Apokalipsy nie stwierdzono

Wbrew katastroficznym wizjom liberałów niedziela niehandlowa okazała się wdzięcznym tematem do internetowych żartów i memów, a nie problemem społecznym i gospodarczym. Niedzielne ograniczenie handlu najpewniej przyjmie się w Polsce bez większych problemów.

W niedzielę zjadłem obiad w azjatyckiej knajpce niedaleko Stadionu Narodowego. To jedno z moich ulubionych stołecznych miejsc: smaczne choć niewyszukane dania, przystępne ceny, sympatyczni Azjata i Azjatka przy barze i przy kuchni, w sezonie ogródek z widokiem na zgiełk przy rondzie Waszyngtona, w rogu barowej lady lekko już zmarnowany obrazek z Janem Pawłem II i modlitewną prośbą o rychłą beatyfikację. 

W barze nie było tłoczno: jakaś pani wzięła sajgonki na wynos, dwóch nastolatków grzecznie poprosiło o orientalne dania, wysoki trzydziestolatek z miną bywalca miejsc, których trzeba się strzec, zamówił krewetki i golonkę na wynos (kulinarny synkretyzm!). Troszkę się nawet zdziwiłem, że jest tak pusto, bo przecież w związku z zapowiadaną przez liberalnych publicystów apokalipsą (niedziela bez handlu) można się było spodziewać, że przed lokalami z gastronomią ustawią się kolejki niedożywionych zombiaków-warszawiaków. Ale nic takiego się nie stało. 

Biznes i konsumenci w nowej sytuacji

No dobrze, ironizuję. Nie zdziwiłem się wcale. Wiele wskazywało na to, że żadnej katastrofy w związku z ograniczeniem handlu nie będzie. I więcej jeszcze, nie będzie żadnej gospodarczej zapaści ani nawet lekkiego tąpnięcia. Zarówno biznes, jak i klienci mieli czas, żeby przystosować się do nowej sytuacji. Dla biznesu oznaczało to przede wszystkim zmianę szeroko rozumianej logistyki handlu – rzecz do zrobienia. Dziś dla gospodarki największym problemem jest zresztą deficyt pracowników i pracownic, ale o tym liberałowie z różnych przyczyn nie chcą głośno mówić. 

Na marginesie, biznes w wielu krajach Zachodu od dawna jest przyzwyczajony do znacznego ograniczenia niedzielnego handlu. W krajach o wiele majętniejszych niż Polska, z o wiele dłuższymi kapitalistycznymi tradycjami, prawne ograniczenia w tej materii są oczywistością. Nasi liberałowie są jednak bardziej kapitalistyczni niż zachodni kapitał, a że III RP zbudowano na wyzysku, to bardzo długo nikomu nie przeszkadzały antypracownicze i antyspołeczne standardy. Ale trendy wyraźnie się zmieniają – i dziś dobrze już widać, że ogromna część Polek i Polaków nie ma nic przeciwko niedzielom z ograniczonym handlem. 

Znamienny cytat z Forsal.pl: „W pierwszą niedzielę wolną od handlu w galeriach handlowych były pustki; czynne były jedynie restauracje i kawiarnie, gdzie było niewielu klientów. Z kolei ruch na stacjach benzynowych, mimo pokaźnego asortymentu, był niewiele większy niż wcześniej”. Znaczna część doniesień z mediów tradycyjnych i społecznościowych potwierdza ten obrazek – ludzie przyjęli do wiadomości, że sklepy są pozamykane i sobie z tym poradzili. 

Poza tym ustawa o ograniczeniu handlu jest dobrze pomyślana. Ponad 30 wyłączeń (wyjątków od zakazu handlu) to nie jest żadna niedoróbka, ale sensownie przemyślana strategia. Choćby usługi dotyczące komunikacji, zdrowia czy rekreacji wciąż funkcjonują. Dość histeryczne reakcje przeciwników zakazu, odwołujące się do PRL czy wydumanej katastrofy ekonomicznej, wskazują, że ludziom tym brakuje naprawdę dobrych argumentów. I jakby zapomnieli, że w pierwszej połowie XXI w. lodówka i zamrażarka to sprzęt będący na wyposażeniu każdego gospodarstwa domowego.

Skąd ta panika opozycji?

Zastanówmy się nieco głębiej, skąd biorą się paniczne głosy opozycji i liberalnych, a nawet liberalno-konserwatywnych publicystów, ostrzegające przed zmianami. W znacznej mierze z obawy, że okaże się… iż nie mieli racji. A właściwie to już się okazuje. Dla opozycji spod znaku PO i Nowoczesnej sukces niedzielnego ograniczenia handlu w Polsce może oznaczać dalsze wykruszanie się ich elektoratu. Ludzie widzą, że opozycja histeryzuje i że jej słowa rozmijają się z rzeczywistością – także w tej kwestii. Opiniotwórczy liberałowie mogą się obawiać podobnego zjawiska – oto tracą rząd dusz, ich doktrynerskie przekonania, że „rynek ma zawsze rację”, na naszych oczach biorą w łeb. Najpierw ich lumpenliberalną opowieścią o Polsce zachwiał program Rodzina 500+. A w ciągu najbliższego roku ograniczenie niedzielnego handlu dodatkowo przyczyni się do zakwestionowania antyspołecznej mitologii. 

Wolne niedziele nie są problemem społecznym i gospodarczym, ale szansą na inne sposoby spędzania w te dni czasu. Wydaje się poza tym, że lumpenliberałowie mają bardzo zachowawcze podejście do rynku – i chyba mało wierzą w jego zdolność adaptacji do istniejących warunków. A jest już jasne, że wolna niedziela nie wygasza biznesu, ale po prostu wpływa na zmianę nawyków konsumenckich, czyli m.in. daje szansę nieco innym formom przedsiębiorczości. 

Na marginesie, gdyby rządząca partia i Solidarność chciały np. walczyć z niedzielnym handlem przez internet, byłbym pierwszym, który podniósłby absurdalność i szkodliwość tego pomysłu. Ale tak się nie stało. Paradoksalnie na zamknięciu galerii handlowych skorzysta mniejszy biznes, także ten oparty na sprzedaży online. Przecież to nie jest tak, że w weekendy ludzie już zupełnie nie będą mieli gdzie wydawać pieniędzy – stąd choćby dla kawiarni, barów czy restauracji to może być niemały zysk. 

Muzealnicy, ruszcie głowami!

Przy okazji, przez trzy dekady III RP zapomnieliśmy niemal, co znaczy tętniący życiem rynek czy małomiasteczkowy ryneczek. Chorobliwe zakochanie w galeriach handlowych spowodowało, że centra wielu miast i miasteczek obumarły. To nie tylko handel przeniósł się do hipermarketów i galerii handlowych – tam przeniosło się całe życie społeczne. Daleki jestem od dramatyzowania z tego powodu, ale z drugiej strony bardzo ciekawe jest to, jak niedzielne ograniczenie handlu wpłynie na zmianę obyczajów społecznych, bardzo przecież silnie powiązanych w naszych czasach z konsumpcją. 

Jeszcze jedno, zabrakło w ostatnich tygodniach przemyślanej i widocznej strategii placówek kulturalnych. To jest do nadrobienia. Muzea stoją przed niezwykłą szansą, mogą wykorzystać ograniczenia handlu do promocji swoich wystaw, prelekcji, wydarzeń kulturalnych. Z humorem, w żartach, bez tonu wyższości mogą zachęcać zwykłych ludzi: „Nie ma niedzielnego shoppingu, ale u nas też nie będziecie się nudzić”. Słowo „galeria” w naszych czasach kojarzy się niemal wyłącznie z placówką handlową. Ale dla pokolenia moich rodziców, urodzonego w latach 50. XX w., galeria to wciąż miejsce, w którym ogląda się (lub kupuje) obrazy i inne dzieła sztuki.

Miniony weekend okazał się niezłym prognostykiem. Przez wolne niedziele żadnej ekonomicznej i społecznej apokalipsy nie będzie. Przeciwnie, Polska zaczyna być krajem przyjaźniejszym dla zwykłych ludzi. Bo wolność to zbyt cenna rzecz, by zamienić ją w wolnorynkowy fetysz lumpenliberałów. Wolność to wolna niedziela dla zwykłych ludzi – także jako istotne społeczne dobro. 

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Naturalny sojusznik?

Pojęcie game changer* zostało, jak wiele innych, doszczętnie skompromitowane przez publicystów opisujących polską politykę. Wystarczy przypomnieć, że takim zwrotem w grze miało być choćby opublikowanie przez Bronisława Komorowskiego, wówczas jeszcze prezydenta RP, spotu, w którym pojawiły się jego dzieci.

Filmik miał ocieplić wizerunek Komorowskiego, tak jakby to brak skojarzeń z życiem rodzinnym był największą bolączką jego kampanii. Skończyło się zaś na nagłośnieniu informacji o biznesowych powiązaniach jednego z synów byłego prezydenta, które wpisały się w ogólny, mroczny i pogmatwany wizerunek Komorowskiego. Jednak to właśnie określenie przyszło mi do głowy, gdy w sobotni poranek Patryk Jaki ogłosił wspólnie z Piotrem Guziałem, że ten drugi rezygnuje ze startu w wyborach na prezydenta Warszawy, by poprzeć kandydata Zjednoczonej Prawicy, a po jego ewentualnej wygranej zostać u jego boku wiceprezydentem.

Tęczowy, ale umiarkowanie

O ile wcześniejsza zapowiedź budowy w Warszawie nowoczesnej, nadwiślańskiej 19. dzielnicy mogła zaskoczyć rozmachem i odwagą, o czym pisałem w poprzednim tekście dla „Gazety Polskiej Codziennie”, o tyle tym razem mamy do czynienia z odważną, może wręcz brawurową decyzją polityczną. Decyzją, której skutki nie są wcale oczywiste do przewidzenia, przynajmniej jeśli chodzi o pierwszą turę wyborów na prezydenta Warszawy. Wystarczy spojrzeć na reakcję prawicowych wyborców Patryka Jakiego, które z grubsza można podzielić na optymistyczne i negatywne. Te pierwsze wskazują, że taki ruch pozwoli przekonać do prezydentury Jakiego osoby spoza jego elektoratu, które patrzą krytycznie na to, co się dzieje w stolicy, lecz z przyczyn ideowych obawiają się rządów prawicy w mieście. Wiceprezydent kojarzony z lewicą może zaś być dla nich gwarancją, że miasto nie stanie się konserwatywną twierdzą, w której prezydent Jaki, niby koszmarny sen dziennikarzy kilku warszawskich redakcji, na czele Straży Miejskiej będzie rozbijał parady równości i teatralne przedstawienia. W pewnym sensie jest to też argument wyborców rozczarowanych wciągnięciem Piotra Guziała do drużyny kandydata na prezydenta Zjednoczonej Prawicy. Guział w czasie swoich rządów wieszał na Ursynowie tęczowe chorągiewki, wspierał Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy i wspomniane już parady środowisk LGBT. Jednak, choć nie unikał działań zbieżnych ze swoimi lewicowymi poglądami w sferze obyczajowej, wobec których nie dystansuje się również dziś, zdecydowanie nie był ursynowskim Robertem Biedroniem. Nie prowadził antykatolickich krucjat, nie zmienił zarządzania dzielnicą w wizerunkowy cyrk, przede wszystkim zaś współrządził przez ten czas z… Prawem i Sprawiedliwością. I, co kluczowe w kontekście obaw prawicy, potrafił uszanować i uwzględnić potrzeby inaczej myślących i czujących mieszkańców, choćby poprzez współorganizację lokalnych uroczystości smoleńskich. A były to czasy, gdy trudno było się wiązać z PiS z pobudek koniunkturalnych. To był dla partii Jarosława Kaczyńskiego moment zdecydowanie trudny.

„Sprawdzam” dla lewicowych wyborców

Dlatego też dzisiejsza współpraca, choć może prowadzić do tarcia w sferze obyczajowej, nie jest wielkim zaskoczeniem dla znających warszawską politykę samorządową. Piotr Guział to jeden z ostrzejszych przeciwników Hanny Gronkiewicz-Waltz, który był wierny swojej walce. Zupełnie inaczej niż jego dawni koledzy z SLD, którzy trwali w cichej koalicji z PO. W ostatnich latach, gdy nie rządził już dużą dzielnicą, skupiał się właśnie na zwalczaniu patologii w warszawskim ratuszu, ramię w ramię z innymi miejskimi aktywistami, którym na ogół bliżej do lewicy. Dlatego też oprócz znaczących różnic między Jakim a Guziałem jest też potężny obszar wspólny. Jeśli zaś uznać, że sprawa przecięcia chorego systemu tworzonego w Warszawie przez Platformę jest warunkiem kluczowym dla funkcjonowania i rozwoju normalnego, nowoczesnego europejskiego miasta, koalicja ta ma sens. Jeśli doprowadzi do zwycięstwa, zapewne po okresie sprzątania, którego będzie tu bardzo dużo, pojawi się również miejsce na powrót do rozmów o sprawach obyczajowych i zaangażowaniu miasta (lub jego braku) w tego typu politykę. I pewnie wtedy zawarty w zeszłym tygodniu sojusz poddany zostanie ciężkiej próbie, może nawet pęknie. Wcześniej jednak obaj panowie dokonają razem czegoś naprawdę wielkiego.

W drugiej turze żelazne elektoraty nie będą grymasić. Pozostali wyborcy prawicowi mogą mieć trochę trudniejszy wybór, trudno jednak się spodziewać, by przeciw Guziałowi głosowali na Pawła Rabieja, którego dostaną w pakiecie z Trzaskowskim. Niezdecydowany elektorat ruchów miejskich dostaje natomiast dość czytelny komunikat, o którym pisałem wyżej. Oprócz uczciwości i zerwania z polityką Gronkiewicz-Waltz zyskują w ratuszu osobę rozumiejącą ich potrzeby. Być może panowie będą musieli trochę się nawzajem tonować, tu jednak trzeba pamiętać, że prezydent, dysponujący mandatem społecznym, ma mocniejszą pozycję. Dlatego też transfery wyborców w drugiej turze będą szły raczej w kierunku Patryka Jakiego, nie zaś Rafała Trzaskowskiego. Zmienić może się jednak również sytuacja w pierwszym głosowaniu. Trudno dziś ocenić, jakim poparciem cieszyłby się sam Guział, od początku prowadzący kampanię wyłącznie w kontrze do Trzaskowskiego. Być może część jego głosów na początku przypadnie takim kandydatom, jak Jan Śpiewak czy Piotr Ikonowicz, które wrócą do niego dwa tygodnie później. Zapewne zadziała to też z drugiej strony i niektórzy prawicowcy zdecydują się na wsparcie Marka Jakubiaka z Kukiz’15, jedynej realnej alternatywy dla Patryka Jakiego po tej stronie sceny politycznej. Sam Jakubiak wydaje się rozżalony sojuszem Jakiego i Guziała. Może widzi się w tym samym miejscu co były burmistrz Ursynowa? Do tej pory wydawało się oczywiste, że w drugiej turze polityk Kukiz’15 przekaże swoje głosy kandydatowi Zjednoczonej Prawicy, jednak dziś nie jest to już pewne. Czy jednak on sam i jego wyborcy byliby skłonni poprzeć nagle Rafała Trzaskowskiego? Jakubiak jest politykiem o wiele bardziej stałym w poglądach niż Paweł Kukiz, trudno więc to sobie wyobrazić. Zapewne skończy się więc na oficjalnym pozostawieniu zwolennikom wolnej ręki przy cichym wsparciu Patryka Jakiego, choć niekoniecznie Piotra Guziała.

I jeszcze to ACTA…

Podsumowując posunięcie Patryka Jakiego, wydaje się ono bardzo ciekawe, może być jednak trudnym doświadczeniem dla bardziej konserwatywnej części jego wyborców. Ewentualne straty pojawią się raczej w pierwszej niż drugiej turze, odwrotnie zaś będzie z zyskami. Jeśli zaś młodemu politykowi prawicy uda się doprowadzić do oczyszczenia warszawskiego ratusza ze skompromitowanej ekipy Hanny Gronkiewicz-Waltz, sceptyczni dziś konserwatyści wybaczą mu naprawdę wiele. Z drugiej strony może lepiej było poczekać jednak do drugiej tury tego wyścigu? Tego się już nie dowiemy.

Nie można jednak zapomnieć, że Platforma dała przeciwnikom opozycji potężny oręż do ręki. Jest nim głosowanie w sprawie tzw. ACTA 2, dyrektywy, która wbrew propagandzie może doprowadzić do faktycznej cenzury i pełnej kontroli internetu, teoretycznie w myśl ochrony praw aktorskich. W przypadku Trzaskowskiego temat może być niewygodny nie mniej od reprywatyzacji, dlatego też już zaczyna od niego uciekać. Podobnie jak większość wielkich mediów, które w imię doraźnej korzyści przehandlowały wolność swoich użytkowników.


*game changer – ang. „zmieniający grę” – określenie z amerykańskich kampanii, oznaczające wydarzenie lub osobę, której pojawienie się zmienia układ sił w przedwyborczym wyścigu. W Polsce najsłynniejszym „game changerem” był np. „Dziadek z Wehrmachtu” lub afera z faksymile Włodzimierza Cimoszewicza – przyp. red.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl