Strach smoleński

Katastrofa smoleńska była największym sprawdzianem dla mediów po 1989 roku – testem w ogromnej mierze oblanym.

Autokompromitacja mainstreamu i środowiska dziennikarskiego była gremialna – i widoczna na kilku płaszczyznach. Tym, co można było zauważyć od pierwszego momentu po katastrofie, był strach przed rozliczaniem odpowiedzialnych za wizytę Lecha Kaczyńskiego w Katyniu i stworzenie warunków, w których tragedia ta była możliwa. Lęk podyktował lansowanie hasła „bądźmy razem”.

To stanowiło pierwszy odruch postkomunistycznego układu medialnego – uciszyć nastrój rozliczenia winnych. „Bądźmy razem” powtarzane na okrągło przez telewizję miało dawać ułudę zjednoczenia ze wszystkimi – także z tymi, którzy – jak Donald Tusk na życzenie Putina – odpowiadali za rozdzielenie wizyty prezydenta i premiera. Pamiętam ten nastrój z TVP, zarządzanej wtedy wprawdzie przez śp. Andrzeja Urbańskiego, ale wciąż z ogromną, faktyczną władzą postkomunistycznych dziennikarzy i redaktorów. Ich intencją było tworzenie przekazu wtedy z ich punktu widzenia idealnego – żadnych komentarzy, żadnych analiz tego, co się właściwie stało.

Żałobna muzyka, hasło „bądźmy razem” i nic więcej. Oczywiście to się nie udało w TVP, bo byli tam obecni dziennikarze, którzy realizowali programy nie po myśli mainstreamu. Potem niemal wszyscy w krótkim czasie stracili pracę, ponieważ wpływ na telewizję w pełni odzyskała postkomuna.

Podobnie jak wszystkie największe media, jej dziennikarze przykrywali rażącą arogancję rządu przy zabezpieczeniu tej wizyty, brak wystarczającej liczby samolotów, brak zapewnienia bezpieczeństwa na miejscu. Od pierwszych chwil platformerskie (postkomunistyczne)  środowiska medialne podejmowały działania, aby ukrywać prawdę. Obowiązywała najzwyklejsza na świecie cenzura. 

Był też inny strach – przed tłumami Polaków, którzy wyszli wtedy na ulice w tygodniu żałoby i aby oddać hołd Prezydentowi, stali dzień i noc w kolejce ciągnącej się od Pałacu Prezydenckiego przez całe Krakowskie Przedmieście aż do Kolumny Zygmunta. Ów strach (oraz zapewne najzwyklejsza chęć zysku) kazał tytułom opluwającym dotąd Lecha Kaczyńskiego i jego żonę publikować nagle – z godziny na godzinę – piękne zdjęcia obojga w specjalnych wydaniach gazet. To wtedy, pierwszy raz od lat, Polacy mogli zobaczyć parę prezydencką pokazaną prawdziwie. Pamiętam zażenowanie tą nagłą, gorliwą zmianą frontu i równoległą z nią próbę przywrócenia stanu sprzed katastrofy, czyli rozbicia wspólnoty Polaków, która wtedy się z tak wielką mocą objawiła. Udało się to postkomunie najpierw dzięki organizowaniu protestów przeciwko pochowaniu pary prezydenckiej na Wawelu, potem przy wzniecaniu i popularyzowaniu łajdactw na Krakowskim Przedmieściu wokół ustawionego tam przez harcerzy krzyża. Bo strach przed Polakami, którzy są zjednoczeni, postkomuna ma wpisany w DNA. 

No i był strach chyba największy – przed Moskwą. Nie wiem, jak tłumaczyć to, że kilka największych tytułów od pierwszych chwil po katastrofie stało się rosyjskimi tubami propagandowymi w Polsce.

Powtarzano dezinformacje, wprowadzano podobne chwyty związane z szumem informacyjnym, wrzucano te same kłamstwa. Na ile było to świadectwo istnienia w największych mediach – z publicznymi włącznie – rosyjskiej agentury wpływu? A na ile przejaw „tylko” realizowania wytycznych ówczesnej, sparaliżowanej lękiem przed Putinem, prokremlowskiej władzy PO-PSL? 

Uczestniczyli w tym dziennikarze TVP, Polsatu, TVN, radia Zet, RMF, tygodnika „Wprost”, Tok FM i wielu, wielu innych… To nie była tylko dezinformacja czy kłamstwa na temat samych okoliczności katastrofy, to była nagonka na wdowy i członków rodzin, którzy domagali się prawdy, powtarzanie za Kremlem oskarżeń wobec ofiar katastrofy i blokowanie możliwości ich publicznej obrony. W ciągu tych ośmiu lat nikt ze środowiska dziennikarskiego, powielającego rosyjską retorykę, nie powiedział „przepraszam”. A przecież chodziło nie o to, która partia czy polityk mają rację. Nie o zwykłą codzienną bijatykę medialną. Tylko o sprawy fundamentalne. O dążenie do prawdy wobec śmierci polskiej elity, o danie świadectwa. 

Kilku redakcjom – tym, które najdrastyczniej wtedy sprzeniewierzyły się zasadom nie tylko etyki dziennikarskiej, ale po prostu etyki – odmawiam rozmów do dziś. 
 

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Targowica walczy z demokracją

Mamy do czynienia z otwartą próbą zmiany ustroju w Polsce. Zamiast demokracji postkomuna – licząc na wsparcie zagranicy – usiłuje wprowadzić system rządów sprawowanych przez grupę sędziów (oraz liderów postkomunistycznych elit), niekontrolowanych demokratycznie. Mówiąc wprost, to starcie o demokrację w Polsce. Nie o jej kształt, lecz o nią samą.

Postkomuna, ludzie totalnej opozycji, to obóz, który mechanizmy demokratyczne usiłuje zdławić lub unieważnić – recytując przy tym raz po raz hasła „konstytucja” i „praworządność”, niczym pierwsi sekretarze w PRL i ich propagandyści. Często jej wybitni przedstawiciele są tymi samymi ludźmi, którzy legitymizowali reżim Jaruzelskiego – jak prof. Ewa Łętowska, powołana przez niego na fasadową wtedy funkcję rzecznika praw obywatelskich. 

Walka z wolą wyborców trwa od zwycięstwa obozu Dobrej Zmiany – totalna targowica w praktyce nie uznaje wyniku wyborczego i stara się różnymi metodami odebrać legitymację większości, która objęła rządy w 2015 r. Nieuznawanie wyników wyborów, próba odebrania prawa do dokonywanie reform i zmian przez partię, której wyborcy powierzyli rządy, jest działaniem wprost przeciw konstytucji i demokracji. Mówił o tym m.in. prezydent Andrzej Duda podczas swojego wystąpienia na 550-lecie polskiego parlamentaryzmu:

„Bo to naród jest suwerenem w Rzeczypospolitej. Obywatele wybierają swoich reprezentantów ze względu na ich postawy i przekonania. Dlatego nie można odmawiać zwycięskiej większości prawa do realizacji jej programu. Spełnianie zapowiedzi wyborczych jest nie tylko przywilejem, ale jest obowiązkiem względem obywateli. Podważanie tych zasad (…) podmywa fundamenty parlamentaryzmu i w żadnym przypadku nie służy dobru państwa i nie służy dobru społeczeństwa; łamie podstawowe zasady demokracji”. 

Tyle że postkomuna wcale nie uważa narodu za suwerena, powiedziano to zresztą oficjalnie. Prof. Małgorzata Gersdorf, przemawiając w Sejmie, oświadczyła, że „nie kto inny jest suwerenem, a konstytucja”, a „naród wypowiedział się w konstytucji”, i na tym w opinii elit systemu III RP kończy się rola narodu jako suwerena. Prof. Gersdorf, mówiąc to, dała świadectwo mentalności postkomunistycznego establishmentu, który w system III RP wprowadził bezpieczniki blokujące w razie klęski wyborczej wolę narodu. Jednym z takich bezpieczników był porządek medialny, który miał służyć interesom politycznym i biznesowym, kontrolujący rynek opinii i respektujący zasady cenzury – on runął dzięki internetowi i mediom niezależnym. 

Znacznie bardziej przewidywalne i konkretne były bezpieczniki ograniczające demokrację usytuowane w systemie sądownictwa. I tak Trybunał Konstytucyjny otrzymał moc uchylania każdej ustawy przegłosowanej przez parlament i zaakceptowanej przez prezydenta. Skład trybunału przynajmniej ma mandat demokratyczny – kolejnych sędziów wybierały kolejne parlamenty. Tak często przedstawiani w mediach postkomuny jako „niezależni” sędziowie TK byli nominatami partyjnymi: Andrzej Rzepliński czy Stanisław Biernat – PO, Ewa Łętowska czy Leszek Garlicki – SLD. 

Tymczasem sądownictwo, a przede wszystkim Sąd Najwyższy, było poza kontrolą demokratyczną. To dlatego tak wielu sędziów SN to członkowie dawnej PZPR i ludzie wywodzący się z sądownictwa komunistycznego – mandatu demokratycznego nie mają żadnego. I trzeba powiedzieć, że zasady demokratycznego państwa lekceważą. Sędziowie Sądu Najwyższego ogłosili, że zawieszają stosowanie przepisów ustawy, mimo że nie mają do tego żadnych prawnych czy konstytucyjnych podstaw. W obronie własnych stanowisk łamią konstytucję i odwołują się do zagranicy, licząc na pomoc. To próba unieważnienia decyzji wyborców z 2015 r. i zatrzymanie wolnościowych zmian, za którymi opowiedzieli się Polacy. Postkomuna do usankcjonowania tego zamachu na demokrację używa swoich stałych narzędzi – jej media niezwykle agresywnie (nawet jak na styl, do którego nas przyzwyczaiły) występują w obronie tego zamachu na państwo.    

Nie mam wątpliwości, że i tę próbę puczu przegrają. Jednak warto wiedzieć, że pod hasłami „w obronie wolnych sądów” i „konstytucji” kryją się w istocie siły niedemokratyczne, ludzie, którzy z demokracją otwarcie dziś walczą, którzy usiłują wszelkimi sposobami zdławić możliwość wolnego samostanowienia Polaków. Jest więc dokładnie odwrotnie, niż przedstawia się w mediach postkomuny i sufluje zachodnim tytułom – to PiS jest obozem demokratycznym, a totalna opozycja próbuje mechanizmy demokracji zablokować lub zneutralizować. 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl