Zjednoczone Stany Europy?

Kiedy 20 lat temu upadał blok wschodni, wspólną europejską walutę nagle zaczęto łączyć z pojęciem władzy. A kiedy przed dekadą wprowadzono euro w państwach członkowskich UE, od początku było wiadomo, że jest to projekt nie ekonomiczny, lecz polityczny.

Euro było nośnikiem marzeń, miało spełnić pokładane w nim nadzieje i zespolić w jeden organizm wszystkie państwa europejskie. Narzucenie wspólnego pieniądza miało zespolić poszczególne członki już nie unią walutową, ale polityczną.

A jak jest dziś? Kanclerz Angela Merkel i jej minister finansów Wolfgang Schäuble z mniejszą lub większą otwartością opowiadają o Zjednoczonych Stanach Europy. O nowym organizmie, który musi powstać, by uratować ginące euro. Pomysł popiera również największa partia opozycyjna zasiadająca w Bundestagu, czyli SPD. Szef socjaldemokratów Sigmar Gabriel wyraził ostatnio opinię, że Stary Kontynent stoi właśnie na progu ukonstytuowania się nowej Unii Europejskiej. Z tym że – jak zapewnił Gabriel – ten nowy europejski klub nie będzie współgrał z wizją Wolfganga Schäublego. Co oznacza tyle tylko, że SPD na razie sprzeciwia się zjednoczonej Europie, zespajanej w pewnym sensie odgórnie, i skłania się raczej ku oddolnemu budowaniu struktur.

To Europejczycy mają rozstrzygać o ostatecznym kształcie Europy i to oni powinni zagłosować za kompatybilną z wytycznymi UE ustawą zasadniczą. Patrząc na to wszystko, można zwątpić w zdrowy rozsądek naszych elit politycznych. Od 60 lat Europa żyje pokojowo i spokojnie, zimna wojna się skończyła, ludzie handlują, odwiedzają się, pracują gdzie chcą, wchodzą w związki małżeńskie z przedstawicielami innych nacji, odnoszą się do siebie z sympatią, a całkiem przy okazji zrastają w silną wspólnotę. To zrastanie się jest magicznym pojęciem, ponieważ dokonuje się jakby niechcący, zupełnie niezauważenie. W świetle tego naturalnego zespojenia euro jawi się niczym ciało obce, część przymusowego mechanizmu, który zamiast uskrzydlać, ciągnie w dół. Polityczny przymus budowania wspólnoty tylko zakłóca naturalny bieg wypadków.

Uwarunkowania gospodarcze i fiskalne we wszystkich 27 państwach członkowskich Europy są bardzo zróżnicowane. Ale na tym nie koniec. Różnice są widoczne na wszystkich płaszczyznach, również na poziomie uwarunkowań kulturowych i politycznych. Nieważne, czy rozpisze się referendum, czy nie – wciśnięcie tak różnorodnych składników do jednego tygla musi napotkać opór i skończyć się fermentem.

Wyobraźmy sobie, jak karkołomnym zadaniem byłoby centralne sterowanie wspólną, wielonarodową plątaniną administracyjną. Dzisiejsza i tak już skomplikowana i wielowarstwowa Europa stałaby się totalnie nieprzejrzystym, napędzanym urzędniczą maszynerią „czymś”.

Zjednoczone Stany Europy nie są żadną receptą na trapiące nas bolączki. Wątpliwe, by mieszkańcom Europy bardziej przyjaznym środowiskiem do życia wydał się scentralizowany europejski moloch niż 27 odrębnych państw członkowskich.

To oczywiste, że Angela Merkel, Wolfgang Schäuble i Sigmar Gabriel są na tyle przebiegli, by sprzedawać projekt superpaństwa pod hasłem wspólnej polityki fiskalnej, budżetowej czy unii bankowej – ale za skarby świata nie jako Zjednoczone Stany Europy.

Oczywiście, za tą całą paplaniną stoi wizja powołania jednego europejskiego państwa centralnego, o którym z góry wiadomo, że absolutnie nie trafiłoby w gust mieszkańców naszego kontynentu. I właśnie z tego powodu kursują różne zawoalowane pomysły na unie polityczne, fiskalne etc.

Myślę, że Europie zdecydowanie bardziej na zdrowie wyszłoby, gdyby zamiast kolejnych dyskusji na temat nowych tworów strukturalnych wymieniła swoje elity polityczne. I wcale bym się nie zdziwiła, gdyby się okazało, że likwidując euro, wyświadczamy idei integracji europejskiej największą możliwą przysługę. Dlaczego? Dlatego, że nie ma to jak samodzielne odnajdywanie drogi do Europy. I to bez konieczności rezygnowania z własnej waluty, niezależności i przyzwyczajeń.            

Tłumaczenie i opracowanie: Olga Doleśniak-Harczuk

Udostępnij


Wczytuję komentarze...

Kolejne BMP trafią do indyjskiej armii

/ flickr.com

Ministerstwo Obrony Indii zatwierdziło w tym tygodniu zakup od indyjskiego przedsiębiorstwa Ordnance Factory Board (OFB) 156 bojowych wozów piechoty (BMP-2/2K) za kwotę 173.5 mln dolarów.
Indyjska Rada Zakupów Obronnych (Defence Acquisition Council - DAC) w opublikowanym dokumencie przewiduje zakup 156 liczby bojowych wozów piechoty w wersji podstawowej BMP-2 i Sarath wersji dowodzenia BMP-2K. 
W fabrykach OFB w latach 1987-2007 na podstawie udostępnionej przez stronę rosyjską licencji wyprodukowano około 1 250 egzemplarzy BMP-2 pod nazwą Sarath .
Kontrakt ten ma zwiększyć mobilność wojsk lądowych Indii na polu walki. Obecnie Indyjska Armia ma w posiadaniu 980 bojowych wozów piechoty BMP-2 Sarath, 125 wozów dowodzenia BMP-2K oraz aż 350 BMP-1 wyposażonych w półautomatyczną armatę 2A28 kal 73 mm. 
BMP-2/K jest bojowym wozem piechoty w wariancie dowodzenia. Napędzany silnikiem o mocy 300 koni mechanicznych dzięki czemu może osiągnąć prędkość 65 km/h  a jego zasięg wynosi 600 km. Uzbrojenie stanowi armata 2A42 kal. 30-mm oraz karabin maszynowy 7.62-mm. Wyposażony jest w dwie standardowe anteny oraz jedną  IFF a także radiostacje R-173 bądź R-126. Załogę pojazdu stanowi sześciu wojskowych.

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl