Taki biznes tylko w państwie Tuska. Marcin P. rozkręcił Amber Gold, nie mając nic na koncie!

/ Filip Błażejowski/Gazeta Polska

  

Kariera od zera do milionera? Nic prostszego... Zwłaszcza w państwie Tuska. Jednoznacznie wskazują na to zeznania zastępcy prokuratora okręgowego w Łodzi, Izabeli Janeczek przed sejmową komisją śledczą ds. Amber Gold. Zeznająca już od kilku godzin prok. Janeczek ujawniła informacje na temat początków Amber Gold, które niejednego Czytelnika mogą wprawić w osłupienie.

Prokurator Janeczek po przekazaniu w październiku 2012 r. śledztwa w sprawie Amber Gold z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku do Prokuratury Okręgowej w Łodzi była jednym z referentów tej sprawy. Dziś już od kilku godzin zeznaje w charakterze świadka przed sejmową komisją śledczą badającą sprawę tej spółki.

W trakcie składania zeznań pojawił się niezwykle intrygujący wątek. Wiceprzewodniczący komisji Jarosław Krajewski z PiS zapytał, czy szef Amber Gold Marcin P. oraz jego żona Katarzyna P. posiadali środki na rozpoczęcie działalności spółki. Okazuje się, że nie mieli oni wówczas żadnego kapitału.

- Nie posiadali środków. Stan konta w momencie, kiedy rozpoczęli działalność gospodarczą, a dla nas był to moment, kiedy została przyjęta pierwsza wpłata na lokatę w metale szlachetne, czyli 19 października 2009 r., to stan ten był zerowy. Państwo P. nie mieli żadnego kapitału. Państwo P. pozyskali ten kapitał na podstawie pieniędzy, które zostały wpłacone następnie przez pokrzywdzonych. Spółka, jak ustaliliśmy, nigdy nie korzystała z żadnego rodzaju dotacji, subwencji, kredytów, pożyczek. Pożyczek udzielała samodzielnie, ale ze środków, które były wpłacane przez klientów spółki

– zeznała prok. Janeczek.

Poseł Krajewski dopytywał, czy łódzka prokuratura ustaliła, „z czyjej inicjatywy i jaki był cel, że Marcin P. przelewał środki klientów Amber Gold na darowizny dla ZOO w Gdańsku lub na produkcję filmu fabularnego o Lechu Wałęsie”. Chodzi o wydatki odpowiednio 3 mln zł na realizację filmu i 1,62 mln zł na domki dla gibonów i wybieg dla lwów.

- Świadkowie wskazywali, iż Marcin P. samodzielnie wyraził inicjatywę przekazania tych pieniędzy. Jak sobie przypominam, z gdańskim ZOO było tak, że państwo P. sami się zgłosili, żeby finansować te klatki dla gibonów (...). Myślę, że dla P. wszelkiego rodzaju kwestie, które pozytywnie wpłyną na wizerunek - zwłaszcza tak działającej firmy - były niezwykle istotne

– dodała w trakcie zeznań prok. Janeczek.

Z kolei przewodnicząca komisji Małgorzata Wassermann zwróciła uwagę na jeszcze jeden intrygujący wątek. W swoich zeznaniach Marcin P. twierdził, że „sugerowano mu, jak ma płacić i gdzie ma płacić, żeby uzyskać przychylność urzędników gdańskich (...) a po przelaniu tych pieniędzy zaczęli się wypowiadać o nim pozytywnie”.

- Trzeba pamiętać, że wyjaśnienia, które w prokuraturze składał P., i materiały, które były wyłączone na podstawie tych wyjaśnień, zawsze kończyły się umorzeniem postępowania

- odpowiedziała prok. Janeczek.

 

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Niecodzienny gość w Alpach. Policjanci i strażacy zrobili obławę na... kangura

zdjęcie ilustracyjne / Pixabay.com/CC0/PhotoMIX-Company

  

Austriaccy policjanci i strażacy w alpejskiej miejscowości Mattsee, na północy kraju, złapali kangura, którego niespodziewana obecność niemal doprowadziła do wypadku drogowego - podaje hiszpańska agencja EFE. Na razie nie wiadomo, kto jest właścicielem zwierzaka.

Jak poinformowała policja w Salzburgu, kangura złapano w nocy z piątku na sobotę. Przestraszony kierowca samochodu zgłosił policjantom, że niewiele brakowało, a zderzyłby się z kangurem, który siedział na skraju łąki.

"Zaskoczeni policjanci rzeczywiście zobaczyli kangura" i usiłowali go schwytać, "ale nie udało im się ze względu na szybkość, z jaką poruszało się zwierzę"

- brzmi komunikat policji.

Następnie - poinformowano - "jedynie dzięki pomocy ochotników ze straży pożarnej w Mattsee udało się 'zatrzymać' zwierzaka i go złapać, po trwających ponad godzinę wysiłkach".

Na razie nie wiadomo, kto jest właścicielem kangura, który dotarł do austriackich Alp. "Zatrzymany" kangur został unieruchomiony i dostał zastrzyk uspokajający od weterynarza - członkini lokalnej straży pożarnej. Do czasu podjęcia decyzji o dalszym losie zwierzaka o kangura zadba tamtejsza jednostka straży. 

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl