Wątpliwe zwycięstwo

  

Ogólne uzgodnienia szczytu Rady Europejskiej w sprawie kryzysu migracyjnego są korzystne dla Polski, jednak nie dają żadnej pewności, że problem zostanie rozwiązany. A bez realnych narzędzi w miejsce pustych deklaracji kryzys migracyjny za niedługi czas znów uderzy w Unię Europejską.

Unia Europejska w kryzysie egzystencjalnym?” – zatytułował swój raport dla „Nowej Konfederacji” prof. Bogdan Góralczyk. Trudno o lepsze określenie stanu, w jakim w ostatnim czasie znajduje się UE. Pogrążona w zupełnej niemocy radzenia sobie z problemami i kryzysami, które ją dotykają. Można wręcz stwierdzić, że UE cierpi na depresję, nie mogąc podjąć skutecznej decyzji niemal w żadnej sprawie, która ją trapi.
A przecież te sprawy nie są dużo trudniejsze niż problemy, z którymi borykają się regiony, kraje i organizacje międzynarodowe na całym świecie. Wszyscy wiedzą, na czym polega kryzys strefy euro, lecz poszukiwanie skutecznych recept trwa od co najmniej 2008 r. i końca nie widać. O kryzysie legitymacji władzy unijnej również mówi się już do wielu lat, lecz żadnych pomysłów na reformę działania czy chociażby samą procedurę wyboru Komisji Europejskiej tak jak nie było, tak nie ma.

Kolejnym nierozwiązywalnym problemem UE jest kryzys migracyjny. Zmaga się lub zmagało z czymś podobnym wiele krajów na świecie, więc i źródeł inspiracji może być całkiem sporo. Po ostatnim szczycie Rady Europejskiej w tej sprawie odezwało się w Polsce wiele niemal entuzjastycznych głosów, ponieważ Polska uzyskała deklaracje zgodne z postulatami polskiego rządu. Problem w tym, iż ogólnikowe uzgodnienia ze szczytu sprawiają, że od rozwiązania kryzysu jest tak samo daleko, jak było przed.

Połowiczne rozwiązania

Najwięcej uwagi komentatorzy w Polsce poświęcają zasadzie dobrowolności przy relokacji uchodźców między krajami UE. Oczywiście to dobrze, że Unia Europejska nie będzie odgórnie rozdzielała ludzi między kraje unijne, niczym miski ryżu podczas klęski głodu. Świetnie, że wreszcie zdecydowano się na działanie absolutnie podstawowe przy takim kryzysie, czyli oddzielanie autentycznych uchodźców od ludzi, którzy tylko takich udają. Dobrowolnie relokowani będą mogli być tylko ci pierwsi.

Mieszanie uchodźców i imigrantów ekonomicznych wprowadzało mnóstwo zamętu do polityki i debaty publicznej. Przeciwnicy nieograniczonej imigracji zarobkowej byli oskarżani o nieżywienie ludzkich uczuć do ludzi szukających schronienia przed wojną. Jasne postawienie sprawy, że nie każdy imigrant z Afryki lub Bliskiego Wschodu to uchodźca, uporządkuje debatę i ułatwi prowadzenie polityki w sprawie migracji.
Jednak deklaracja o tworzeniu dobrowolnych ośrodków dla uchodźców w żaden sposób nie przybliża nas do rozwiązania problemu. Po pierwsze, jest bardzo mało prawdopodobne, że kraje będą te ośrodki tworzyły, skoro ze 120 tys. rozdzielonych na papierze w 2015 r. uchodźców udało się w bólach realnie relokować jedną czwartą. Po drugie, i ważniejsze, ośrodki na terenie Unii Europejskiej nie zlikwidują źródła problemu, którym jest sam napływ imigrantów do Europy.

Jak ich wszystkich wyżywić?!

Dużo ważniejsza jest oczywiście wola tworzenia ośrodków dla imigrantów poza Europą, szczególnie w krajach Afryki Północnej. Do których to ośrodków mieliby być odsyłani nielegalni imigranci złapani na Morzu Śródziemnym. To sensowny postulat, w końcu imigranci bezpośrednio dostają się do Europy przede wszystkim z krajów Afryki Północnej, które nie kontrolują należycie swojego wybrzeża i wód terytorialnych.
Problem w tym, że wciąż nie wiadomo, w których konkretnie krajach miałyby powstać te ośrodki. A te z kręgu Maghrebu do tej inicjatywy, mówiąc delikatnie, się nie palą. Trudno się temu dziwić, w końcu te w większości bardzo biedne kraje mają problem z wyżywieniem własnych obywateli, a co dopiero tysięcy imigrantów z innych państw. Tak więc bez realnej oferty finansowej i infrastrukturalnej dla krajów Maghrebu o stworzeniu tam funkcjonalnych ośrodków UE będzie mogła zapomnieć. Tymczasem na szczycie o żadnej takiej ofercie nie było mowy – uzgodniono jedynie wypłatę kolejnej transzy dla Turcji.

Ogólniki zamiast konkretów

Największym problemem kryzysu migracyjnego, szczególnie w jego obecnej fazie, jest fatalna sytuacja ekonomiczna w krajach Afryki. Bez realnej poprawy bytu ludzi żyjących w kolebce ludzkości kryzys nie minie, nawet jak UE zorganizuje jeszcze 40 szczytów w tej sprawie. Potrzebny jest więc skuteczny program rozwojowy krajów Afryki Północnej – aby były w stanie skutecznie kontrolować swoje terytoria – oraz Afryki Subsaharyjskiej – aby ludzie nie musieli z niej uciekać.

Można powiedzieć, że europejscy przywódcy zajęli się również tym problemem – choć słowo „zajęli się” jest bardzo na wyrost. Uzgodnili przesunięcie 500 mln euro z Europejskiego Funduszu Rozwoju do Funduszu Powierniczego dla Afryki. Z perspektywy gigantycznych problemów, z jakimi borykają się kraje Afryki, ta kwota jest zupełnie niepoważna. To tak jakby choremu na białaczkę sprezentować krople na katar, bo coś pociąga nosem.

Bezzębny Frontex

Kolejnym realnym problemem UE jest nieszczelność unijnych granic. Wspólnotowa ochrona granic zewnętrznych de facto nie istnieje, a kraje Południa UE radzą sobie z ochroną swoich granic wyjątkowo słabo. Istnieje co prawda agencja Frontex – zresztą jedyna unijna agencja mająca główną siedzibę w Warszawie, której zadaniem jest współpraca z państwami członkowskimi w zakresie ochrony granic zewnętrznych – jednak jest ona bezzębna. W zasadzie nie może podjąć działań bez zgody kraju, na którego granicach coś się dzieje, a jej możliwości, to znaczy środki finansowe oraz zasoby ludzkie, są nieadekwatne do skali wyzwań na unijnych granicach.

Świetnie, że europejscy przywódcy dostrzegli konieczność wzmocnienia Frontexu, deklarując przekształcenie go w 2020 r. w unijną straż graniczną. Niestety, żadne inne konkrety w tej sprawie nie padły – jakie będzie miała ta straż środki, ilu ludzi zatrudni i przede wszystkim jakie będzie miała uprawnienia i w jaki sposób będzie ona kooperowała ze służbami krajowymi. Tymczasem te kwestie są fundamentalne dla skutecznej polityki ochrony granic.

Plan Marshalla dla sąsiedztwa

Kryzys migracyjny może się wydawać mniej groźny niż jeszcze dwa, trzy lata temu. W 2015 r. przez Morze Śródziemne do Europy dotarło ponad milion osób, a w 2017 r. już „tylko” 172 tys. W 2018 r., do 3 lipca – 45 tys. Ale to uspokojenie jest złudne – problem migracji ludnościowych w Afryce narasta i bez wątpienia znów wybuchnie. Z Sudanu Południowego do krajów ościennych uciekło 2,5 mln osób. Z Demokratycznej Republiki Konga – 800 tys. Kolejne miliony osób żyją w fatalnych warunkach w swoich ojczyznach. Nie należy zapominać, że wciąż też 5,6 mln uchodźców z Syrii przebywa w Turcji, Libanie, Jordanii, Iraku i Egipcie. Bez unormowania sytuacji w tych krajach nie będzie mowy o trwałym zakończeniu kryzysu migracyjnego.

Dlatego państwa UE muszą stworzyć wspólny program rozwoju terenów otaczających Europę. Coś na kształt planu Marshalla dla Afryki, o którym mówił m.in. premier Morawiecki, jednak obejmujący też część Bliskiego Wschodu, Ukrainę czy Mołdawię. Dopóki sytuacja w krajach otaczających UE będzie tak fatalna, Europę wciąż będą nawiedzały fale migracji. W pierwszej kolejności pomoc ta powinna trafić do krajów Afryki Północnej, które zgodzą się stworzyć u siebie ośrodki przyjmujące odsyłanych imigrantów.

Ponadto Unia Europejska powinna stworzyć zręby wspólnej ochrony granic, by kraje mające problemy na swoich granicach zewnętrznych nie były zostawiane same sobie – i żeby nie mogły umywać rąk od problemu. Bez prorozwojowej polityki sąsiedztwa oraz wspólnej ochrony granic za kilkanaście lat wciąż będziemy dyskutowali o kryzysie migracyjnym.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...
Tagi

Cuda i codzienność

  

Dnia 9 listopada 2018 r. po południu, równo dwa dni przed 100. rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości, pewne było właściwie chyba tylko jedno. Że na warszawskim rondzie Dmowskiego stawi się rekordowa liczba uczestników marszu. Nie wiedzieliśmy jeszcze na pewno, o której godzinie ruszy marsz, kto pójdzie na jego czele ani kto będzie głównym organizatorem.

Wystarczyć musiała nam wiedza, że ustępująca prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz odejść postanowiła z hukiem, według niektórych obaw godnym samego Nerona. Wydała więc bezprawną decyzję o zdelegalizowaniu demonstracji na kilka dni przed jej wymarszem z centrum miasta na postawie widzimisię uzupełnionego kilkoma przesłankami natury subiektywnej lub pozaprawnej. Spotkało się to z krytyką nawet części środowisk liberalnych, inne przyjęły rzecz z zachwytem, prezydent zaś brnęła. Od razu jednak oczywiste było, że wydany przez nią zakaz zmobilizował nie tylko narodowców, lecz również środowiska prawicowe i patriotyczne skupione wokół PiS i zwykłych, niezorganizowanych uczestników imprezy, którzy kolejny raz poczuli, że oto liberałowie odbierają im święto.

Lawina więc ruszyła

Gronkiewicz-Waltz pogodziła grupy, którym przecież coraz mniej ostatnio (jeśli nie od zawsze) było po drodze. Narodowcy na PiS patrzą przecież co najmniej nieufnie, ostatnio głównie z powodu statystyk o przyjeżdżających do Polski imigrantach ekonomicznych, lecz przecież i wcześniej istniało kilka punktów zapalnych, choćby z racji polityki wobec Izraela, USA czy Ukrainy. W drugą stronę padały, często uzasadnione, oskarżenia o prorosyjskość, często wręcz o agenturalność. Jedna konferencja Hanny Gronkiewicz-Waltz i nagle olbrzymia większość przestaje na te kwestie zwracać uwagę, biało-czerwone flagi przykrywają prawie wszystkie pęknięcia, przynajmniej na dole. Choć, nie oszukujmy się, nie wszędzie. W komentarzach w mediach społecznościowych spory nie ustają, ustać zresztą nawet nie powinny – tyle że, jak już wiemy, nie przekłada się to na samą atmosferę marszu. Gdy narodowcy skandują od czasu do czasu hasła atakujące dzisiejszych rządzących, reszta zwyczajnie ich nie podchwytuje. I tyle, koniec tematu.

Zanim jednak tak się to na ulicach Warszawy potoczyło, trwały negocjacje między stroną rządową a narodowcami mające na celu wypracowanie takiej formuły imprezy, by świętować, nie obawiając się prezydent miasta z zapałkami. Oczywiście rozmowom towarzyszył twitterowy klangor, w którym padały oskarżenia o przejmowanie przez PiS imprezy, na której sukces pracował ktoś inny (w pewnym stopniu zasłużone, o czym pisałem już w innych tekstach), o to, że dzieje się to zbyt późno (całkowicie zasłużone), wreszcie ostrzeżenia, że pociągnie to za sobą duże straty wizerunkowe, ponieważ na konto władzy pójdzie niemożliwy do ogarnięcia i upilnowania przekaz imprezy. Z punktu widzenia polskich patriotów wszystkie te obawy i pretensje zostały nakryte czapkami niczym kontrmanifestacja Obywateli RP. Ulicami stolicy przeszło, według oficjalnych danych, ćwierć miliona ludzi. Możliwe, że było ich jeszcze więcej. Pochód rozlewał się na sąsiednie ulice, biało-czerwony był i Nowy Świat, i równoległe do Alej Jerozolimskich Smolna, Nowogrodzka, zapewne również bardziej oddalone drogi. Niektórzy gonili czoło marszu, inni po prostu na chwilę chcieli odpocząć od ścisku i powolnego tempa.

Towarzyszyły im i race, i huk petard, słowem wszystko, co co roku przeraża krytyków imprezy, tworząc zarazem jej niepowtarzalny klimat utrwalony na tysiącach fotografii.

Wcześniej jeszcze najmocniej ze wszystkich wybuchów eksplodował hymn Polski z tysięcy gardeł. Marsz 11 listopada miał swoją moc, musiał być potężnym, niezapomnianym doświadczeniem, przy którym kwestie politycznych różnic czy treści części transparentów nie będą miały we wspomnieniach większego znaczenia.

Oni i tak powiedzą to samo

Zdominują one natomiast, i to było do przewidzenia, przekazy medialne z góry nastawione na pokazanie „polskich faszystów”. Charakterystyczny – i dość sprytny – był model informowania o przebiegu obchodów w niedzielnych „Faktach” TVN. Jeśli reporterzy tej stacji czekali na jakieś krwawe lub płomienne zajścia z Warszawy, nie doczekali się, trzeba było więc wymyślić inną formułę. Zamiast więc wyłącznie straszyć, postawiono na przekaz przewrotnie pozytywny. Wydarzeniem dnia nie był ćwierćmilionowy marsz budzący zachwyt, szacunek lub grozę, ale liczne, na ogół sympatyczne, jak najbardziej godne sympatii i szacunku, ale rozdrobnione lokalne obchody. Po pokazaniu kilku lub kilkunastu takich wydarzeń nagły kontrast z wielką imprezą państwową, która jakoby rozleciała się na dwa oddzielne marsze. Jeden oficjalny, o którym właściwie niczego się nie mówi, i ten drugi, na którym pojawiły się niebezpiecznie radykalne przekazy i delegacja włoskich faszystów. Dziennikarze nadający dla zagranicy lub z zagranicy w podobne niuanse bawić się nie musieli, tak więc mieliśmy już obraz 200 tys. nacjonalistów maszerujących dziarsko z błogosławieństwem prezydenta i premiera, a do tego ramię w ramię z armią. Ta zresztą była w ostatnich dniach kolejnym straszakiem. W widzach próbowano wzbudzić strach poprzez sugerowanie, że większa niż zwykle obecność wojska na ulicach zapowiada jakieś siłowe rozwiązania. Czy to wobec narodowców, czy przeciwnie, miłośników konstytucji Kwaśniewskiego – straszący nie mogli się zdecydować.

Oczywiście do niczego takiego nie doszło

10 i 11 listopada wydarzyły się w Polsce trzy cuda. Jak czytelnicy „Gazety Polskiej Codziennie” wiedzą, przed rocznicą pojawiały się głosy, również mój, że zapowiadane wydarzenia i obchody wydają się niewspółmierne do wymiaru świętowanej rocznicy. Być może, taką chciałbym mieć nadzieję, głosy te podziałały na odpowiedzialnych za politykę historyczną mobilizująco. Niektóre elementy rocznicy trzymane były w tajemnicy niemal do końca, jak imponujący koncert na Stadionie Narodowym w przeddzień 11 listopada. Widowisko zarazem historyczne i nowoczesne, przygotowane znakomicie od strony wizualnej i repertuarowej, porywająca podróż przez 100 lat niepodległości, w której (nie licząc obowiązkowej Maryli Rodowicz) udało się uniknąć obciachu i ducha PRL. Jak klamrą początek i koniec obchodów, przestrzeń wypełnioną wydarzeniami państwowymi, spięły dwa widowiska ze Stadionem Narodowym w tle. Koncert i niesamowity pokaz fajerwerków, który rozświetlił niebo nad Warszawą, zapierając dech w piersiach obserwujących. Takiego rozmachu chyba jeszcze u nas nie widziano. I w innej konfiguracji politycznej pewnie by nie zobaczono. To cud pierwszy. Cud drugi to fakt, że wbrew obawom i wielu „życzliwym kibicom” stronom udało się porozumieć w sprawie wspólnego marszu. Wreszcie – sam marsz. Bez większych incydentów, w skali adekwatnej do wydarzenia, jakie upamiętniał. Z politycznymi hasłami, które niknęły w ogólnej wrzawie, w hymnach i oddawaniu czci bohaterów. Gdzie ludzie, których w wizji Polski nie łączy być może wiele, ale którzy tego dnia poszli, jeśli nie razem, to przynajmniej obok siebie – dla jednej sprawy. Trudno tu uniknąć patosu, ale w pewnych sytuacjach i momentach unikanie patosu nie jest najważniejsze. Nie wydarzył się cud czwarty. Obraz, jaki ma zobaczyć z 11 listopada świat, pozostał wykoślawiony. Coś musi zastąpić przecież biało-czerwone fasady budowli na całym świecie. Zamiast odpocząć po święcie, trzeba więc znów prostować kłamstwa i manipulacje. Ale to dobrze, przynajmniej wiemy, ile jeszcze przed nami pracy, by w kolejnych latach znów było co świętować.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl