Niesprawiedliwa Rzeczpospolita

18 lat. To okres, jaki człowiekowi upływa od urodzenia do uzyskania pełnoletności. W tym czasie w polskiej polityce było czterech prezydentów, dziewięcioro premierów, wreszcie piętnastu ministrów sprawiedliwości. Tyle lat też musiało upłynąć, by wolność odzyskał Tomasz Komenda, niesłusznie skazany na karę więzienia za przestępstwo, którego nie popełnił, lecz miał pecha nadawać się na kozła ofiarnego.

Dopiero teraz minister sprawiedliwości naprawia skandaliczne działania organów ścigania, sądu, prokuratury. Celowo unikam tutaj słowa „błąd”. Gdy przekroczeniu uprawnień towarzyszy fabrykowanie dowodów i ignorowanie zeznań, mamy do czynienia z działaniem z premedytacją. Po drodze, choć wątpliwości towarzyszyły sprawie od początku, nie zajął się nią nikt, z wyjątkiem Lecha Kaczyńskiego, który jednak, na nieszczęście osadzonego, został odwołany z funkcji ministra sprawiedliwości w lipcu 2001 r. Lecz to właśnie Kaczyńskiego chce się dziś uczynić głównym winnym sądowego skandalu, ponieważ w czasach kierowania ministerstwem miał kreować atmosferę wymuszającą wydawanie surowych wyroków. Opozycja wysuwa tu nawet analogię do „nacisku na pilotów”. Przy okazji sprawa, która powinna służyć jako kolejny przykład złego funkcjonowania systemu, wykorzystywana jest wyłącznie do ataku na zasadę surowego karania sprawców przestępstw. Ideologia i polityczna walka wygrywają z instynktem państwotwórczym, a nawet samozachowawczym. To nic nowego, szkoda tylko, że nawet dobre (o ile po tak wielkiej krzywdzie, jaka spotkała człowieka, można jeszcze mówić o dobru) zakończenie sprawy zostaje w ten sposób zsunięte na drugi plan, przykryte kolejnym atakiem na osobę, która już nie może się bronić. Przy czym atak pochodzi ze strony tych, którzy sami kompletnie nic nie zrobili, choć mieli ku temu wiele okazji.

Pogarda i odraza

Sprawa Tomasza Komendy to niewyobrażalny dramat jednego człowieka i jego bliskich, lecz również przykład fatalnego działania wymiaru sprawiedliwości. Tej sprawy nie wolno sprowadzić do wskazania opinii publicznej jednego winnego, tak, jak chce to zrobić opozycja. To krycie prawdziwego sprawcy, łatwość niszczenia niewinnego człowieka, beztroska w prowadzeniu śledztwa i procesu, wreszcie niesamowita pogarda. Pogarda wobec kogoś, kto nie pochodzi z żadnego układu, kasty i kliki, a więc można go zniszczyć w imię bezkarności kogoś, kto z racji znajomości, urodzenia czy też pieniędzy w III RP okazuje się nie do ruszenia. Po latach zaś pozwala własne czyny usprawiedliwiać społecznymi nastrojami, oczekiwaniem surowej kary dla sprawcy odrażającego czynu, choć w praktyce tego typu emocje orzekającym są na ogół całkowicie obce. Do listy ofiar – zgwałconej i zamordowanej dziewczyny i niesłusznie więzionego, ze wszystkimi następstwami uwięzienia za tego rodzaju czyn, mężczyzny, trzeba dopisać nieuchwytną, rozmytą ofiarę zbiorową, społeczne poczucie sprawiedliwości i bezpieczeństwa. Utraconego już nie przez bandytów, ale tych, którzy winni przed nimi chronić.

Ukarać za wybór

I – jakby uderzenia w nasze poczucie sprawiedliwości zawsze iść musiały co najmniej parami – tego samego dnia, w którym cała Polska żyła uwolnieniem Komendy, Sąd Najwyższy wydaje kolejny wyrok w sprawie sędziego oskarżonego o kradzież. I kolejny raz prostuje decyzje niższej instancji, gdzie jeszcze zachowano resztki przyzwoitości. Po uniewinnieniu sędziego, który ze sklepowej lady w rzekomym roztargnieniu zabrał nie swoje 500 zł, tym razem SN do pracy przywraca jego kolegę, któremu do rąk przykleiła się część od wiertarki. Orzeczone wcześniej pozbawienie pracy okazuje się wyrokiem zbyt surowym, ponieważ zwykły Kowalski w podobnej sytuacji poniósłby o wiele mniejsze konsekwencje. O tym, że sędzia to zawód zaufania publicznego, więc wypadałoby jednak wymagać od niego więcej, Sąd Najwyższy już nie pamięta. A przynajmniej nie pamięta sędzia Buliński, który, co słusznie przypomniano, w stanie wojennym wydawał o wiele surowsze wyroki w procesach politycznych. Wielkie zdziwienie – tamte czasy to nie tylko prokurator Piotrowicz i sędzia Kryże, choć tylko tej dwójce zwykło się wypominać przeszłość, by ukarać ich nie za pracę dla PRL, lecz późniejsze polityczne wybory.

Wszyscy wiemy jednak, jak wielki opór powoduje reforma wymiaru sprawiedliwości. To tu najmocniej działała „ulica”, czyli wszelkie organizowane ze wsparciem mediów protesty. Często pełne osób, które, gdyby zapytać je o diagnozę kondycji sądownictwa, zapewne zdobyłyby się na mocną krytykę, uwierzyły jednak, że rzekome upartyjnienie doprowadzi do stanu jeszcze gorszego. Na jakiej podstawie, trudno właściwie orzec, pamiętamy jednak gotowe historyjki o polityku PiS uniewinnianym przez mianowanego przez innych polityków PiS sędziego. O tym, że takie rzeczy działy się od lat, tylko partię zastępowały rozmaite powiązania, układy i zależności, obrońcy nadzwyczajnej kasty nie wspominali, zaś zatroskani demonstranci ze świeczkami w rękach woleli się nad tym nie zastanawiać. Tłumy gdzieś się jednak rozeszły w miarę sukcesów w reformowaniu kolejnych instytucji. Została jednak „zagranica” i choć trwa tu ofensywa dyplomatyczna, mamy liczne rozmowy, białą księgę i zdobywamy pomału sojuszników, do sukcesu wciąż jest daleko. W międzynarodową, polityczną histerię pięknie wpisała się ostatnio irlandzka sędzia Aileen Donnely, która odmówiła wydania Polsce w ramach ekstradycji podejrzanego o handel narkotykami. Decyzję tę uzasadniła zaś zmianą składu Sądu Najwyższego, upolitycznieniem wymiaru sprawiedliwości, a nawet wprowadzeniem zróżnicowanego wieku emerytalnego dla sędziów SN.

W samą porę

Popularność PiS na początku istnienia tej partii brała się z obietnicy uporządkowania polskiej rzeczywistości przede wszystkim w tych dwóch punktach, ujętych w nazwie ugrupowania.

Wielokrotnie wskazywałem w tym miejscu, że również dziś jej realizacja jest kluczowym elementem utrzymania społecznego poparcia. Z drugiej strony brak determinacji, przedłużająca się bezkarność osób oskarżanych o nadużycia mogą być przyczyną zniecierpliwienia, a nawet zwątpienia elektoratu. Tu jednak kluczowy jest właśnie wymiar sprawiedliwości. Działania podjęte w sprawie Komendy przez Zbigniewa Ziobrę wprost odwołują się do tego fundamentu Prawa i Sprawiedliwości, stąd też tak mocna próba odwrócenia społecznych nastrojów przeciwko nieżyjącemu prezydentowi.

Opozycji nie pozostaje nic innego w sytuacji, gdy brak jej nowego pomysłu na samą siebie. Nawet obrona przywilejów dawnych elit, ten patologiczny „konserwatyzm” III RP przestaje trzymać wyborców przy PO i stopniowo kanibalizowanej przez nią Nowoczesnej. Partie te okazały się w tej sprawie zupełnie nieskuteczne, w rezultacie część tracących wpływy środowisk zdaje się zwracać ku swoim dawnym patronom. Stąd sondażowy wzrost SLD i ważna deklaracja Moniki Jaruzelskiej, ogłaszającej wejście do polityki poprzez to właśnie ugrupowanie. Jeszcze rok czy dwa lata temu naturalnym wyborem dla córki dyktatora, tak jak dla wielu osób wywodzących się z komunistycznych elit (Hübner, Cimoszewicz, Rosati), była Platforma Obywatelska, jak się zresztą właśnie dowiedzieliśmy, chętnie umożliwiająca zbrodniarzowi odpoczynek w ośrodkach MON. Platforma straciła jednak swoją moc przyciągania, w wypadku współpracy z Nowoczesną trudno mówić przecież o zdobyciu nowych środowisk. W trzecim roku rządów PiS zaczyna wykazywać pewne oznaki zużycia i pogubienia. Sprawa Tomasza Komendy ze wszystkimi swoimi konsekwencjami pojawia się w samą porę, by przypomnieć politykom Zjednoczonej Prawicy, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Pełna odpowiedzialność

Donald Tusk zeznający w procesie przeciwko Tomaszowi Arabskiemu i czterem innym osobom w związku z zaniedbaniami przy organizacji wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu 10 kwietnia 2010 r. wyglądał jak wezwany przed oblicze sądu rejonowego w jakiejś niewielkiej mieścinie mało lotny cwaniaczek, któremu wydaje się, że jeśli „nie będzie pamiętał”, to jego amnezję sąd przyjmie z dobrodziejstwem inwentarza i machnie ręką. Pewnie by i tak mogło być, gdyby nie fakt, że wczoraj tę bezczelność „cała Polska” widziała i słyszała.

Widziała bezczelność w pouczaniu adwokatów ofiar, o co można pytać „króla Europy”. Słyszała mataczenie w sprawach, w których Tusk wcześniej wypowiadał się zupełnie inaczej. To, co Tusk wczoraj wyprawiał, byłoby może nawet i śmieszne. Być może można by to porównać do któregoś z filmów Barei. Gdyby tylko nie chodziło o sprawę fundamentalną – śmierć 96 osób z prezydentem RP na czele. I gdyby wody w usta w sprawie odpowiedzialności za tę śmierć nie nabierał były polski premier. Człowiek, który deklarował w tej sprawie pełną odpowiedzialność. Choć może i tego nie pamięta. Miejmy jednak nadzieję, że będzie ją musiał ponieść.
 

 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl