O braku europejskiego demosu i deficycie demokracji w UE raz jeszcze

  

Polska jest zwolennikiem silnej Unii Europejskiej. Mając stare tradycje demokratyczne i obywatelskie oraz pamięć unii polsko-litewskiej, lepiej niż unijny mainstream rozumie zagrożenia mogące prowadzić do upadku tego typu organizmów. To doświadczenie dzieli z innymi krajami Europy Środkowej, mającymi w pamięci unie austro-węgierską, czesko-słowacką i jugosłowiańską, które upadły.

My, narody środkowoeuropejskie, znamy choroby, na które umierają unie i z niepokojem obserwujemy ich objawy w UE. Najgroźniejszą „zarazą” jest pycha wielkich i ich pogarda wobec mniejszych. To dla każdej unii choroba śmiertelna. Nie tracimy jednak nadziei, że jest uleczalna.

Gdzie leży źródło mocy Unii Europejskiej?

Siła UE w małym stopniu zależy od formalnych kompetencji przyznanych jej instytucjom, a w jeszcze mniejszym od skali, w jakiej instytucje te są zdolne do politycznych manewrów, by poszerzyć swoje uprawnienia poza ramy traktatowe (przynosi to efekt przeciwny do zamierzonego). Obywatelstwo europejskie istnieje tylko jako funkcja obywatelstwa państw członkowskich. Są obywatele UE, wciąż jednak nie ma europejskiego demosu i nie można go stworzyć na mocy dekretu. Demokracja zaś nie jest możliwa bez demosu, czyli narodu politycznego, wspólnoty ludzi posiadającej samoświadomość, połączonej wspólną pamięcią i tradycją oraz wspólną wolą ich zachowania, jak też budowania wspólnej przyszłości – innymi słowy wspólnotą poczuwającą się do dzielenia losów przeszłych, teraźniejszych i przyszłych. Wspólnota taka, by żyć i funkcjonować, musi być gotowa także do ofiarności na rzecz dobra wspólnego. Takie wspólnoty polityczne istnieją w Europie jedynie na poziomie państw narodowych. Państwa te zatem, wraz z ich instytucjami demokratycznymi, których rdzeniem są parlamenty, stanowią jedyną formę egzystencji politycznej, zdolną do wytworzenia rzeczywistego mandatu demokratycznego do skutecznego rządzenia. Ignorowanie tego faktu oznacza prowokowanie poważnego kryzysu w UE.

My, Polacy, chcemy i lubimy być Polakami, nie mamy problemu z tą rzeczywistością i dlatego uważamy, że siła projektu UE zależy od poszanowania suwerenności tworzących ją państw członkowskich i narodów jako jedynych wspólnot w pełni demokratycznych.

Deficyt demokracji jest rzeczywistością

Gospodarzem procesu integracji europejskiej są państwa członkowskie, a nie instytucje UE. Instytucje UE w sensie prawnym cieszą się takim tylko zakresem kompetencji i władzy, jakie zostały im przypisane przez państwa członkowskie w traktatach. Fundamentem UE powinna więc być zasada pacta sunt servanda (traktatów trzeba przestrzegać) i wynikający z niej brak zgody na uzurpowanie sobie przez jej instytucje uprawnień nigdy im nieprzyznanych. Każda próba rozszerzenia kompetencji UE poza określony traktatowo obszar jest niebezpieczną uzurpacją, która może doprowadzić do zniszczenia całego projektu integracji europejskiej. Polska podlega próbom takich uzurpacji w zakresie reform wewnętrznych, przeprowadzanych z woli posiadającej mandat demokratyczny większości sejmowej, w obszarach nieobjętych traktatowymi kompetencjami Unii. Konflikt między demokratycznym rządem, wykonującym wolę większości aktywnych wyborców, a biurokratycznym ciałem administracyjnym, poszerzającym swe kompetencje poza przyznane mu ramy traktatowe, nie może być modelem relacji między państwami członkowskimi a instytucjami unijnymi. Kontynuowanie tego modelu grozi poważnymi negatywnymi skutkami dla procesu integracji europejskiej. Deficyt demokracji w UE to nie figura retoryczna – to rzeczywistość z głębokimi konsekwencjami politycznymi.

Obserwujemy dziś zjawisko stopniowego wychodzenia instytucji UE z przypisanej im traktatowo roli usługowej wobec państw członkowskich, które to państwa – według swoich obywateli – powinny pozostać „gospodarzami” i „właścicielami” projektu integracji europejskiej. Rezultat jest opłakany, a to, czego już doświadczyliśmy, to dopiero początek. Możemy spodziewać się dalszej reakcji społeczeństw, najlepiej zilustrowanej decyzją Brytyjczyków (najstarszej i najbardziej stabilnej demokracji europejskiej) o brexicie. Decyzja ta godna jest pożałowania. Uznanie jej za akt populizmu nie wart dokładnej analizy jest jednak intelektualną kapitulacją mainstreamu, niezdolnego do oceny rzeczywistości. Kolejnym sygnałem o braku zgody wyborców na kontynuowanie obecnego modelu integracji europejskiej jest także wynik wyborów parlamentarnych we Włoszech – jednym z unijnych mocarstw.

Wszystko to pokazuje wyraźnie, że ludzie nie chcą być rządzeni przez nierozliczanych w ramach żadnych procedur demokratycznych i przez nikogo niewybieranych funkcjonariuszy, nominowanych na swe stanowiska w wyniku niejasnych procedur wewnątrz establishmentu. Chcą, by ich głos miał znaczenie. Łatwo usprawiedliwiać obecne problemy UE rosnącą falą populizmu w Europie, ale to nie daje rzeczywistej odpowiedzi co do natury wyzwania, przed którym stoimy.

Ku Europie ojczyzn

Demokracja możliwa jest tylko w Europie ojczyzn. UE nie może rozwiązać problemu imigracji wbrew woli obywateli, nie może też wysłać oddziałów (rekrutowanych na bazie kontyngentów narodowych) za granicę, chyba że uzyska zgodę państw członkowskich, których rządy rządzą swoimi państwami tak długo, jak długo pozwalają im na to ich obywatele. To oni, nie Komisja Europejska, w akcie wyborczym powołują i dymisjonują rządy państw członkowskich.

Demokracja bezalternatywna, głoszona przez unijny mainstream, uważający się za przedstawicieli jedynych prawdziwych elit, to prosta droga do wzrostu wszelkiej maści populizmów, a bezalternatywna, stale pogłębiająca się integracja, oparta na haśle „Więcej Europy”, to droga ku eurofobii i do upadku UE. Nie chcemy iść tym szlakiem ani dotrzeć do mety, do której on prowadzi.

Wnioski dotyczące polskiej polityki europejskiej sprowadzają się do konstatacji, że UE, której pragniemy, jest Unią obywateli, co jest możliwe tylko wtedy, gdy podstawowa rola państw członkowskich, jako właścicieli i gospodarzy procesu integracji europejskiej, jest w pełni uznawana i respektowana. Instytucje europejskie są sługami państw członkowskich, a nie ich zwierzchnikami. Zwierzchnikiem każdego rządu jest jego krajowy elektorat, a rządy, które odważą się zignorować poglądy swoich obywateli, zostaną przez nich, a nie przez instytucje europejskie, w najbliższych wyborach odrzucone. Ta prawda jest kluczem do zrozumienia realiów funkcjonowania europejskiej sceny politycznej.

Kompetencje UE są opisane w traktatach przyjętych przez państwa członkowskie i nie mogą być rozszerzane bez ich traktatowej zgody. Żaden europejski dyrektoriat mocarstw nie zostanie zaakceptowany. Próba instytucjonalizacji podziału UE na konstrukcję wielu prędkości byłaby krokiem w stronę nieuchronnego jej zniszczenia. Oczekiwanie, że wolne narody, wykluczone z procesu podejmowania decyzji o swojej przyszłości, zaakceptują taką propozycję, jest niebezpieczną iluzją. Należy przestrzegać wszystkich podstawowych swobód jednolitego rynku europejskiego. Fundusze strukturalne są instrumentem budowania spójności Unii, a ich osłabienie skutkowałoby osłabieniem tej spójności. Wszystkie polityki UE, w tym polityka imigracyjna i bezpieczeństwa, muszą być zgodne z interesem wszystkich państw członkowskich i nie mogą być któremukolwiek z nich narzucane wbrew jego woli. Proces integracji europejskiej nie może być budowany w celu konkurowania ze Stanami Zjednoczonymi ani ograniczania ich politycznego, gospodarczego i wojskowego zaangażowania w Europie. Solidarność europejska jest bowiem częścią solidarności transatlantyckiej, a zatem i solidarności całego Zachodu.


Śródtytuły pochodzą od redakcji

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...
Tagi

Cuda i codzienność

  

Dnia 9 listopada 2018 r. po południu, równo dwa dni przed 100. rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości, pewne było właściwie chyba tylko jedno. Że na warszawskim rondzie Dmowskiego stawi się rekordowa liczba uczestników marszu. Nie wiedzieliśmy jeszcze na pewno, o której godzinie ruszy marsz, kto pójdzie na jego czele ani kto będzie głównym organizatorem.

Wystarczyć musiała nam wiedza, że ustępująca prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz odejść postanowiła z hukiem, według niektórych obaw godnym samego Nerona. Wydała więc bezprawną decyzję o zdelegalizowaniu demonstracji na kilka dni przed jej wymarszem z centrum miasta na postawie widzimisię uzupełnionego kilkoma przesłankami natury subiektywnej lub pozaprawnej. Spotkało się to z krytyką nawet części środowisk liberalnych, inne przyjęły rzecz z zachwytem, prezydent zaś brnęła. Od razu jednak oczywiste było, że wydany przez nią zakaz zmobilizował nie tylko narodowców, lecz również środowiska prawicowe i patriotyczne skupione wokół PiS i zwykłych, niezorganizowanych uczestników imprezy, którzy kolejny raz poczuli, że oto liberałowie odbierają im święto.

Lawina więc ruszyła

Gronkiewicz-Waltz pogodziła grupy, którym przecież coraz mniej ostatnio (jeśli nie od zawsze) było po drodze. Narodowcy na PiS patrzą przecież co najmniej nieufnie, ostatnio głównie z powodu statystyk o przyjeżdżających do Polski imigrantach ekonomicznych, lecz przecież i wcześniej istniało kilka punktów zapalnych, choćby z racji polityki wobec Izraela, USA czy Ukrainy. W drugą stronę padały, często uzasadnione, oskarżenia o prorosyjskość, często wręcz o agenturalność. Jedna konferencja Hanny Gronkiewicz-Waltz i nagle olbrzymia większość przestaje na te kwestie zwracać uwagę, biało-czerwone flagi przykrywają prawie wszystkie pęknięcia, przynajmniej na dole. Choć, nie oszukujmy się, nie wszędzie. W komentarzach w mediach społecznościowych spory nie ustają, ustać zresztą nawet nie powinny – tyle że, jak już wiemy, nie przekłada się to na samą atmosferę marszu. Gdy narodowcy skandują od czasu do czasu hasła atakujące dzisiejszych rządzących, reszta zwyczajnie ich nie podchwytuje. I tyle, koniec tematu.

Zanim jednak tak się to na ulicach Warszawy potoczyło, trwały negocjacje między stroną rządową a narodowcami mające na celu wypracowanie takiej formuły imprezy, by świętować, nie obawiając się prezydent miasta z zapałkami. Oczywiście rozmowom towarzyszył twitterowy klangor, w którym padały oskarżenia o przejmowanie przez PiS imprezy, na której sukces pracował ktoś inny (w pewnym stopniu zasłużone, o czym pisałem już w innych tekstach), o to, że dzieje się to zbyt późno (całkowicie zasłużone), wreszcie ostrzeżenia, że pociągnie to za sobą duże straty wizerunkowe, ponieważ na konto władzy pójdzie niemożliwy do ogarnięcia i upilnowania przekaz imprezy. Z punktu widzenia polskich patriotów wszystkie te obawy i pretensje zostały nakryte czapkami niczym kontrmanifestacja Obywateli RP. Ulicami stolicy przeszło, według oficjalnych danych, ćwierć miliona ludzi. Możliwe, że było ich jeszcze więcej. Pochód rozlewał się na sąsiednie ulice, biało-czerwony był i Nowy Świat, i równoległe do Alej Jerozolimskich Smolna, Nowogrodzka, zapewne również bardziej oddalone drogi. Niektórzy gonili czoło marszu, inni po prostu na chwilę chcieli odpocząć od ścisku i powolnego tempa.

Towarzyszyły im i race, i huk petard, słowem wszystko, co co roku przeraża krytyków imprezy, tworząc zarazem jej niepowtarzalny klimat utrwalony na tysiącach fotografii.

Wcześniej jeszcze najmocniej ze wszystkich wybuchów eksplodował hymn Polski z tysięcy gardeł. Marsz 11 listopada miał swoją moc, musiał być potężnym, niezapomnianym doświadczeniem, przy którym kwestie politycznych różnic czy treści części transparentów nie będą miały we wspomnieniach większego znaczenia.

Oni i tak powiedzą to samo

Zdominują one natomiast, i to było do przewidzenia, przekazy medialne z góry nastawione na pokazanie „polskich faszystów”. Charakterystyczny – i dość sprytny – był model informowania o przebiegu obchodów w niedzielnych „Faktach” TVN. Jeśli reporterzy tej stacji czekali na jakieś krwawe lub płomienne zajścia z Warszawy, nie doczekali się, trzeba było więc wymyślić inną formułę. Zamiast więc wyłącznie straszyć, postawiono na przekaz przewrotnie pozytywny. Wydarzeniem dnia nie był ćwierćmilionowy marsz budzący zachwyt, szacunek lub grozę, ale liczne, na ogół sympatyczne, jak najbardziej godne sympatii i szacunku, ale rozdrobnione lokalne obchody. Po pokazaniu kilku lub kilkunastu takich wydarzeń nagły kontrast z wielką imprezą państwową, która jakoby rozleciała się na dwa oddzielne marsze. Jeden oficjalny, o którym właściwie niczego się nie mówi, i ten drugi, na którym pojawiły się niebezpiecznie radykalne przekazy i delegacja włoskich faszystów. Dziennikarze nadający dla zagranicy lub z zagranicy w podobne niuanse bawić się nie musieli, tak więc mieliśmy już obraz 200 tys. nacjonalistów maszerujących dziarsko z błogosławieństwem prezydenta i premiera, a do tego ramię w ramię z armią. Ta zresztą była w ostatnich dniach kolejnym straszakiem. W widzach próbowano wzbudzić strach poprzez sugerowanie, że większa niż zwykle obecność wojska na ulicach zapowiada jakieś siłowe rozwiązania. Czy to wobec narodowców, czy przeciwnie, miłośników konstytucji Kwaśniewskiego – straszący nie mogli się zdecydować.

Oczywiście do niczego takiego nie doszło

10 i 11 listopada wydarzyły się w Polsce trzy cuda. Jak czytelnicy „Gazety Polskiej Codziennie” wiedzą, przed rocznicą pojawiały się głosy, również mój, że zapowiadane wydarzenia i obchody wydają się niewspółmierne do wymiaru świętowanej rocznicy. Być może, taką chciałbym mieć nadzieję, głosy te podziałały na odpowiedzialnych za politykę historyczną mobilizująco. Niektóre elementy rocznicy trzymane były w tajemnicy niemal do końca, jak imponujący koncert na Stadionie Narodowym w przeddzień 11 listopada. Widowisko zarazem historyczne i nowoczesne, przygotowane znakomicie od strony wizualnej i repertuarowej, porywająca podróż przez 100 lat niepodległości, w której (nie licząc obowiązkowej Maryli Rodowicz) udało się uniknąć obciachu i ducha PRL. Jak klamrą początek i koniec obchodów, przestrzeń wypełnioną wydarzeniami państwowymi, spięły dwa widowiska ze Stadionem Narodowym w tle. Koncert i niesamowity pokaz fajerwerków, który rozświetlił niebo nad Warszawą, zapierając dech w piersiach obserwujących. Takiego rozmachu chyba jeszcze u nas nie widziano. I w innej konfiguracji politycznej pewnie by nie zobaczono. To cud pierwszy. Cud drugi to fakt, że wbrew obawom i wielu „życzliwym kibicom” stronom udało się porozumieć w sprawie wspólnego marszu. Wreszcie – sam marsz. Bez większych incydentów, w skali adekwatnej do wydarzenia, jakie upamiętniał. Z politycznymi hasłami, które niknęły w ogólnej wrzawie, w hymnach i oddawaniu czci bohaterów. Gdzie ludzie, których w wizji Polski nie łączy być może wiele, ale którzy tego dnia poszli, jeśli nie razem, to przynajmniej obok siebie – dla jednej sprawy. Trudno tu uniknąć patosu, ale w pewnych sytuacjach i momentach unikanie patosu nie jest najważniejsze. Nie wydarzył się cud czwarty. Obraz, jaki ma zobaczyć z 11 listopada świat, pozostał wykoślawiony. Coś musi zastąpić przecież biało-czerwone fasady budowli na całym świecie. Zamiast odpocząć po święcie, trzeba więc znów prostować kłamstwa i manipulacje. Ale to dobrze, przynajmniej wiemy, ile jeszcze przed nami pracy, by w kolejnych latach znów było co świętować.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl