Przed wyborami śmieci cuchną jeszcze bardziej

/ Pexels

  

Gminy nie palą się do kontroli firm, którym powierzyły gospodarkę odpadami. Przymykają oko na niskie stawki, bo nie chcą obciążać mieszkańców kosztami - pisze "Dziennik Gazeta Prawna".

"Paniczny strach przed najmniejszą nawet podwyżką opłat za śmieci współtworzy patologie, z którymi próbuje walczyć rząd - przekonują eksperci. Ich zdaniem szukanie oszczędności jest krótkowzroczne. Bo gdy okazuje się, że część odpadów nie może być zagospodarowana po oferowanych cenach - lądują one w lasach. A gminy muszą potem płacić za ich uprzątnięcie"

- informuje gazeta.

Zdaniem "DGP" jest jeszcze gorzej, gdy składowisko spłonie, jak miało to miejsce w kilkudziesięciu przypadkach w ostatnich miesiącach. Koszty usunięcia skutków takiego pożaru są bowiem ogromne. Sama rekultywacja terenu pogorzeliska liczona jest w milionach złotych.

"Niektóre samorządy od kilku lat utrzymują bardzo niskie stawki opłat za wywóz śmieci. Niekiedy nawet dopłacają do tego z gminnych budżetów"

- mówi cytowany w artykule Dariusz Matlak, prezes Polskiej Izby Gospodarki Odpadami. Według niego zdarzają się nawet włodarze, którzy zupełnie ignorują obowiązujące przepisy i przymykają oko na nielegalne zagospodarowywanie odpadów na ich terenie.

"Zrobią wszystko, by nie obciążać mieszkańców dodatkowymi kosztami. A opłaty za śmieci stały się już niemal kategorią polityczną"

- uważa Matlak.

"Gdzieniegdzie stawki są absurdalnie niskie. Wynoszą np. 6 zł od osoby miesięcznie" - mówi Leszek Świętalski, sekretarz generalny Związku Gmin Wiejskich RP. Zastanawia się, dlaczego tak rażąco niskimi kwotami nie interesują się odpowiednie organy. Jego zdaniem jest bowiem oczywiste, że przy takich stawkach część śmieci musi wylądować w jakimś żwirowisku lub spłonąć.

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna, niezalezna.pl, PAP

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Rostowski narzeka na poziom komisji ws. Amber Gold? Chyba nie pamięta tego! Zobacz WIDEO

Jan Vincent Rostowski / By The Chancellery of the Senate of the Republic of Poland, CC BY-SA 3.0 pl, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=26570583

  

Jan Vincent Rostowski stanął dziś przed komisją śledczą w sprawie afery Amber Gold. Żalił się, że tryb pracy komisji jest skandaliczny i za czasów rządów Platformy Obywatelskiej byłoby to niemożliwe. Ale chyba były minister zapomniał o wyczynach Mirosława Sekuły, przewodniczącego komisji śledczej ds. gier i zakładów.

W takim razie przypomnijmy: w 2010 r. doszło do przesłuchania posła Zbigniewa Chlebowskiego. Przewodniczący komisji Mirosław Sekuła z Platformy Obywatelskiej nie raczył odpowiedzieć na wniosek o przerwę, po czym po godzinie stwierdził, że... o nim zapomniał. Mało tego, zarządził w końcu przerwę, ale 10-minutową - zamiast wnioskowanej godzinnej.

To jeszcze nie wszystko. Po kilku minutach przewodniczący Sekuła sam wrócił na salę posiedzeń, po czym... wznowił obrady, zapytał przy pustej sali o to, czy ktoś ma pytania do świadka, a następnie zakończył posiedzenie. Z komisji śledczej uczyniono wtedy pośmiewisko!

Być może Rostowski martwi się o poziom komisji, próbując tym samym odwrócić uwagę od trudnych pytań, jakie są mu zadawane. Afera Amber Gold obciąża przecież konto Platformy Obywatelskiej, która rządziła w tamtym czasie, a Rostowski był w tym czasie ministrem finansów. Wiele razy podczas przesłuchania padło stwierdzenie "nie pamiętam", więc warto przypominać o tym, jakie standardy panowały za czasów rządów PO-PSL.

Źródło: niezalezna.pl

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl