Wchodzi w życie Konstytucja Biznesu. Przedsiębiorców czekają spore zmiany

/ rawpixel; pixabay.com / Creative Commons CC0

  

Co nie jest prawem zabronione, jest dozwolone, domniemanie uczciwości przedsiębiorcy, przyjazna interpretacja przepisów - to główne zasady Prawa przedsiębiorców - kluczowej ustawy Konstytucji Biznesu, która wchodzi w życie 30 kwietnia. Ponadto zgodnie z zapisami ustawy początkujący przedsiębiorcy będą zwolnieni z obowiązku płacenia składek na ubezpieczenia społeczne przez pierwsze pół roku wykonywania działalności.

Dotychczas początkujący przedsiębiorca musiał ponosić wszystkie obciążenia publicznoprawne związane z działalnością gospodarczą, które często przewyższały początkowe przychody firmy. Prawo przedsiębiorców wychodzi naprzeciw początkującym przedsiębiorcom i przyznaje im tzw. ulgę na start w pierwszych 6 miesiącach wykonywania działalności.

- Punktem wyjścia był w tym przypadku stosunkowo niski odsetek przeżywalności polskich firm, a dokładnie działalności gospodarczych prowadzonych na podstawie wpisu do Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej - przypomnina wiceminister przedsiębiorczości i technologii Mariusz Haładyj.

Ulga na start to brak obowiązku opłacania składki na ubezpieczenia społeczne przez 6 miesięcy dla osoby fizycznej rozpoczynającej działalność gospodarczą albo podejmującej taką działalność ponownie po upływie co najmniej 60 miesięcy od dnia jej ostatniego zawieszenia lub zakończenia. Ulga na start jest dobrowolna. Oznacza to, że przedsiębiorca przez ten 6-miesięczny okres nie musi opłacać składek na ubezpieczenia społeczne. W tym czasie nie będzie podlegał ubezpieczeniom z tytułu pozarolniczej działalności (może natomiast podlegać ubezpieczeniom z innych, równoległych tytułów, np. z umowy o pracę). W każdej chwili przedsiębiorca może jednak zrezygnować z ulgi na start i dokonać zgłoszenia do ubezpieczeń społecznych. Może też zdecydować, że od pierwszego dnia działalności gospodarczej będzie opłacał składki i podlegał ubezpieczeniom społecznym z tytułu tej działalności.

- Ulgę na start wraz z działalnością nierejestrową i już obecnie obowiązującym przez pierwsze dwa lata funkcjonowania firmy +małym ZUS-em+ należy widzieć łącznie. Dajemy czas na rozruch, „pas startowy” - 2,5 roku najpierw zerowego, a potem obniżonego świadczenia. Statystyki pokazują, że to jest najtrudniejszy okres dla firm, najwięcej z nich w tym czasie upada. Jak firma przetrwa ten okres 2,5-3 lat, to jej szansa na utrzymanie się na rynku znacząco wzrasta – tłumaczył wiceminister Haładyj.

Jak przypomniał wiceszef MPiT, przedsiębiorca, również ten, który skorzysta z ulgi na start, ma nadal obowiązek opłacania składki na ubezpieczenie zdrowotne. Ulga obejmuje tylko składki na ubezpieczenia społeczne, czyli ubezpieczenie emerytalne i rentowe, chorobowe oraz wypadkowe.

- Te 6 miesięcy to nie jest okres, który zrujnuje przyszłe świadczenia emerytalne. Poza tym nowe prawo daje przedsiębiorcom wybór. To przede wszystkim rozwiązanie dla tych, którzy nie są pewni przychodów i w tym pierwszym, najtrudniejszym dla firmy okresie wolą nie opłacać nawet małego ZUS-u z tytułu prowadzonej działalności, bo przykładowo mają inny tytuł do ubezpieczeń społecznych - konkludował Haładyj.

To jednak nie jedyne zmiany, które czekają przedsiębiorców wraz z wejściem w życie Konstytucji Biznesu.

-  Prawo przedsiębiorców to swoista karta praw podstawowych przedsiębiorcy. W jednym akcie zebrane są podstawowe zasady wykonywania działalności gospodarczej, gwarancje i uprawnienia przedsiębiorców, szczególnie w relacji z administracją. Dzięki zasadom ogólnym Prawa przedsiębiorców nastąpi praktyczne urzeczywistniane wartości, na których opiera się Konstytucja Biznesu – tłumaczy wiceminister Mariusz Haładyj.

Opisując Prawo przedsiębiorców, tłumaczył, że to podstawowy akt prawa gospodarczego, w którego centrum jest przedsiębiorca i jego uprawnienia.

- W sposób systemowy, jasno i zwięźle określa fundamenty ustroju gospodarczego Polski w duchu wolności działalności gospodarczej. Dzięki temu przedsiębiorca w swojej ustawie ma zgromadzony podstawowy katalog praw i gwarancji, żeby w poszczególnych postępowaniach mógł odwołać się do +swojej+ ustawy. To ułatwi przedsiębiorcom dochodzenie ich praw. Nie będą musieli poszukiwać argumentów w abstrakcyjnych normach Konstytucji RP, w opasłych tomach orzecznictwa czy w publikacjach ekspertów z dziedziny prawa gospodarczego - mówił Haładyj.

Na pytanie, jak w praktyce rozumieć zasadę: co nie jest prawem zabronione, jest dozwolone, odpowiedział, że oznacza ona, że każdy przedsiębiorca ma wolność wykonywania działalności gospodarczej, a administracja nie może ograniczać jego swobody bez jednoznacznej podstawy prawnej.

- Jeżeli prawo czegoś nie wymaga albo nie zakazuje, to nie można przedsiębiorcy odmówić dokonania określonej czynności czy ukarać go za podejmowane działania – tłumaczył wiceminister.

Jak dodał, Prawo przedsiębiorców potwierdza, że podejmowanie, wykonywanie i zakończenie działalności gospodarczej jest wolne dla każdego na równych prawach. Każdy może zatem swobodnie zadecydować, czy chce rozpocząć i wykonywać działalność gospodarczą. Ograniczenia tej swobody mogą wynikać jedynie z wyraźnych, jednoznacznych przepisów prawa.

Źródło: niezalezna.pl, PAP

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Miliardy stracone dla polskiego przemysłu zbrojeniowego

/ Capri23auto

Piotr Nisztor

Dziennikarz śledczy „Gazety Polskiej i „Gazety Polskiej Codziennie”. W Telewizji Republika jest gospodarzem programu „Rozmowa ściśle jawna”.

Kontakt z autorem

  

Pierre Dadak, spektakularnie zatrzymany dwa lata temu przez hiszpańskie służby specjalne, za rządów PO-PSL był bliski zdobycia dla Polski opiewającego nawet na miliard złotych kontraktu zbrojeniowego w Kolumbii. Działania zostały jednak storpedowane, a dokumenty na ten temat… zniknęły – ustaliła „Gazeta Polska”.

14 lipca 2016 r. o godz. 5 rano do jednej z najbardziej okazałych willi na Ibizie, położonej tuż przy samej plaży, wkracza ponad 100 funkcjonariuszy hiszpańskich służb specjalnych. Celem jest mieszkający tam multimilioner – 40-letni Pierre Konrad Dadak, francuski biznesmen polskiego pochodzenia zajmujący się m.in. handlem nieruchomościami i bronią. Zarzuty: kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą, pranie brudnych pieniędzy. Jednak media elektryzuje przede wszystkim informacja, że Dadak, który w przeszłości współpracował z polskim państwowym gigantem zbrojeniowym Bumar (obecnie Polski Holding Obronny), miał być zamieszany w próbę sprzedaży czołgów, wyrzutni rakiet i kałasznikowów do objętego embargiem Sudanu Południowego.

Wraz z nim w ręce hiszpańskich organów ścigania wpadło osiem innych osób. Wszyscy trafili do aresztu. Półtora roku później Dadak wyszedł na wolność po wpłaceniu 30 tys. euro kaucji. Ze śledztwa „GP” wynika, że w aktach hiszpańskiego dochodzenia nie ma informacji, które wskazywałyby na jakikolwiek udział Dadaka w próbie sprzedaży broni do Sudanu. Do transakcji nigdy zresztą nie doszło. Tymczasem z dokumentów, do których dotarliśmy, wynika, że jego problemy rozpoczęły po tym, jak próbował sprzedać polskie uzbrojenie do Afryki i Ameryki Południowej. Tylko na przygotowywanym przez niego kontrakcie w Kolumbii polska firma mogła zarobić nawet miliard złotych. Do transakcji jednak nie doszło, a materiały na ten temat w tajemniczych okolicznościach zniknęły ze spółki. „GP” udało się jednak dotrzeć do tych dokumentów.

Komu zależało na storpedowaniu intratnego kontraktu dla polskiej zbrojeniówki? Dlaczego hiszpańskie organy ścigania tak bardzo zainteresowały się architektem tej niedoszłej transakcji? „GP” ujawnia prawdziwą historię francuskiego handlarza bronią.

Z wizytą na Ibizie

Ibiza. To właśnie na tej słynącej z nocnego życia wyspie spotykam się w niewielkim hotelu z Pierrem Dadakiem. To pierwsza jego rozmowa z dziennikarzem od momentu zatrzymania. Kilka miesięcy temu opuścił madrycki areszt. Ma zakaz opuszczania Hiszpanii. Na spotkanie ze mną przyjeżdża granatowym Fiatem 500. Jego luksusowe auta (lamborghini, rolls-royce, mercedes, bentley i ferrari), których zdjęcia po zatrzymaniu znalazły się w mediach, stoją na policyjnym parkingu. Zabezpieczony jest cały jego majątek. Pytam o opisywaną przez media próbę sprzedaży broni do Sudanu Południowego, niewielkiego afrykańskiego kraju objętego embargiem Unii Europejskiej. – Nigdy nie sprzedałem, a nawet nie rozmawiałem o sprzedaży tam jakiejkolwiek broni – przekonuje Dadak. 

Jednak tuż po jego zatrzymaniu hiszpański dziennik „El Espanol” pisał, że o próbie przeprowadzenia nielegalnej transakcji miał świadczyć e-mail, w którym Francuz rzekomo oferował sprzedaż do Sudanu Południowego 200 tys. kałasznikowów, wyrzutnie rakiet i czołgów. Sprawa znalazła się też w raporcie ekspertów dotyczącym Sudanu Południowego, jaki 13 kwietnia 2017 r. – dziewięć miesięcy po zatrzymaniu Francuza – trafił na biurko szefa Rady Bezpieczeństwa ONZ. Według relacji dwóch osób (nazwisk w raporcie nie podano) „grupa Dadaka” w styczniu 2014 r. rozmawiała w Dakarze o sprzedaży uzbrojenia. 

– Nie było żadnych e-maili ani tym bardziej spotkań. Nie mam pojęcia, skąd te doniesienia. Mogę domniemywać, że skoro usłyszałem zarzut prania brudnych pieniędzy, to śledczy muszą teraz udowodnić, że pochodzą one z handlu narkotykami lub bronią. Z narkotykami nie mam nic wspólnego. Zajmowałem się doradztwem przy sprzedaży uzbrojenia. Wszystko było oficjalne i legalne

– podkreśla Dadak.

Syn emigrantów z Polski

W dokumencie ONZ nie podano żadnych szczegółów. Widniejące tam ilości uzbrojenia, które rzekomo próbowano sprzedać do Sudanu, poważnie różnią się od medialnych doniesień. Z kolei sam Francuz został błędnie określony jako „oficer polskiej armii”. Faktycznie Dadak przedstawiał się jako „colonel” (pułkownik). – Jeśli już, to podpułkownik – prostuje. „Ale jakiej armii?” – dopytuję. Nie chciał jednak odpowiedzieć.

Dadak urodził się w 1976 r. w Paryżu w rodzinie polskich emigrantów. Jego ojciec był inżynierem, absolwentem Politechniki Warszawskiej, matka skończyła Akademię Sztuk Pięknych. Dadak wychował się w Paryżu, ale bardzo dobrze mówi po polsku. W stolicy Francji zdał maturę i uczęszczał na studia. Studiował też w USA. Potem pracował w kilku amerykańskich koncernach z branży elektronicznej i IT. Nie chce zdradzić, jak zaczął zbrojeniowy interes. 

W postanowieniu o przedstawieniu zarzutów Francuzowi nie ma słowa o nielegalnym handlu bronią.

Dotyczą one zorganizowanej grupy przestępczej, korumpowania policjanta, kierowania gróźb oraz wyprania kilku milionów euro. Dadak nie przyznaje się do winy. Twierdzi, że pieniądze, których pochodzenie podważają hiszpańscy śledczy, to środki, jakie przeznaczył na zakup w 2010 r. willi na Ibizie. – Przy okazji transakcji były one przez kilka tygodni zabezpieczone na moim koncie w Santanderze. Zostały zwolnione, bo okazało się, że nie ma wątpliwości co do ich pochodzenia – podkreśla Dadak. 

Skąd miał te pieniądze? – W 2008 r. zacząłem współpracować z jednym z najbogatszych polskich biznesmenów. Pomagałem mu w interesach w Ameryce Południowej. Dzięki mnie podpisał bardzo intratne kontrakty w sektorze energetycznym – mówi Francuz. Twierdzi, że w ten sposób w latach 2008–2011 zarobił ponad 5 mln euro.

Kim był biznesmen, z którym współpracował Dadak? „Jan Kulczyk? Ryszard Krauze?” – pytam. – Nie mogę powiedzieć – ucina.

Po jego zatrzymaniu śledztwo w sprawie nielegalnego handlu bronią wszczął też Podkarpacki Wydział Zamiejscowy Prokuratury Krajowej w Rzeszowie. Polscy śledczy od półtora roku czekają na realizację przez Hiszpanów wniosku o pomoc prawną. – Nie wiem, co mają przekazać do Polski, skoro w śledztwie nie ma nic o Sudanie. Podczas przesłuchań nigdy mnie nawet o to nie zapytano – podkreśla Dadak.

Córka generała i były francuski polityk

Hiszpańscy śledczy zaczęli rozpracowywać Dadaka w styczniu 2014 r. Założono wówczas podsłuch na jego francuskiej komórce oraz rozpoczęto obserwację willi. Jeden z rozmówców „GP” związanych ze służbami specjalnymi upatruje faktyczne powody tych działań w rozgrywkach europejskich służb specjalnych o kontrakty zbrojeniowe. – Dadak miał bardzo dobre relacje w niektórych krajach na świecie. Był zresztą bliski załatwienia Bumarowi prestiżowego kontraktu w Kolumbii, co nie podobało się m.in. Francuzom i Rosjanom – przyznaje. Czy faktycznie Dadak mógł paść ofiarą międzynarodowych rozgrywek? 

„GP” przyjrzała się pracy Francuza dla Bumaru. Formalnie umowę o współpracy zawarł 8 stycznia 2010 r. Pod dokumentem znajdują się podpisy dwóch ówczesnych wiceprezesów Bumaru: Cezarego Szczepańskiego i Dariusza Dębowczyka. W tym czasie prezesem przedsiębiorstwa był Edward Nowak.

Tymczasem Francuz otrzymał adres e-mail z rozszerzeniem „bumar.com”, a 16 czerwca 2010 r. oficjalne pełnomocnictwo do reprezentowania spółki w rozmowach z Kolumbią. Wraz z Didier Schuller (byłym francuskim deputowanym i członkiem partii RPR, bohaterem jednego z największych skandali korupcyjnych we Francji) nawiązał współpracę z Norą Tapias, córką gen. Fernando Tapiasa, jednego z najbardziej wpływowych ludzi w Kolumbii. Ten urodzony w 1943 r. wojskowy należał do zaufanego grona prezydenta Alvaro Uribe (sprawował urząd w latach 2002–2010). Przez dwa lata był ministrem obrony narodowej. Tapias zmarł we wrześniu 2015 r. 

Czołgi, Rosomaki, Spike’y i Kobra

„GP” dotarła do e-maili wymienianych przez pracowników Bumaru, Dadaka i córkę kolumbijskiego wojskowego. Wynika z nich, że podpisanie kontraktu na dostawy polskiego uzbrojenia było bardzo realne. Kilka razy przedstawiciele polskiej firmy odwiedzili Kolumbię. Z kolei w dniach 20–26 listopada 2010 r. Polskę odwiedziła delegacja Kolumbii, której jednym z członków był gen. Tapias.

Delegacja spotkała się z przedstawicielami MSZ, MON i Ministerstwa Skarbu. Wzięła również udział w pokazie czołgu T-91 zorganizowanym przez Bumar Łabędy. „GP” ustaliła, że bilety lotnicze opłaciła Kolumbijczykom polska firma. Z kolei pobyt w warszawskim hotelu Intercontinental – Dadak. 

Przedstawiciele Bumaru byli zadowoleni. Tym bardziej że Kolumbia w latach 2011–2015 miała specjalny fundusz na modernizację armii opiewający na 5,5 mld dol. Wszystko ze względu na napięte relacje z Wenezuelą. Kolumbijscy wojskowi byli zainteresowani wydaniem część tych pieniędzy na czołgi T-91, Rosomaki, rakiety Spike i system przeciwlotniczy krótkiego zasięgu Kobra.

Szacowano, że w zależności od decyzji Kolumbii kontrakt mógłby opiewać nawet na miliard złotych.

Miesiąc po wizycie delegacji z gen. Tapiasem – 19 grudnia 2010 r. – Bumar zaczął naciskać na MSZ, aby przesłało pismo do kolumbijskich sił zbrojnych z zapewnieniami „o dużym zainteresowaniu i braku politycznych przeszkód do oferowania” sprzętu. 

W styczniu i lutym 2011 r. nastąpiła ożywiona wymiana e-maili między Bumarem i MSZ m.in. w sprawie oferty offsetowej. Doszło też do kolejnych spotkań przedstawicieli polskiej firmy z przedstawicielami rządu i armii Kolumbii. Mimo zaawansowanych rozmów do zawarcia kontraktu nie doszło. – Bumar nie chciał założyć tam biura. Z kolei w polskiej ambasadzie w Kolumbii nie było attaché wojskowego. Najbliższy znajdował się w Brazylii. Chciałem nawet zapłacić, aby wszystko zorganizować, ale poinformowano mnie, że nie mogę tego zrobić – tłumaczy Dadak, który współpracę z Bumarem zakończył w grudniu 2012 r. Dodaje, że jego zdaniem ktoś w Polsce specjalnie doprowadził do storpedowania tego kontraktu.

Konto na Instagramie i FB

Wokół kolumbijskiej sprawy cały czas jest wiele tajemnic. Z ustaleń „GP” wynika, że z Bumaru zniknęły dokumenty związane z niedoszłym kontraktem z Kolumbią. – Pamiętam temat Indii, Malezji, Peru, ale Kolumbii w ogóle nie – przyznaje w rozmowie z „GP” Krzysztof Krystowski, który w kwietniu 2012 r. (kilka miesięcy po kolumbijskim fiasku) zastąpił na fotelu prezesa Bumaru Edwarda Nowaka. To, że tych dokumentów nie było w spółce, potwierdził w rozmowie z „GP” także inny członek zarządu PHO. Zresztą w połowie 2013 r. spółka skierowała zawiadomienie do prokuratury w sprawie sfałszowania pełnomocnictwa spółki, na które próbowano wyłudzić kilkadziesiąt tysięcy dolarów za usługi hotelowe i przeloty samolotem. Podejrzewała, że mógł za tym stać Dadak. Nie potwierdzono tego. Śledztwo umorzono, nie wyjaśniając, kto dokonał fałszerstwa. Jednak w tym czasie okazało się, że Francuz miał nie spłacić karty kredytowej, a także zaciągniętego kredytu. Za każdym razem organy ścigania rozkładały ręce, bo nie mogły ustalić miejsca jego pobytu. – Nigdy się nie ukrywałem. Od lat prowadzę konto na Instagramie i Facebooku. Znany był też mój adres na Ibizie – podkreśla Dadak. Twierdzi, że nigdy nic nie wyłudził, a kartę kredytową spłacił. Nie wie, dlaczego bank miał wobec niego roszczenia. „A fałszywe faktury?” – pytam.

– To była próba zdyskredytowania mnie przez jednego z konkurentów, który chciał zająć moje miejsce w polskiej spółce. Przecież nigdy z Bumaru nie dostałem ani grosza! Na wyjazdy, hotele i spotkania sam wydałem jakieś pół miliona euro.

O kulisy współpracy Bumaru z Dadakiem chcieliśmy zapytać ówczesnego szefa spółki Edwarda Nowaka. Nie odbierał jednak telefonu komórkowego. Nie odpowiedział też na SMS. Wcześniej, pytany przez media o Dadaka, zasłaniał się niepamięcią.

Źródło: Gazeta Polska

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl