Podwójna natura wojskowego eksperta

  

Czy warto poświęcać uwagę zasadom etyki w dziennikarstwie, gdy milionowe rzesze użytkowników mediów atakowane są co chwila rozmaitymi, sensacyjnymi informacjami – nierzadko po prostu wyssanymi z palca, bądź zdobywanymi bez jakiegokolwiek sprawdzania wiarygodności źródeł ich pochodzenia? Gdy coraz częściej poklask i uznanie zdobywają „prawdy”, które na rynku medialnym po prostu sprzedają się łatwo i szybko?

A jednak, wbrew pozorom, dopóki zawód dziennikarza wciąż istnieje, i wciąż funkcjonują w obiegu publicznym osoby, które tę profesję wykonują, powinny obowiązywać je określone zasady przedstawiania treści, które docierają do opinii publicznej. Dla dużej części moich kolegów po piórze zasady te są jasne i nikomu nie trzeba tłumaczyć, że należy ich przestrzegać.

Bowiem tekst, zwłaszcza informacyjny (w odróżnieniu od odpowiednio zaznaczanego komentarza) oprócz tego, że ma przyciągać uwagę odbiorców, a więc być odpowiednio atrakcyjnie „przyrządzony”, musi spełniać kryteria obiektywizmu, być napisany z uwzględnieniem różnych punktów widzenia. Tak, by nie sprawiał wrażenia, że został stworzony „pod potrzeby” określonego podmiotu (biały piar): danej firmy, bądź osoby, lub przeciw nim (czarny piar).

Przekładając to na konkretne przykłady, można sobie np. wyobrazić, że w mediach pojawia się informacja o faworytach do zwycięstwa na festiwalu piosenki, z której wynika, że tym „murowanym” jest X. I to pomimo, że zyskał najmniej oklasków i nie wzbudził większego zainteresowania na żadnym z portali społecznościowych. Za to – o czym nie wiedzą czytelnicy owej „informacji” - za tym wykonawcą stoi określony koncern muzyczny, z którym współpracuje jej autor.

W realu wygląda to nierzadko tak, że następuje pomieszanie ról dziennikarza i PR-owca, lub – co może jeszcze gorsze – pełnienie ich przez jedną osobę. Co więcej, występują już przypadki, że taka osoba się z tym stanem rzeczy specjalnie nie kryje. Np. Marcin Górka, znany ekspert w dziedzinie przemysłu zbrojeniowego i branży wojskowej.

„Polska zbrojeniówka w Paryżu”, „Polski sprzęt w Ostrawie, czyli jak promujemy się w NATO”, „”Polskie kły” na morzu, czyli pływające muzeum” (Onet.pl); „Błękitna Brygada wyruszyła do Hohenfels”, „Komandosi po raz dziewiąty w Dziwnowie”, „Poligonowa premiera Raków 12 brygady”, „Licytacja na rzecz weteranów” (Polska Zbrojna) – to tylko niektóre tytuły tekstów z ostatnich miesięcy, autorstwa Górki, współpracującego z zarówno z portalem Onet.pl, jak i „Polską Zbrojną” – miesięcznikiem wydawanym przez Wojskowy Instytut Wydawniczy, utworzonym przez MON.

Co ciekawe, red. Górka – wcześniej m.in. dyr. ds. marketingu Polskiego Holdingu Obronnego – działa równolegle w innej roli, choć wciąż w tej samej branży. Od kilku lat (data wpisu do KRS: grudzień 2014 r.) jest bowiem właścicielem agencji PR MGPR, zarejestrowanej w Szczecinie. Niestety w roli dziennikarza, w swoich tekstach promuje nierzadko produkty firm, w których promowanie zaangażowany jest jako PR-owiec. Tak jest w przypadku produkującej dla wojska pojazdy firmy Concept (jest jej rzecznikiem), a także Griffin Group Defence.

Jak nietrudno się domyślić w żadnym z tekstów nie zaznaczono, że Górka pracuje na rzecz tych firm.

Przykładowo w tekście o wspomnianym tytule „Polska zbrojeniówka w Paryżu”, z czerwca br. pisanym dla Onet.pl dowiadujemy się, m.in., że „Z Bielska-Białej po raz pierwszy do Paryża przyjechała prywatna firma Concept, przywożąc ze sobą trzy przeznaczone dla wojska pojazdy wspólnie z państwowym Polskim Holdingiem Obronnym. To Wirus IV(…). 118 takich pojazdów ma trafiać do rozpoznawczych pułków polskiego wojska od 2020 roku. (…)Po raz pierwszy do Paryża przyjechały też zbudowane w bielskiej firmie pojazdy „Dino”. To auta, które potencjalnie zastąpić mogą wysłużone w naszym wojsku honkery. (…) Podwozie „Dino” skonstruował Mercedes a specjalny napęd austriacki Oberaigner. Cała reszta to dzieło polskiego producenta.”

W całym tekście padają też informacje o innych polskich producentach uczestniczących w paryskich targach – jednak ta o pojazdach firmy, z którą związany jest red. Górka, jest jakoś szczególnie obszerna. Podobnie wygląda to m.in. w tekście sprzed roku dla Polski Zbrojnej (Zwiadowcy będą jeździć Wirusami): „118 pojazdów Wirus IV trafi w najbliższych latach do jednostek rozpoznawczych. To polska konstrukcja, przystosowana do poruszania się w trudnym terenie, którą można przetransportować śmigłowcem i desantować na spadochronie. Umowę na dostawę podpisano w środę na Międzynarodowym Salonie Przemysłu Obronnego w Kielcach” – itd. itp.

A o to post z FB agencji MGPR z kwietnia br.: „Wybuchowo było dzisiaj w WITU w Zielonce. Pokaz nowoczesnych granatów, dymów i innych materiałów wybuchowych zorganizował Griffin Group Defence. Plus piękna pogoda. I cudowne „barwy walki”. MGPR zaprosił na to wydarzenie dziennikarzy z branżowych mediów”.

Kto wie, czy wyjątkowo „ciepły” tekst o ofercie niemieckiego koncernu TKMS dotyczący przetargu na dostawę okrętów podwodnych dla polskiej Marynarki Wojennej, także napisany przez Górkę, nie powstałby, gdyby okazało się, że autor nie jest w jakiś sposób powiązany z tą firmą.

Oto fragment tekstu: „Niemcy: okręty podwodne chcemy budować w Polsce” (portal Onet.pl), z 15 września 2017 r. „Polska Marynarka Wojenna gwałtownie domaga się nowoczesnych okrętów podwodnych, bo pierwsze z użytkowanych obecnie już ponad 50-letnich typu Kobben trzeba jeszcze w tym roku wycofać ze służby. (…)Niemcy zapowiadają, że polscy pracownicy mogliby szkolić się w niemieckiej stoczni w Kilonii przy budowie okrętów dla innych kontrahentów. Przeszkoleni wróciliby do kraju, by już pierwszy okręt dla naszej Marynarki Wojennej powstawał w polskiej stoczni. Niemiecki tkMS odkrył karty ujawnił plan zbudowania w Polsce linii produkcyjnej”.

Podobnie, nie wiadomo czy red. MG nie powiązany jest z agencją fotografii wojskowej (strona www.comcam.pl), której fotografiami bardzo często ozdabia swoje teksty (także ten powyżej) w mediach.

Sam red. Marcin Górka nie dostrzega niczego specjalnie niestosownego w swej „dwutorowej” działalności. Na wysłane mu pytania odpowiedział: „Prowadząc działalność gospodarczą jako MGPR nie jestem zatrudniony w Onet.pl. Nie widzę wewnętrznego konfliktu w swojej działalności zawodowej, gdyż w Onet.pl publikuję wyłącznie artykuły o charakterze informacyjnym i relacjonującym oraz dostarczam fotografie”.

Jak widać, czytając rozmaite teksty prasowe, zwłaszcza przedstawiane jako „fachowe” – zawsze warto stawiać pytania pochodzące, ze starej, wydawałoby się minionej epoki: kto za tym stoi i czemu to służy? Unikniemy wówczas niepotrzebnych rozczarowań.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...
Tagi

Komunisty potrzebują faszysty

  

Ustępująca prezydent Warszawy postanowiła zakazać nam świętowania stulecia niepodległości w czasie dorocznego marszu. To nic nowego. Odkąd Marsz Niepodległości odbył się po raz pierwszy w 2010 roku, stał się dla polskiej lewicy celem regularnych ataków, których stałym elementem było nazywanie jego uczestników faszystami.

Kiedy z okazji kolejnych rocznic urodzin państwa polskiego na ulice Warszawy wychodzili Polacy po to, żeby w tych dniach być razem, przyjaciele i redaktorzy „Gazety Wyborczej” wspierali akcję „faszyzm nie przejdzie”, która w założeniu miała blokować Marsz Niepodległości. Rok po roku media salonu III RP stawały na głowie, żeby wydarzenie obrzydzić. Czasem z kuriozalnymi efektami, jak wtedy, kiedy zatroskana o bezpieczeństwo na warszawskich ulicach reporterka TVN oznajmiała na antenie, że w czasie marszu widoczne były hasła, które mogły świadczyć o agresji uczestników. Jako przykład podała: „Bóg Honor Ojczyzna”. Kiedy takie działania nie przyniosły efektu, miłujący pokój prawdziwi demokraci ściągnęli na pomoc wyposażone w pałki i kastety bojówki niemieckiej Antify. Schronienia udzieliła im w lokalu wynajmowanym od władz Warszawy walcząca dziarsko o demokrację „Krytyka Polityczna”. Kiedy okazało się, że poprzebierani dla kurażu na czarno chłopcy z niemieckiej Antify nie poradzili sobie z polskimi kibicami, pomysł został zarzucony. W kolejnych latach za walkę z Marszem Niepodległości zabrali się profesjonaliści. Jak wynika z całej masy dostępnych źródeł filmowych (polecam film „Historia jednego marszu” dostępny w YouTube), w kolejnych latach przebierańcy ubrani byli w inne wdzianka. Na głowach co prawda też mieli kaptury, ale chronili się już nie w kawiarniach, lecz za kordonami policyjnymi. Sieć pełna jest nagrań rzekomych manifestantów, którzy na oczach policjantów nadzwyczaj nieudolnie biją się między sobą, dając tym samym pretekst do zaatakowania całej manifestacji gazem. Mieliśmy agresywnych manifestantów, którzy na innych ujęciach okazywali się dumnymi posiadaczami kamizelek z napisem „Policja”. Mieliśmy „zadymiarzy” podnoszących ręce, kiedy w powietrzu zaczynały latać plastikowe kule. Nikt tych ludzi nie zatrzymywał, choć stali kilka metrów od policyjnych szeregów. Karnie i jak na żądanie spłonęła policyjna budka pod ambasadą rosyjską. Wąskie przejścia między trasą marszu a ufortyfikowanymi lewackimi melinami okazywały się profilaktycznie nieobstawiane przez policję, tak jakby ktoś chciał mieć pewność, że z dachu meliny da się dorzucić koktajlem Mołotowa wystarczająco blisko trasy marszu. Jednak przy tak dużym zaangażowaniu środków efekty prowokacji były mizerne. Głównie ze względu na postawę samych uczestników i organizatorów kolejnych imprez.

Kiedy w Polsce zmieniła się władza i w 2015 r. z MSW odeszli wychowani na „szafie Lesiaka” spece od kupy kamieni, okazało się, że zadymy zniknęły. Manifestanci nie atakowali Policji. Policja nie prowokowała manifestujących. Nic więc dziwnego, że dzisiaj do pracy musieli wziąć się ludzie bezpieki z warszawskiego magistratu. Mechanizm prowokacji postanowili przenieść na drogę formalną. U boku ogłaszającej zakaz marszu Hanny Gronkiewicz-Waltz wystąpiła podporucznik Gawor z Kiszczakowego MSW. Tak jakby celem było wywołanie zamieszek z udziałem tysięcy ludzi, którzy i tak do Warszawy już się wybierali, a gdyby to się nie udało, to przynajmniej przemianowanie oddolnej imprezy w oficjalny państwowy marsz. Taki w „zaprzyjaźnionych mediach” będzie można za chwilę nazwać faszystowskim. To właśnie dlatego prezydent elekt Warszawy Rafał Trzaskowski na pytanie o to, czy zakaz marszu nie jest sprzeczny z „kon-sty-tu-cją” i zapisaną w niej wolnością zgromadzeń, wypalił, że jest przeciwny „faszyzmowi”. To również stara, dobra śpiewka ideowych nauczycieli gaworowców ze szkoły Feliksa Dzierżyńskiego. Koncepcja nazywania wszystkich przeciwników faszystami ma źródła w klasycznej literaturze.

Głównie opisującej komunistyczną propagandę, która z każdego wroga Lenina, Stalina i ich następców próbowała robić faszystów. O tym pisał m.in. nieżyjący już dzisiaj bloger Tomasz „Seawolf” Mierzwiński, który swój tekst na taki temat zatytułował kiedyś „Nie będą komunisty robić ze mnie faszysty”.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl