesteście, mój Boże - tak baaardzo się cieszę…

Dzięki Wam ODDYCHAM!!

Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | www.gazetapolska.pl | www.panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl