Głodna niedziela

Kwestia zakazu handlu w niedzielę jeszcze jako teoria budziła spory i emocje. Praktyka przyniosła również histerię i obudziła dość niskie instynkty części pracodawców. Zamykanie sklepów o godz. 24 w sobotę i otwieranie ich równo z początkiem poniedziałku nie ma raczej uzasadnienia ekonomicznego.

Wygląda to tak, jakby chodziło po prostu o odegranie się na pracownikach. Pozostaje mieć nadzieję, że kilka podobnych weekendów każe sieciom supermarketów zwe-ryfikować tę strategię.

Ustawa ma zarówno zwolenników, jak i przeciwników, i każda ze stron jest w stanie przedstawić sensowne argumenty. Rozmowa jednak stała się niemożliwa, gdy opozycja zaczęła siać panikę. Polska miała się stać w niedzielę krajem głodnym, złym i ponurym. Polacy zaś mieli Prawu i Sprawiedliwości „nie wybaczyć”. Ryszard Petru poszukiwał poprzez media społecznościowe sygnalistów, którzy będą donosili mu o przypadkach otwierania sklepów wbrew nowym przepisom. Być może jest to sposób na podratowanie partyjnych funduszy.

Zakaz, którego nie czuć

Nowoczesna zwołała na niedzielę konferencję prasową w jednym z warszawskich centrów handlowych. Na miejscu jej członkowie nie zastali jednak dziennikarzy, mogli zobaczyć natomiast w galerii liczne otwarte małe punkty sprzedaży. Konferencja ostatecznie się nie odbyła. O ile jednak zrozumiałe, że PO i Nowoczesna stają w obronie… wpadających do nas na zakupy niemieckich konsumentów, dziwi postawa PSL-u. Przecież ustawa w obecnej formie stwarza szanse nie tylko drobnym prywatnym właścicielom, lecz również rolnikom, zyskującym okazję, by bezpośrednio, w sytuacji pojawienia się na rynku luki, sprzedawać własne produkty. Zamiast zauważyć tę możliwość, ludowiec, poseł Paweł Bejda, ograniczenie handlu w niedzielę porównuje do… podejmowanych przez komunistów prób zniechęcenia ludzi do obecności na mszy św. Oprócz polityków zabawnie wypadły też media oczekujące na możliwość przeprowadzenia niemal „transmisji na żywo z końca świata”. Zamiast niej trafił się im co najwyżej fotoreportaż z galerii, w której w sobotę nie było większego niż zazwyczaj ruchu.

Nic nie wskazuje na to, by działo się coś niepokojącego. Ludzie wykorzystali piękną, ciepłą niedzielę, głodny nikt zdaje się nie chodził i tylko w sobotę niektóre sklepy ogarnęła ciżba zakupowiczów tak wielka, jakby szykowali się na tygodniowe oblężenie lub co najmniej długi weekend. Kwestie, takie jak kłopoty pracowników zmuszonych do pracy w nowych, niewygodnych godzinach, lecz również tych, którzy pracowali dorywczo wyłącznie w weekendy, rozwiąże ta sama niewidzialna ręka rynku, w którą nagle zwątpiła ostatnio duża część jej wolnościowych wyznawców. Od kilku lat mieliśmy w kalendarzu dni ustawowo wyłączone z handlu w dużych placówkach, w które sprzedawać swój towar mogli jedynie właściciele sklepów. Sprawdzało się to bez większych problemów, dziwi więc aż taki opór przeciw rozciągnięciu tego systemu na część niedziel. Pokazuje to też, że hasło o „zakazie handlu” jest całkowitym fałszem – wystarczy zerwać się ze smyczy kilku dużych, zagranicznych graczy i poszukać swojego sklepu osiedlowego. Być może będzie otwarty.

Niepokorni nie chcą działać

Przeciw nowym przepisom zdecydowanie wypowiadają się dziennikarze, uważający się za zwolenników rynku i wolności gospodarczej. Oni również nie zauważają jednak faktu, że nowe rozwiązania mogą być dla tych wartości mocnym wsparciem, faworyzują bowiem drobnych kupców i przedsiębiorców, przynajmniej częściowo przywracając tym samym naruszaną przez sieci supermarketów równowagę. Każe to się zastanowić, czy faktycznie chodzi więc o rynek, czy tylko o „ryneczek” któregoś z większych graczy. Nie minęło kilka godzin obowiązywania przepisów, a już po prawej stronie medialnego dyskursu pojawiła się pierwsza opinia, że rząd będzie musiał wycofać się z zakazu. Ostatnio zresztą dziennikarze niepokorni coraz częściej próbują wpływać na władzę, a także jej wyborców, suflując złagodzenie poszczególnych rozwiązań, z ustawą o IPN-ie na czele. Ta nowa narracja da się ograniczyć do założenia, że polityka godnościowa powinna się sprowadzać jedynie do pustych haseł, które zadowolą elektorat, konkretne działania natomiast jako zbyt kosztowne powinny zostać zarzucone.

Wszystko to dzieje się zaś w momencie, gdy kolejny raz wychodzi na to, że osamotnienia obawiamy się jednak trochę na wyrost. W Unii Europejskiej dostajemy wsparcie od państw bałtyckich w kwestii reform wymiaru sprawiedliwości. Jest to o tyle istotne, że wcześniej urzędnicy unijni wielokrotnie sugerowali, iż w przypadku konkretnych kroków wymierzonych przeciwko Polsce mogą szukać sposobu na wykluczenie z głosowania naszego jedynego dotychczas pewnego sojusznika – Węgier. Choćby poprzez objęcie ich analogiczną procedurą i załatwienie spraw hurtem. Gdy jednak będzie szło już nie o jedno, lecz cztery państwa, sytuacja wydaje się dla nas o wiele lepsza.

Nie wiadomo, jak wpłynie na naszą pozycję w UE zmiana władz we Włoszech, na pewno jednak zachwieje ona polityką całej Unii. Już teraz jeden z liderów nowej koalicji Mario Borghezio mówi, że Polska będzie dla jego kraju wzorem prowadzenia twardej polityki wobec Brukseli. Kilka dni żyliśmy sprawą sankcji, jakimi według dwóch dziennikarzy Onetu miały obłożyć Polskę Stany Zjednoczone. Przez trzy dni każdego wieczoru docierało do nas dementi ze strony Białego Domu i trzy dni było ono lekceważone przez powtarzających kłamstwo polityków i medialnych ekspertów. Po odjęciu jednak elementu radosnej twórczości dziennikarzy zostaliśmy z wiedzą, dostępną nam również wcześniej – że część rozwiązań z nowej ustawy o IPN-ie Amerykanom nie odpowiada i wymaga skuteczniejszego wyjaśnienia im tej sprawy. Jeśli nadal poważnie traktujemy letnie wystąpienie Donalda Trumpa, nie powinno być to sprawą niemożliwą. Że zaś sytuacja nie jest bardzo groźna, świadczy zwykły rachunek zysków i strat dla kraju, dla którego jesteśmy najpoważniejszym partnerem w tej części świata. Potwierdza to fakt rozważania zwolnienia Polski jako wiernego sojusznika i uczciwego płatnika NATO z ceł na niektóre surowce. Wszystko zaś w przededniu możliwej wojny celnej USA z Unią, w której to warto upatrywać prawdziwej przyczyny lansowania fałszywych informacji, których efektem może być wbicie klina między Warszawę a Waszyngton. Jak zawsze kluczowa jest odpowiedź na pytania, kto zyskuje i kto płaci.

Farmazon powrócił

Opozycja tradycyjnie próbuje ugrać coś dla siebie na wszystkich prawdziwych lub zmyślonych konfliktach, opisanych wyżej. Pikiety w centrach handlowych, załamywanie rąk nad izolacją Polski, zapowiedź odwołania każdej reformy i zmiany, wprowadzonej przez PiS. Po zapowiedzi przywrócenia OFE (Platforma liczy tu na krótką pamięć wyborców), handlu w niedzielę, stopni generalskich Jaruzelskiego i Kiszczaka przeciwnikom PiS-u pozostaje chyba już tylko zapowiedź obciążenia beneficjentów 500+ kosztami zwrotu świadczenia. I tradycyjne zdziwienie, dlaczego w sondażach wygląda to dla niej tak fatalnie, jak wygląda.

Na koniec warto zauważyć, że podczas kolejnej miesięcznicy mogliśmy, pomimo znalezienia u niego w domu całego arsenału, podziwiać niejakiego „Farmazona”. Krzywda nie dzieje się też skazanemu za handel kobietami Konradowi M. O Janie Burym czy Krzysztofie Kwiatkowskim szkoda nawet pisać. Jeśli coś miałoby naprawdę zaszkodzić PiS-owi, to właśnie to. Satysfakcja z odkrywania kolejnych afer poprzedników i kolejnych przekrętów dzisiejszych opozycjonistów jest tym bardziej gorzka, im więcej towarzyszy jej poczucia imposybilizmu państwa. W tej dziedzinie wciąż zostało bardzo wiele do zrobienia, czas natomiast mija nieubłaganie. Mamy chleb (nawet w niedzielę), lecz wciąż oglądamy jedynie rozgrzewkę zamiast igrzysk.

 

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Kluby ze stali

Z wielu względów lubię zjazdy klubów „Gazety Polskiej”. Przede wszystkim cenię sobie rozmowy z ludźmi z całego kraju. Nie zawsze są to przyjemne pogawędki. Często czeka mnie tam bura, że czegoś nie zrobiłem albo że coś mogłem uczynić lepiej.

Nie inaczej było w tym roku. Przed wyborami samorządowymi pojawiły się jednak nowe elementy. Wielu klubowiczów zwracało uwagę na trwałość układów lokalnych. Niemal każdy z moich rozmówców krytykował brak „miotły” w samorządach, która wykurzyłaby lokalne układy i układziki. Często jest to odbierane jako brak dobrej woli prokuratora, organów ścigania albo determinacji terenowych polityków Prawa i Sprawiedliwości. Niestety zbyt często jest tak, że samorządowe sitwy mają się bardzo dobrze, a politycy PiS jedynie przebierają nogami do tego, aby ten czy inny lokalny kacyk zaprosił ich na raut albo dał przemawiać podczas dożynek. Teren wskazuje również, że posłowie Dobrej Zmiany zbyt dużo energii tracą na wewnętrzne zwalczanie siebie nawzajem. Przeważnie klubowicze odczuwają to na swojej skórze, gdyż są sekowani i wręcz zwalczani przez prawicowych polityków. Kluby „GP” jednak trwają, bo wiedzą, że nie chodzi o stołek, pokazanie się czy 100 głosów, ale o coś znacznie ważniejszego. O suwerenność i niepodległość Polski.

Ten, kto myśli, że jest w stanie zniechęcić, zaszczuć i zastraszyć, jest naiwny jak dziecko. Tak jak stal hartuje się w ogniu, tak klubowicze przez lata przyzwyczaili się do wszelakich ataków i przykrości, jakie się im funduje. Będą robić swoje. Ku chwale Polski i pożytków swoich zapomniawszy.
 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl