Wiosenna histeria

Znów wszyscy mają kłopoty, ale PiS jakby trochę mniejsze. Przynajmniej na razie. Oto po udanej konwencji i interesujących zapowiedziach, które spotkały się z pozytywnym odzewem społecznym, „sprawdzam” powiedzieli znani już dobrze politykom rodzice osób niepełnosprawnych. 

I jak w 2014 r. pojawili się w Sejmie, wprawiając w konfuzję sporą część komentatorów. Dla jednych znów stali się oni całkiem nieźle prosperującymi naciągaczami i szantażystami. Inni widzą w nich ludzi nieszczęśliwych, potrzebujących pomocy, których niespełniane latami obietnice doprowadziły do całkowitej desperacji. 

Duda niczym Tusk (ale lepiej)

Ironią losu, jak to często bywa, role i wypowiadane w nich kwestie całkowicie się odwróciły. Największymi obrońcami są więc ci, którzy wcześniej sami bronili się przed moralnym szantażem i presją, a dziś przegrywają zaś ze zbyt dobrą pamięcią obserwatorów polityki. W sytuacji kłopotliwej są jednak zwłaszcza rządzący, bo nawet skrajnie cyniczne wykorzystywanie protestów jest prawem każdej opozycji. Oczywiście trudno patrzeć bez wzburzenia na zwolenników aborcji eugenicznej pochylających się nad losem ludzi zawdzięczających życie wyłącznie temu, że ich postulaty nie doczekały się realizacji. Niemniej obecni w Sejmie rodzice zapamiętali, że politycy Prawa i Sprawiedliwości, wówczas w opozycji, obiecali im wsparcie, pomoc i wysłuchanie. A skoro się tego, w swoim odczuciu, nie doczekali, przyszli niejako po swoje.

I, jak przychodzący po swoje, poczuli się na tyle pewnie, że ułatwili zadanie swoim świeżym krytykom. Odmowa prowadzenia rozmów w Centrum Dialogu, brak chęci wysłuchania przedstawicieli rządu, łącznie z osobami decyzyjnymi, których obecności przecież żądano, czy dziwne nagranie, na którym jeden z niepełnosprawnych mężczyzn grozi minister Rafalskiej – wszystko to powoduje, że rodzice z Sejmu tracą część społecznej sympatii. Niezależnie jednak od tego, czy i na ile ich pojawienie się w Sejmie motywowane było politycznie, PiS musi sprawę załatwić. Zapewne przy współudziale prezydenta, który postanowił wykorzystać sprawę wizerunkowo i niczym polityczny superman pojawić się tam, gdzie są kłopoty, i sprawę nierozwiązywalną – rozwiązać. 

Czy pomógł kolegom, czy wręcz przeciwnie – tylko sobie, ale ich kosztem? Tu zdania są podzielone. Na pewno Andrzej Duda pochylający się nad problemem osób niepełnosprawnych i ich opiekunów korzystnie odróżnia się od Donalda Tuska. Gdy na każdym kroku możemy usłyszeć, jak znakomicie Tusk „rozegrał” sprawę cztery lata temu, warto przypomnieć sobie nagranie, na którym tłumaczy, że „pieniędzy nie ma i nie będzie”, a jedna z protestujących kobiet każe mu w tej sytuacji zrezygnować z wygodnego fotela i przestać się kompromitować. Skoro zaś mówi się nam, że Tusk wówczas sprawę przecież załatwił, pojawia się pytanie, co w takim razie spowodowało obecne protesty? Przecież rząd Prawa i Sprawiedliwości nie odebrał tej grupie społecznej żadnych przywilejów.

Staszek siedzi, w Gdańsku wiecują

Ale Donald Tusk ma dziś na głowie inne problemy. Tekst ten piszę jeszcze przed planowanym na poniedziałek przesłuchaniem Tuska w prokuraturze, które zapowiada się dla niego wyjątkowo ciężko. Były premier czuje, że czekają go kłopoty, próbuje więc wykreować wokół siebie odpowiednią atmosferę, która ma mu pomóc uratować skórę, a potem wrócić do władzy w Polsce. Jak podała korespondentka RMF FM, Tusk rozpowiadać ma w Brukseli, że PiS aresztuje zarówno jego, jak i jego syna. Nawet jeśli ta informacja akurat się nie potwierdzi, wiadomością pewną jest list Michała Boniego, który po zatrzymaniu swojego partyjnego kolegi pisał m.in.: „Areszt dla Stanisława Gawłowskiego to cios dla demokracji i poszanowania prawa w Polsce”. Wiosną więc zamiast wody wylewa się histeria. 

Żona aresztowanego działacza na Twitterze zamieszcza ciepłe rodzinne zdjęcie i opatruje je wyciskającym łzy komentarzem: „Mój wspaniały mąż Stanisław Gawłowski. Mądry, dobry człowiek. Tak niedawno bawił się beztrosko z wnukiem, a dzisiaj jest krzywdzony przez władzę we własnym kraju. Tylko dlatego, że jest opozycyjnym posłem”. 

Jak wiemy, Tuska zastąpiła z wiadomym skutkiem Ewa Kopacz, a później Grzegorz Schetyna. Zamiast Gawłowskiego natomiast, choć na razie tylko jako pełniący obowiązki, pojawia się Robert Tyszkiewicz, wcześniej odpowiedzialny za przegranie skazanej ponoć na sukces kampanii wyborczej Bronisława Komorowskiego.

Opozycja próbuje więc wykreować poczucie zagrożenia terrorem politycznym. Dla lepszego efektu terror ten maluje coraz częściej na brunatno. W Gdańsku wiec antyfaszystowski zwołał prezydent Paweł Adamowicz, protestując tym samym przeciwko przemarszowi ONR-u, na który wcześniej… dał zgodę. Jednak nie kontrowersyjny włodarz Gdańska został bohaterem tej imprezy, show skradł mu bowiem młody człowiek, który wykonując przy tym kojarzące się raczej z drugą stroną gesty, krzyknął „Kocham Was, j…ć Kaczyńskiego!”. Co prawda chwilę potem musiał się pożegnać z mikrofonem, ale nie odnotowano oburzenia organizatorów. Cóż, młody człowiek powiedział tylko to, co po rosyjsku wcześniej z dumą obnosił w klapie Władysław Frasyniuk. 
W Gdańsku, gdzie szykuje się bratobójcza walka, Adamowicz musi starać się przekonać mieszkańców, że właśnie on obroni miasto przed przeciwnikami, takimi jak narodowcy, lecz przede wszystkim rząd w Warszawie czy obecne władze Muzeum II Wojny Światowej. 

Bój o Warszawę

W Warszawie z dawnego obozu Hanny Gronkiewicz-Waltz również spodziewać się należy dwóch kandydatów, start poza Rafałem Trzaskowskim ogłosi bowiem prawdopodobnie również Jacek Wojciechowicz. Choć zapewne ta kandydatura zaowocuje wypłynięciem różnych ciekawych papierów, głównym przeciwnikiem Trzaskowskiego będzie jednak kandydat PiS-u. Wciąż nie mamy oficjalnego potwierdzenia, czy będzie nim Patryk Jaki, czy partia zdecyduje się jednak na Michała Dworczyka. Jednak reakcje na przeciek głoszący, że kandydatura tego pierwszego jest już pewna, powinny być dla PiS-u ostatecznym argumentem, by zdecydować się na polityka, który, choć pochodzi z koalicyjnego ugrupowania, ma największe szanse na stoczenie pojedynku w Warszawie. Te były zaś na ogół bardzo dobre. 

Obaj kandydaci PiS-u w pierwszej turze mają szanse na całkiem przyzwoity wynik dzięki własnemu elektoratowi. Jednak wciąż jest to materiał jedynie na „mocne drugie miejsce”. 

Warto odnotować, że wraz z ogłoszeniem kandydatury Trzaskowskiego powrócił, tym razem na Twitterze, Michał Pretm, kilka lat temu autor słynnego bloga „Bufetowa Watch”, poświęconego w całości rozliczaniu warszawskiego ratusza z wyborczych obietnic i późniejszych działań. Publikowane przez niego materiały powinny być pilnie śledzone przez sztab kandydata PiS-u, ponieważ jak na razie to on najmocniej i najcelniej punktuje Rafała Trzaskowskiego i jego zaczętą bardzo wcześnie kampanię wyborczą.
 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Przywrócić Gdańsk

Tożsamość Gdańska tworzyła się po roku 1945. I tak jak do Wrocławia ściągnął Lwów, tak do Gdańska ściągnęły Wilno i Grodno.

Do ludzi napływających na Pomorze z Kresów północno-wschodnich trzeba dodać Polaków z reszty kraju, ale i Polonię gdańską – tym mianem bym określił tych Polaków, którzy walczyli o polskość miasta w czasach III Rzeszy. Symbolem tej polskości była historia Poczty Polskiej, a z pomnikiem upamiętniającym jej obrońców wiązał się ciekawy epizod. Na murku, na którym stoi monument, jest odbity stempel Poczty Gdańskiej, a na nim orzeł w koronie. Za komuny był to jedyny pomnik z orłem w koronie w Gdańsku, więc my prowadziliśmy wycieczki do tego miejsca, pokazując godło z symbolem niepodległości. Spotykało się to z wybuchem entuzjazmu, ludzie nam dziękowali za to, co było czymś więcej niż ciekawostką, był to paradoks, że symbol obrony Gdańska z września 1939 r. pozostaje ważnym znakiem niepodległości także w czasach komunistycznych. 

Wolne Miasto Gdańsk było sztucznym tworem kompromisu pomiędzy różnymi międzynarodowymi organizacjami a interesami Niemiec – przecież ostatni raz Niemcy walczyli o Gdańsk w czasach krzyżackich. Zatem po II wojnie światowej społeczeństwo w Gdańsku tworzyło się na nowo, i to w warunkach specyficznych, bo nawet dla PRL miasto było oknem na świat. Znacząca część mieszkańców pracowała w żegludze i w pewien sposób miała kontakt także ze światem zachodnim i jakieś pojęcie o tym, jak wygląda życie na Zachodzie. 

Ale to, co zjednoczyło Polaków w Gdańsku, to był przemysł okrętowy. Stocznie okazały się polską dumą, gdy produkowały coraz lepsze statki, a do tego coraz piękniejsze. Powodem do dumy był już „Sołdek”, pierwszy po II wojnie światowej zbudowany całkowicie w Polsce statek. Ta duma nie wiązała się z osiągnięciami PRL, bo myśmy uważali, że nam się to udaje nie dzięki komunie, ale mimo jej, panowało też przeświadczenie, że gdyby nie ta komuna, nasze osiągnięcia byłyby jeszcze większe. 

Sukcesem gdańszczan była już sama odbudowa miasta ze zgliszcz nie tylko wojennych, ale i poza walkami, bo Armia Czerwona już po „wyzwoleniu” dołożyła swoje. Choć odbudowę komuniści przypisywali sobie, odrodzenie Gdańska było zasługą społeczeństwa. My jako uczniowie chodziliśmy do zniszczonych dzielnic miasta i tworzyliśmy łańcuch z ludzi, aby podawać sobie cegły ze stosów gruzu na podstawione wagony, które jechały na place odbudowy. 

Jeśli w tym kontekście spojrzymy na działania prezydenta Adamowicza, którego odwoływanie się do tradycji Wolnego Miasta Gdańska jest dla mnie odwoływaniem się do hitleryzmu, to jasno zobaczymy jego intencje. Nie życzymy sobie, żeby Adamowicz wyznaczał granice miasta na szosie Wolnego Miasta Gdańska, to jest realizowanie interesów przeciwko Polsce. Wszelkie uznanie dla czasów, gdy Gdańsk był pod patronatem niemieckim w okresie międzywojennym, a już zwłaszcza po nastaniu III Rzeszy, budzi powszechne oburzenie. 

Gdańsk był również ośrodkiem krystalizacji Solidarności, o której można już powiedzieć, że była największym ruchem społecznym w dziejach świata. Pozostaje więc zapytać, jak to się stało, że tak ukształtowane społeczeństwo, którego wartości pomogły powstać Solidarności, można było przerobić na matecznik Platformy Obywatelskiej – kierunku politycznego promującego stronę, z którą Solidarność walczyła? Jedyny sposób, w jaki potrafię sobie to wytłumaczyć, to intensywne działanie fachowych socjotechnik. Jeśli moja diagnoza jest słuszna, to znaczy, że jest to stan przejściowy, który można odwrócić.

Warto tu przytoczyć zapomniany epizod z początku lat 70., kiedy Edward Gierek zaplanował dla Gdańska reformy, które – jak na realia komunistyczne – dawały nadzieję na rozwój. Nie udało mu się jednak ich wprowadzić, bo nie pozwolił na to średni aparat partyjny. Jest to morał na tegoroczne wybory samorządowe. Samorządy są bowiem w stanie zablokować wiele dobrych pomysłów centrali. Dobry rząd nie wystarczy – trzeba jeszcze zmienić ten średni aparat urzędniczy.
 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl