Pozostało dno dna

  

Od mniej więcej 15 lat działacze PZPN robią wszystko, aby piłka nożna nie była sportem powszechnym. Gdy współtworzyłem „Błyskawicę” Lucień w 1999 r., to koszty funkcjonowania amatorskiego klubu były minimalne. Wystarczyło mieć kilkunastu zapaleńców, stroje, jako takie boisko i już można się było bawić. Koszt meczu to w sumie około 200 zł, bo tyle brał jeden sędzia za pogwizdanie. Jak przyjeżdżał, do pomocy brał osoby z drużyny.

Po dwóch latach ktoś doszedł do wniosku, że jeden sędzia sobie nie poradzi. Wymyślono, że potrzeba trzech, co spowodowało potrojenie kosztów. W następnym sezonie PZPN stwierdził, że konieczny jest obserwator, który miałby kontrolować standardy. Kolejna stówka. Później doszły wymogi licencyjne. Przez lata „się ślizgaliśmy”, bo nasze boisko miało 98 metrów na 43 metry, co zdaniem PZPN było dyskwalifikujące. Innym problemem był też brak płotu oddzielającego kibicowskie ławki od boiska. Aby więc awansować o dwie klasy rozgrywkowe, trzeba było wybudować nowe boisko i trybunę z sektorem dla gości. Wśród wymogów licencyjnych pojawiło się też posiadania drużyn juniorów.

Potem się okazało, że Stefan Zbieg, który przez 10 lat nas trenował, nie może dalej tego robić, bo nie ma kierunkowego wykształcenia. Trzeba było zatrudnić osobę z papierem. I tak rok po roku. Nigdy tego nie liczyłem, ale dziś sądzę, że koszty funkcjonowania najmniejszej drużyny w strukturach PZPN-u wzrosły blisko 10-krotnie. Często zbyt dużo, aby się w to bawić. Piłka nożna przestała być sportem amatorów. W efekcie tej profesjonalizacji poziom polskiej ligi jest taki, że mistrz naszego kraju zbiera baty u siebie od mistrza Luksemburga. Pewnie rozwiązaniem jest dalsza profesjonalizacja.

Na dziś jednak największym piłkarskim wydarzeniem w Polsce tego roku wydaje się być mecz „Dno dna” pomiędzy drużyną „Ulubionej” a „Kartofliskami”. To jest prawdziwa piłka. 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...
Tagi

Cuda i codzienność

  

Dnia 9 listopada 2018 r. po południu, równo dwa dni przed 100. rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości, pewne było właściwie chyba tylko jedno. Że na warszawskim rondzie Dmowskiego stawi się rekordowa liczba uczestników marszu. Nie wiedzieliśmy jeszcze na pewno, o której godzinie ruszy marsz, kto pójdzie na jego czele ani kto będzie głównym organizatorem.

Wystarczyć musiała nam wiedza, że ustępująca prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz odejść postanowiła z hukiem, według niektórych obaw godnym samego Nerona. Wydała więc bezprawną decyzję o zdelegalizowaniu demonstracji na kilka dni przed jej wymarszem z centrum miasta na postawie widzimisię uzupełnionego kilkoma przesłankami natury subiektywnej lub pozaprawnej. Spotkało się to z krytyką nawet części środowisk liberalnych, inne przyjęły rzecz z zachwytem, prezydent zaś brnęła. Od razu jednak oczywiste było, że wydany przez nią zakaz zmobilizował nie tylko narodowców, lecz również środowiska prawicowe i patriotyczne skupione wokół PiS i zwykłych, niezorganizowanych uczestników imprezy, którzy kolejny raz poczuli, że oto liberałowie odbierają im święto.

Lawina więc ruszyła

Gronkiewicz-Waltz pogodziła grupy, którym przecież coraz mniej ostatnio (jeśli nie od zawsze) było po drodze. Narodowcy na PiS patrzą przecież co najmniej nieufnie, ostatnio głównie z powodu statystyk o przyjeżdżających do Polski imigrantach ekonomicznych, lecz przecież i wcześniej istniało kilka punktów zapalnych, choćby z racji polityki wobec Izraela, USA czy Ukrainy. W drugą stronę padały, często uzasadnione, oskarżenia o prorosyjskość, często wręcz o agenturalność. Jedna konferencja Hanny Gronkiewicz-Waltz i nagle olbrzymia większość przestaje na te kwestie zwracać uwagę, biało-czerwone flagi przykrywają prawie wszystkie pęknięcia, przynajmniej na dole. Choć, nie oszukujmy się, nie wszędzie. W komentarzach w mediach społecznościowych spory nie ustają, ustać zresztą nawet nie powinny – tyle że, jak już wiemy, nie przekłada się to na samą atmosferę marszu. Gdy narodowcy skandują od czasu do czasu hasła atakujące dzisiejszych rządzących, reszta zwyczajnie ich nie podchwytuje. I tyle, koniec tematu.

Zanim jednak tak się to na ulicach Warszawy potoczyło, trwały negocjacje między stroną rządową a narodowcami mające na celu wypracowanie takiej formuły imprezy, by świętować, nie obawiając się prezydent miasta z zapałkami. Oczywiście rozmowom towarzyszył twitterowy klangor, w którym padały oskarżenia o przejmowanie przez PiS imprezy, na której sukces pracował ktoś inny (w pewnym stopniu zasłużone, o czym pisałem już w innych tekstach), o to, że dzieje się to zbyt późno (całkowicie zasłużone), wreszcie ostrzeżenia, że pociągnie to za sobą duże straty wizerunkowe, ponieważ na konto władzy pójdzie niemożliwy do ogarnięcia i upilnowania przekaz imprezy. Z punktu widzenia polskich patriotów wszystkie te obawy i pretensje zostały nakryte czapkami niczym kontrmanifestacja Obywateli RP. Ulicami stolicy przeszło, według oficjalnych danych, ćwierć miliona ludzi. Możliwe, że było ich jeszcze więcej. Pochód rozlewał się na sąsiednie ulice, biało-czerwony był i Nowy Świat, i równoległe do Alej Jerozolimskich Smolna, Nowogrodzka, zapewne również bardziej oddalone drogi. Niektórzy gonili czoło marszu, inni po prostu na chwilę chcieli odpocząć od ścisku i powolnego tempa.

Towarzyszyły im i race, i huk petard, słowem wszystko, co co roku przeraża krytyków imprezy, tworząc zarazem jej niepowtarzalny klimat utrwalony na tysiącach fotografii.

Wcześniej jeszcze najmocniej ze wszystkich wybuchów eksplodował hymn Polski z tysięcy gardeł. Marsz 11 listopada miał swoją moc, musiał być potężnym, niezapomnianym doświadczeniem, przy którym kwestie politycznych różnic czy treści części transparentów nie będą miały we wspomnieniach większego znaczenia.

Oni i tak powiedzą to samo

Zdominują one natomiast, i to było do przewidzenia, przekazy medialne z góry nastawione na pokazanie „polskich faszystów”. Charakterystyczny – i dość sprytny – był model informowania o przebiegu obchodów w niedzielnych „Faktach” TVN. Jeśli reporterzy tej stacji czekali na jakieś krwawe lub płomienne zajścia z Warszawy, nie doczekali się, trzeba było więc wymyślić inną formułę. Zamiast więc wyłącznie straszyć, postawiono na przekaz przewrotnie pozytywny. Wydarzeniem dnia nie był ćwierćmilionowy marsz budzący zachwyt, szacunek lub grozę, ale liczne, na ogół sympatyczne, jak najbardziej godne sympatii i szacunku, ale rozdrobnione lokalne obchody. Po pokazaniu kilku lub kilkunastu takich wydarzeń nagły kontrast z wielką imprezą państwową, która jakoby rozleciała się na dwa oddzielne marsze. Jeden oficjalny, o którym właściwie niczego się nie mówi, i ten drugi, na którym pojawiły się niebezpiecznie radykalne przekazy i delegacja włoskich faszystów. Dziennikarze nadający dla zagranicy lub z zagranicy w podobne niuanse bawić się nie musieli, tak więc mieliśmy już obraz 200 tys. nacjonalistów maszerujących dziarsko z błogosławieństwem prezydenta i premiera, a do tego ramię w ramię z armią. Ta zresztą była w ostatnich dniach kolejnym straszakiem. W widzach próbowano wzbudzić strach poprzez sugerowanie, że większa niż zwykle obecność wojska na ulicach zapowiada jakieś siłowe rozwiązania. Czy to wobec narodowców, czy przeciwnie, miłośników konstytucji Kwaśniewskiego – straszący nie mogli się zdecydować.

Oczywiście do niczego takiego nie doszło

10 i 11 listopada wydarzyły się w Polsce trzy cuda. Jak czytelnicy „Gazety Polskiej Codziennie” wiedzą, przed rocznicą pojawiały się głosy, również mój, że zapowiadane wydarzenia i obchody wydają się niewspółmierne do wymiaru świętowanej rocznicy. Być może, taką chciałbym mieć nadzieję, głosy te podziałały na odpowiedzialnych za politykę historyczną mobilizująco. Niektóre elementy rocznicy trzymane były w tajemnicy niemal do końca, jak imponujący koncert na Stadionie Narodowym w przeddzień 11 listopada. Widowisko zarazem historyczne i nowoczesne, przygotowane znakomicie od strony wizualnej i repertuarowej, porywająca podróż przez 100 lat niepodległości, w której (nie licząc obowiązkowej Maryli Rodowicz) udało się uniknąć obciachu i ducha PRL. Jak klamrą początek i koniec obchodów, przestrzeń wypełnioną wydarzeniami państwowymi, spięły dwa widowiska ze Stadionem Narodowym w tle. Koncert i niesamowity pokaz fajerwerków, który rozświetlił niebo nad Warszawą, zapierając dech w piersiach obserwujących. Takiego rozmachu chyba jeszcze u nas nie widziano. I w innej konfiguracji politycznej pewnie by nie zobaczono. To cud pierwszy. Cud drugi to fakt, że wbrew obawom i wielu „życzliwym kibicom” stronom udało się porozumieć w sprawie wspólnego marszu. Wreszcie – sam marsz. Bez większych incydentów, w skali adekwatnej do wydarzenia, jakie upamiętniał. Z politycznymi hasłami, które niknęły w ogólnej wrzawie, w hymnach i oddawaniu czci bohaterów. Gdzie ludzie, których w wizji Polski nie łączy być może wiele, ale którzy tego dnia poszli, jeśli nie razem, to przynajmniej obok siebie – dla jednej sprawy. Trudno tu uniknąć patosu, ale w pewnych sytuacjach i momentach unikanie patosu nie jest najważniejsze. Nie wydarzył się cud czwarty. Obraz, jaki ma zobaczyć z 11 listopada świat, pozostał wykoślawiony. Coś musi zastąpić przecież biało-czerwone fasady budowli na całym świecie. Zamiast odpocząć po święcie, trzeba więc znów prostować kłamstwa i manipulacje. Ale to dobrze, przynajmniej wiemy, ile jeszcze przed nami pracy, by w kolejnych latach znów było co świętować.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl