Od „hiszpańskiego łącznika” do „seansów spirytystycznych”

  

„O roku ów” – pisał Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”. Chodziło rzecz jasna o rok pełen nadziei dla Polaków – rok 1812, gdy nasi przodkowie poszli z Napoleonem na Moskwę. „O roku ów” – możemy powiedzieć po dwóch wiekach, choć w europejskim kontekście. Chodzi o historyczny rok 1999, kiedy po raz pierwszy w dziejach Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali i Unii Europejskiej władze wykonawcze Wspólnot Europejskich podały się do dymisji.

Pisałem o tym w poprzednim odcinku obrazującym historię Komisji Europejskiej („Codzienna” 4 czerwca br.). Przewodniczącego KE Jacquesa Santera tymczasowo zastąpił Hiszpan Manuel Marin. Był on dziesiątym z kolei przewodniczącym KE, choć nie wlicza się go do oficjalnych unijnych statystyk – według nich następcą byłego premiera Luksemburga był były premier Włoch Romano Prodi.

„Wiecznie drugi”

Nie sposób jednak hiszpańskiemu socjaliście Marinowi odmówić miejsca w historii UE, skoro Komisją Europejską kierował nie przez sześć godzin czy sześć dni – ale przez burzliwe sześć miesięcy między 15 marca 1999 r. a 17 września 1999 r. I robił to sprawnie, zapewne dzięki temu, że przez 13 lat – to był rekord w historii EWG/UE! – był wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej. Ten prawnik po studiach w Madrycie, ale też we francuskim Nancy, gdzie skończył europejskie prawo wspólnotowe, kształcił się również w Kolegium Europejskim w belgijskiej (flamandzkiej) Brugii. Po latach wrócił tu jako wykładowca. Do KE wszedł jako raptem 37-latek, podjął tekę edukacji, spraw społecznych i zatrudnienia (1986–1988), następnie współpracy i rybołówstwa (1989–1992), wreszcie rozwoju i relacji gospodarczych z krajami basenu Morza Śródziemnego, Azji, Ameryki Łacińskiej, AKP (Afryka–Karaiby–Pacyfik) oraz pomocy humanitarnej (1993–1994).

Najpierw był zastępcą Francuza Jacquesa Delorsa (1986 – 1995), a następnie Luksemburczyka Jacquesa Santera (1995–1999). U niego odpowiadał za stosunki międzynarodowe wraz z Holendrem Hansem Van der Broeckiem. Do historii integracji europejskiej przeszedł jako „wieczny wiceprzewodniczący” KE i jej tymczasowy, półroczny przewodniczący, ale do dziejów swojej ojczyzny jako pierwszy hiszpański komisarz. W wieku 28 lat (coś mi to przypomina) po raz pierwszy został posłem do Kortezów (hiszpańskiego parlamentu) – w sumie sprawował tę funkcję pięciokrotnie: trzy razy przed misją w Brukseli i dwa razy po niej. Na koniec swojej politycznej kariery sprawował funkcję przewodniczącego Kortezów.

W unijnej sztafecie Marin wziął pałeczkę od Santera, a przekazał ją byłemu premierowi Włoch Prodiemu. W przeciwieństwie do swoich poprzednika i następcy Hiszpan nie był kontrowersyjny, nie był autorem skandali czy gaf, choć też trudno go określic jako charyzmatycznego.

Kontrowersyjny Prodi

Paradoksem jest, że jego następca – Prodi był o 10 lat od niego starszy. Urodzony trzy tygodnie przed wybuchem II wojny światowej Włoch, ekonomista i wykładowca uniwersytecki był, co ciekawe, premierem Italii zarówno przed, jak i po pełnieniu funkcji przewodniczącego Komisji Europejskiej. Miałem okazję poznać go osobiście, towarzysząc premierowi Jerzemu Buzkowi jako minister do spraw europejskich podczas wizyty w Rzymie wiosną 1998 r. Z Buzkiem miał dobre porozumienie – co być może miało związek z podobieństwem charakterów spokojnych ludzi, bezgranicznie zdumionych oczekiwaniami wyborców. Ten absolwent prawa na Katolickim Uniwersytecie Najświętszego Serca w Mediolanie studiował poza tym także w brytyjskiej London School of Economics. W wieku 24 lat niemal jednocześnie wstąpił do chadecji i został zatrudniony na uniwersytecie w Bolonii. Został też lokalnym radnym, ale wtedy jeszcze nauka wygrała z polityką i zrezygnował z mandatu, aby poświęcić się pracy na uczelni. Wykładał w USA – na Harvardzie i Stanford, pisał dla m.in. „Corriere della Sera”, miał też własny program o gospodarce w państwowej telewizji RAIUNO. Mając niespełna 40 lat, wszedł do polityki wydarzeniem, które położyło cień na całej jego karierze. Wraz z paroma kolegami naukowcami przekazał wskazówki, które pozwoliły policji dotrzeć do kryjówki, w której przetrzymywano, następnie zamordowanego przez lewackie Czerwone Brygady, byłego premiera Włoch Aldo Moro. Skąd miał tę wiedzę? Oznajmił, że uzyskał je podczas… seansu spirytystycznego! Wypomina mu się to do dzisiaj. Od lat 90. XX w. mniej lub bardziej głośno oskarżano Romana Prodiego o współpracę z KGB. Miało to potwierdzać wywiezione na Zachód w 1992 r. tzw. archiwum Mitrochina. Zdaniem niektórych włoskich badaczy wersję współpracy jedenastego w dziejach szefa Komisji Europejskiej z sowieckimi służbami miał przed swoją nagłą śmiercią potwierdzić Aleksander Litwinienko.

W czwartym rządzie Giulia Andreottiego Prodi pierwszy raz został ministrem – przemysłu, handlu i rzemiosł. Odpowiadał we Włoszech za prywatyzację i mienie państwowe (w latach 1982–1989 oraz 1993–1994). Pracował w koncernie Unilever, którego głównym klientem był bank Goldman Sachs. Niedługo potem, już jako osoba odpowiedzialna za włoską prywatyzację, sprzedał jedną z państwowych firm spożywczych Unileverowi przy współpracy z Goldman Sachs. Media oskarżyły go o konflikt interesów, a prokurator Giuseppa Geremia stwierdziła, że są podstawy do przedstawienia będącemu w tym czasie po raz pierwszy premierem Włoch Prodiemu zarzutów. Zaraz potem przeniesiono ją na Sardynię, a postępowanie umorzono.

AntyBerlusconi

Prodi był „antyBerlusconim” i dwukrotnie stał na czele koalicji, która miała nie dopuścić do władzy centroprawicowej Forza Italia. Był patronem wielkiego bloku, od chadeków – których politycznie nie „połknął” trzykrotny premier Italii Berlusconi – aż po komunistów. Obalono go pięcioma głosami w Camera dei deputati (izba niższa włoskiego parlamentu) w 2008 r. poprzez wotum nieufności. Tyle że natychmiast, przez kolejne sześć lat, był wysyłany w imieniu Sekretarza Generalnego ONZ z różnymi misjami pokojowymi do Afryki.

Po sześciu latach od pierwszego spotkania z Romanem Prodim w Rzymie, zacząłem regularnie spotykać – w Brukseli i Strasburgu – jego brata, europosła Vittoria Prodiego: mniejszego, chudszego i mniej kontrowersyjnego.

Przy całym moim krytycyzmie wobec całkowicie bezbarwnego szefa Komisji Europejskiej (od września 1999 r. do listopada 2004 r.) – a końcówka jego urzędowania przypadła na pierwsze miesiące mojej obecności w europarlamencie – muszę powiedzieć, że jeden element jego życiorysu budzi u mnie sympatię. Otóż Romano Prodi był w młodości kolarzem i jeździł z takimi asami jak Belg Edi Merckx czy rodak szefa KE Mario Cipollini. Tyle że jako 11. przewodniczący KE nie zasłynął bynajmniej kolarskim przyspieszeniem, wręcz przeciwnie.

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...
Tagi

Teraz Cud nad Wisłą

  

Trwają obchody stulecia Niepodległości. Czy nie byłoby pięknie zwieńczyć ich odpowiedniej rangi pomnikiem zwycięstwa nad bolszewikami?

Za nami 11 listopada. Obchody stulecia Niepodległości jednak trwają. W końcu pełny kształt granic musieliśmy wykuwać na drodze kolejnych powstań – wielkopolskiego i śląskich, plebiscytów i wreszcie wojny z bolszewikami. Tak naprawdę właśnie starcie z bolszewizmem stanowi tego procesu niepodległościowego kulminację. Już za niecałe dwa lata setna rocznica Bitwy Warszawskiej. Czy mamy na to jakiś pomysł, jakiś plan? Bo o ile 100. rocznica odzyskania naszej Niepodległości to – mimo naszych najszczerszych chęci – wydarzenie czysto polskie, „lokalne”, o tyle Cud nad Wisłą i jego upamiętnienie może być przecież polem do opowiadania w perspektywie szerszej. Na przeszkodzie staje oczywiście polityczna niechęć do uderzenia w rosyjskie mity o odwiecznej potędze oraz fakt, iż intelektualne elity europejskie w przeważającej mierze są lewicowe (trudno się dziwić zresztą – lewicowe kadry uniwersytetów wypuszczają co rok w świat rzesze intelektualistów ukształtowanych według politycznie poprawnych wzorców). Co za tym idzie – brukselscy urzędnicy i komisarze unijni chętniej by składali wieńce pod pomnikiem Marksa niż pod monumentem poświęconym bohaterom walki z komunizmem. By jednak tę drugą możliwość w ogóle rozpatrywać, najpierw musi ona „zaistnieć w przyrodzie”. Napiszę po raz nie wiadomo który – nie mamy w Polsce pomnika, mauzoleum o odpowiedniej skali i wadze bitwy, która uchroniła zachodni świat przed komunistyczną zagładą. Fakt, że go nie mamy, to wstyd i błąd z punktu widzenia naszej polityki historycznej. Trwają obchody stulecia Niepodległości. Czy nie byłoby pięknie zwieńczyć ich odpowiedniej rangi pomnikiem zwycięstwa nad bolszewikami? Łukiem Triumfalnym, o który walczy Towarzystwo Patriotyczne? Oby tak właśnie się stało!

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl