Szczyt wzmocnił Trumpa

Historyczne spotkanie przywódców Stanów Zjednoczonych i Korei Północnej na singapurskiej wyspie Sentosa wzmacnia nie tylko USA, ale także Donalda Trumpa. Przede wszystkim jako lidera, z którym Europa i świat muszą się liczyć w kwestiach globalnych. Ale także polityka, który – jak sam mówi – „robi tak, żeby załatwić sprawę”.

W tym przypadku „miał zamiar rozwiązać z Kimem duży problem i jednocześnie osiągnąć olbrzymi sukces”, więc do tego doprowadził. Po wielu latach destabilizacji na Półwyspie Koreańskim mamy nie tylko ocieplenie relacji, które jest częstym efektem takich rozmów, ale i konkretne decyzje. Szczyt zakończył się podpisaniem dokumentu, który wyznacza nowy ład w regionie, zapowiada jego całkowitą denuklearyzację i zaprowadzenie nowych stosunków dwustronnych pomiędzy Koreą Północną a Stanami Zjednoczonymi. Szef Białego Domu udowodnił tym samym, że jego niestandardowe działania międzynarodowe przynoszą dobre efekty. W takich zachowaniach Donald Trump przypomina zresztą Ronalda ­Reagana, który też potrafił zaryzykować i zagrać ostro, gdy sprawy szły nie po jego myśli. A w Polsce Reaganowski styl prowadzenia polityki kojarzy się przecież jak najlepiej.

 

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Polityka przy pomidorowej

Ojciec przychodził z fabryki codziennie o godz. 14.30. Niezależnie od tego, czy był skwar, czy padało, punktualnie o tej godzinie było słychać jego klucz otwierający drzwi naszego mieszkania na łódzkim blokowisku. O godz. 14.45 siadaliśmy przy kuchennym bufecie do wspólnych rodzinnych obiadów, z których dziś, po ponad 35 latach, najlepiej pamiętam ojcowskie opowieści o polityce.

Wydział montażu maszyn włókienniczych, gdzie pracował, był chyba najbardziej rozpolitykowanym miejscem w Polsce, dlatego każdego dnia oczekiwałem kolejnej porcji wiadomości i komentarzy. Gdzieś późną wiosną 1982 r. gruchnęła nieoczekiwana plotka, którą przyniosła z pracy oburzona mama, że zachodnioniemiecki „Der Spiegel” miał opublikować wizerunek Stanisława Mikulskiego, filmowego Hansa Klossa, w mundurze oficera Abwehry z komentarzem sugerującym, że tak wygląda bożyszcze polskich kobiet. Fotografia była jak yeti – wszyscy o niej gorączkowo mówili, ale nikt jej nie widział. Tata wysłuchał relacji swojej poruszonej małżonki ze stoickim spokojem, po czym powiedział, że to chyba kłamstwo i jakaś niemiecka propaganda, bo jego kolega Heniek zwany „Pączkiem”, będący szczęśliwym posiadaczem kuzynki koło Hamburga, na pewno by coś wiedział. Z tamtego posiłku zapamiętałem trzy rzeczy: tytuł gazety „Der Spiegel”, sposoby siania niepokoju społecznego i smak polityki przy pomidorowej.

Czołgów nie widziałem

Polityki przy pomidorowej nie uprawiam już od dawna, lecz treści zawarte w niemieckim tytule prasowym śledzę z zainteresowaniem. Kilka dni temu natknąłem się na streszczenie zadziwiającego artykułu rozprawiającego o kryzysie demokracji liberalnej w takich krajach jak Polska i Węgry. Absolutnie nie jestem specjalistą od „demokracji gulaszowej”, dlatego postanowiłem skupić uwagę na rzeczach tyczących naszego kraju i gdybym miał podsumować tekst jednym zdaniem, to brzmiałoby ono następująco: kawał beznadziejnej, eklektycznej i niespójnej propagandy, napisanej przez sklecony naprędce, niedouczony zespół ludzki, powołujący się na opinie podobnych sobie indolentów. Jeśli są Państwo zaskoczeni brutalnością mojej oceny, to bardzo przepraszam, ale jak mam nazwać autorów opracowania traktującego o mojej ojczyźnie, które otwierane jest przywołaniem takich przywódców jak Władimir Putin czy Recep Tayyip Erdoğan, a następnie zręcznie zestawia z nimi osobę Jaro-sława Kaczyńskiego? Chciałbym autora owej myśli strzelistej zapytać, gdzie chciałby być nocą z 15 na 16 lipca 2016 r. – w Istambule czy w Krakowie? Tak, to była słynna noc z piątku na sobotę, kiedy na ulicach tureckich miast pojawiły się czołgi, a świat obiegła elektryzująca wiadomość o nieudanej próbie przeprowadzenia wojskowego zamachu stanu nad Bosforem. Nie wiem, co się wówczas działo na krakowskim rynku, gdyż siedziałem grzecznie przed telewizorem, ale kilka dni temu, w towarzystwie jednego z redakcyjnych kolegów, żłopałem piwsko tuż obok Sukiennic i zapewniam, że żadnych pojazdów oprócz dorożek wożących turystów nie stwierdziłem oraz idę o zakład, że dwa lata temu było identycznie.

Ciężko uwierzyć

Założę się, że autorzy nie mają pojęcia o czym piszą, stwierdzając nasze cofnięcie się do epoki autorytaryzmu i kompilując to z bliżej nieokreślonymi sugestiami o kryzysie nominowania polityków wybranych w wyborach czy wolności prasy. Tak, teutońscy propagandyści, mam zaszczyt i przyjemność poinformować was, że to właśnie wasz prezydent Frank-Walter Steinmeier skamlał podczas noworocznego orędzia pół roku temu, prosząc społeczeństwo „o wyrozumiałość i cierpliwość”, gdy od wyborów upłynął kwartał, a wy wciąż nie mieliście gabinetu. Wpadliście w panikę, kiedy się okazało, że w wyniku pseudodemokratycznych działań waszej kanclerz Angeli Merkel, która ściągnęła wam tysiące islamskich specjalistów od władania maczetami na ulicy, do głosu doszła neofaszystowska partia Alternatywa dla Niemiec (AfD) i nagle wyszło na jaw, że przyzwyczajeni od lat do koryta chadecy z CDU/CSU i socjaldemokraci z SPD musieliby się zająć czymś innym niż szlifowanie korytarzy w Bundestagu. Ponieważ jedyną rzeczą, którą niemieccy politycy potrafią robić poza ględzeniem, jest przytulenie się do gazowych interesów satrapy Putina, czego Gerhard Schröder jest sztandarowym przykładem, a tam dla wszystkich miejsca nie wystarczy. Kombinowano zatem długo, aż udało się po pięciu miesiącach od elekcji sklecić na siłę rząd. Czasem nawet mnie, politycznemu realiście i cynikowi, trudno uwierzyć w takie historie.

Historia również nie jest najmocniejszą stroną autorów tekstu, a o historii Polski to już bladego pojęcia nie mają. Czy wyobrażają sobie Państwo, że te „bystre pióra” źródeł dzisiejszego wyimaginowanego polskiego autorytaryzmu doszukują się w spuściźnie XIX-wiecznej monarchii? Wiem z doniesień prasowych, że w gospodarce niemieckiej nie dzieje się zbyt dobrze, ale nie miałem bladego pojęcia, że kryzys jest na tyle głęboki, aby redakcji nie było stać na podłączenie internetu do komputerów swoich żurnalistów, bo gdyby go mieli, to przekonaliby się, że Polski nie było na mapie świata od roku 1795 i ten stan utrzymywał się aż do listopada 1918 r. Więc o jakiej monarchicznej spuściźnie mowa – o tej kaiserowskiej, kremlowskiej czy cesarsko-królewskiej? Wszystkie trzy wchodzą w grę, gdyż od każdej czegoś doświadczyliśmy – choćby „furor teutonicus” od pierwszej, dobrodziejstw syberyjskiego klimatu od drugiej, a trzecia, ta najmniej szkodliwa, wysysała nas jedynie gospodarczo. Jakby tego było mało, jako przyczyny dzisiejszej sytuacji przywoływane są okres międzywojenny i czasy komunizmu. Ile złej woli trzeba w sobie mieć, aby dwudziestolecie międzywojenne, czyli etap potwornego wysiłku całego narodu przy odbudowie zniszczonego zaborami państwa, wkomponować negatywnie w teraźniejszość, a następnie płynnie przejść do czasów hegemonii pobratymców Stalina, sprytnie deprecjonując w tym zakresie rolę lat 1939–1945?

Pozostaje współczuć

Lata 1939–1945 odcisnęły straszne piętno na losach narodu polskiego. To one skutkowały realnym socjalizmem, związaną z nim biedą i degrengoladą powojennego społeczeństwa. To oszalały Austriak został głosami Niemców wyniesiony na wyżyny władzy i to jego wyznawcy zbudowali na terenie okupowanej Rzeczypospolitej obozy koncentracyjne, fabryki śmierci, tak chętnie nazywane dzisiaj polskimi. To Niemcy podpalili świat od Dunkierki po przedmieścia Moskwy i to Niemcy są odpowiedzialni za PRL-owkie rządy pomazańców gruzińskiego dewianta i jego następców. To Niemcy są grabieżcami i łupieżcami, którzy wywozili z Polski nasze dzieła sztuki i dobra na-rodowe. To na terenie Niemiec moi dziadkowie Roch i Jan stracili najpiękniejsze lata życia, pracując niewolniczo jako robotnicy przymusowi, a pod koniec życia rzucono im ochłap w postaci kilku niemieckich marek będących erzacem zadośćuczynienia. Czy ja mam się dziś godzić, aby szwabski tygodnik z typowo teutońską wyższością i butą oceniał mentalność moich rodaków i rządu wybranego w demokratycznych wyborach? No wasze niedoczekanie! Parafrazując klasyka, rzeknę, że nie ma na to mojej zgo-dy! Mam nadzieję, że Czytelnicy podzielają mój pogląd i jednocześnie wybaczą mi bardzo emocjonalne tony, jakie zawarłem w tym tekście, ale zwyczajnie inaczej nie po-trafię. Kończąc, mogę jedynie współczuć niemieckim pseudodziennikarzom, że swoje młode lata spędzili, konsumując tłustą golonkę w piwie i słuchając jakiejś topornej propagandy, a nie uprawiając wysublimowaną politykę przy pomidorowej.

Howgh!

Udostępnij

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl