Małżeństwo z rozsądku

Kobiety są nieocenione i nadzwyczajne. Piszę te słowa nie tylko z okazji Dnia Kobiet, który fetowaliśmy kilka dni temu. Otóż gdy gruchnęła wieść, że referendum zorganizowane wśród wszystkich członków Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD) zostało rozstrzygnięte i 460 tys. aktywistów partii dało ugrupowaniu zielone światło do stworzenia kolejnej „wielkiej koalicji” z unią chadecką, natychmiast zacząłem myśleć nad kolejnym artykułem – gdy zadzwoniła Ania, znajoma z Warszawy.

Z wierzyłem się, że szukam tytułu do tekstu o nowej konstelacji powstałej na niemieckim firmamencie politycznym. Prawie poczułem, jak kiwnęła z politowaniem głową nad moim brakiem wiedzy filmowej, po czym szyderczo parsknęła, twierdząc, że obecnej sytuacji za Odrą nic nie określa lepiej niż fraza „małżeństwo z rozsądku”.

Niemcy wstrzymują oddech

„Małżeństwo z rozsądku” zostało zawarte jedynie dlatego, że innego wyjścia zwyczajnie nie było. Jeśli dokładnie przeanalizować sytuację, w jakiej znalazła się Angela Merkel po 20 listopada 2017 r., czyli po zerwaniu przez Christiana Lindnera, lidera Wolnej Partii Demokratycznej (FDP), rozmów w sprawie zawarcia „koalicji jamajskiej”, w której skład miały wejść trzy siły polityczne – chadecy z CDU/CSU (kolor czarny), liberałowie z FDP (kolor żółty) i Zieloni (te trzy barwy składają się właśnie na flagę Jamajki) – wtedy widać wyraźnie, że była ona niesamowicie trudna.

Okazało się, że nawet jeśli Merkel utworzy gabinet z samymi Zielonymi, będzie to mniejszościowy, bardzo niestabilny i zdany na łaskę opozycji rząd, który nie ma szans na dłuższe przetrwanie, bo o komforcie kierowania państwem mowy być nie mogło. Sytuacji nie poprawiał fakt, iż ówczesny lider SPD Martin Schulz już w wyborczy wieczór 24 września 2017 r. zadeklarował nieopatrznie, że przechodzi do opozycji, potwierdzając słuszność przysłowia, iż milczenie jest złotem. Po upadku „jamajki” błagalny wzrok Frau Bundeskanzlerin spoczął na osobie prezydenta RFN-u Franka-Waltera Steinmeiera, który jednak przekonał Schulza do podjęcia rozmów z Merkel, podpisania wstępnego porozumienia i ogłoszenia w szeregach socjaldemokratów plebiscytu, którego wynik miał być wiążący dla kierownictwa partii. Całe Niemcy wstrzymały w napięciu oddech, gdy niespodziewanie wyszło na jaw, iż SPD to nie tylko 60-latkowie pokroju butnego Martina, ale także ludzie młodzi, którzy zaczęli głośno domagać się swojego miejsca w polityce.

Bunt młodych wilków

Miejsca w polityce najgłośniej zaczął się domagać Kevin Kühnert, przewodniczący stowarzyszenia Jusos, młodzieżówki socjaldemokratów. Młodość jest najczęściej bezkompromisowa i nie uznaje półśrodków, więc głos Kühnerta wybrzmiał bardzo wyraziście 21 lutego, gdy w świetle telewizyjnych kamer i w otoczeniu mikrofonów rozgłośni radiowych młody człowiek opowiedział o konieczności przejścia SPD do opozycji, dokonania wewnątrzpartyjnego katharsis i napisania nowego programu.

28-latek zdiagnozował dodatkowo przyczyny słabych notowań socjaldemokratów i o dziwo nie zaliczył do nich pęczniejącego problemu uchodźców, lecz jako winowajcę wskazał osłabienie działań opiekuńczej ręki państwa nad społeczeństwem, szczególnie na prowincji. Dostrzegam tutaj swoistą niekonsekwencję w orzeczeniu pana Kevina, gdyż ktoś taki jak on powinien jednak wiedzieć, że to właśnie niekontrolowany napływ uchodźców o mały włos nie doprowadził latem 2015 r. do załamania niemieckiego systemu socjalnego, państwo zaś, by zasypać powstałą dziurę, musiało przesunąć środki pieniężne z innego miejsca – przywołanie przez niego niemieckiej wsi pomogło nam teraz zidentyfikować obszar budżetowych cięć. Lutowa konferencja oraz spotkania Kühnerta z działaczami terenowymi, podczas których namawiał ich do głosowania przeciwko koalicji z Merkel, pozwalają nam porównać sytuację w SPD do gwałtownie wstrząsanej butelki szampana, wewnątrz której powstaje wielkie ciśnienie powstrzymywane przez swoisty korek złożony ze starych działaczy, starannie pielęgnujących społeczne obawy przed zmianami.

Obawy przed zmianami, charakteryzujące większość ludzi, jeszcze raz wzięły górę i 66 proc. socjaldemokratów opowiedziało się za kolejną koalicją, jakby zapominając, że dwie poprzednie spowodowały atrofię poparcia dla partii. Naturalne wydaje się pytanie: jaka to będzie koalicja i rząd? Moja osobista odpowiedź jest następująca – bardzo trudna ekonomicznie i społecznie. Tak, już słyszę głosy negujące moje prognozy i wskazujące wyśmienite wskaźniki opisujące sytuację w niemieckiej gospodarce. To więc ja pozwolę sobie zapytać: skąd się wziął płaczliwy ton w bożonarodzeniowym orędziu niemieckiego prezydenta, proszącego rodaków o zaufanie do polityków oraz podkreślającego swoje zrozumienie dla społecznej bezsilności, niepewności i dezorientacji? Czy w dostatnim kraju trzeba uderzać w takie struny? Dlaczego młody Kühnert, objeżdżając Niemcy, wskazywał na dziurawe prowincjonalne drogi, znaczne oddalenie od placówek służby zdrowia, urzędów pocztowych czy ośrodków kultury? Jak wygląda dystrybucja dóbr w Niemczech, jeśli Berlin chwali się strzelistymi wykresami finansowymi, a prowincja tonie w mroku? Jak na tle ekonomicznych indykatorów wypada Bundeswehra, w której brakuje nawet mundurów i namiotów, że o opłakanym stanie obrony przeciwlotniczej nie wspomnę? Dlaczego jest tak źle, skoro jest tak dobrze? Jeśli infantylnością mojego wnioskowania Państwa uraziłem, to najmocniej przepraszam, lecz nie jestem profesorem ekonomii i za żadną cenę nie potrafię udowodnić, że najlepiej w kraju dzieje się wtedy, gdy emerytury są mizerne, a kiełbasa droga.

Pomruk zza oceanu

Droga kiełbasa oraz brak poczucia bezpieczeństwa związanego z atakami islamistów spowodowały, że antyimigrancka i eurosceptyczna Alternatywa dla Niemiec (AfD) stała się drugim pod względem poparcia ugrupowaniem, wyprzedzając w sondażach SPD. Jeśli stan niemieckich budżetów domowych się nie poprawi, ów trend ulegnie pogłębieniu i wkrótce chadecy poczują na plecach opozycyjny oddech. Jestem niesamowicie ciekaw, jakiego manewru zamierza dokonać Merkel, aby wzmocnić sytuację mikroekonomiczną. Pragnę przypomnieć, że nad Loarą Emmanuel Macron przebąkuje o przewodniej roli Francji i Niemiec w Unii, ale traktuję to raczej jako zabieg psychologiczny mający wymusić dosypanie niemieckich – czyli unijnych – pieniędzy do paryskiego skarbca, borykającego się z długiem publicznym sięgającym już 97 proc. rocznego PKB.

Czy Czytelnicy wyobrażają sobie sytuację, że Staremu Kontynentowi będą przewodziły państwa, z których jedno potrzebowało pół roku, aby stworzyć rząd, a drugie potrząsa pustą szkatułą? Przecież taki stan rzeczy doprowadzi do dalszego drenowania regionów słabszych ekonomicznie, z byłymi demoludami na czele. Co zrobić w tej sytuacji? Proponuję wsłuchać się uważnie w gniewny pomruk Donalda Trumpa, podnoszącego opłaty za import stali i aluminium, co może doprowadzić do wojny celnej między USA a Niemcami, uczynić rachunek ewentualnych kosztów i strat oraz zająć elastyczne stanowisko. Jakie? Sądzę, że proamerykańskie, lecz ostateczna decyzja nie należy do mnie.

Howgh!


 

Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Samotnik. Nałogowy kawosz i czytacz politycznych newsów. Imię i nazwisko do wiadomości redakcji.

 

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Kluby ze stali

Z wielu względów lubię zjazdy klubów „Gazety Polskiej”. Przede wszystkim cenię sobie rozmowy z ludźmi z całego kraju. Nie zawsze są to przyjemne pogawędki. Często czeka mnie tam bura, że czegoś nie zrobiłem albo że coś mogłem uczynić lepiej.

Nie inaczej było w tym roku. Przed wyborami samorządowymi pojawiły się jednak nowe elementy. Wielu klubowiczów zwracało uwagę na trwałość układów lokalnych. Niemal każdy z moich rozmówców krytykował brak „miotły” w samorządach, która wykurzyłaby lokalne układy i układziki. Często jest to odbierane jako brak dobrej woli prokuratora, organów ścigania albo determinacji terenowych polityków Prawa i Sprawiedliwości. Niestety zbyt często jest tak, że samorządowe sitwy mają się bardzo dobrze, a politycy PiS jedynie przebierają nogami do tego, aby ten czy inny lokalny kacyk zaprosił ich na raut albo dał przemawiać podczas dożynek. Teren wskazuje również, że posłowie Dobrej Zmiany zbyt dużo energii tracą na wewnętrzne zwalczanie siebie nawzajem. Przeważnie klubowicze odczuwają to na swojej skórze, gdyż są sekowani i wręcz zwalczani przez prawicowych polityków. Kluby „GP” jednak trwają, bo wiedzą, że nie chodzi o stołek, pokazanie się czy 100 głosów, ale o coś znacznie ważniejszego. O suwerenność i niepodległość Polski.

Ten, kto myśli, że jest w stanie zniechęcić, zaszczuć i zastraszyć, jest naiwny jak dziecko. Tak jak stal hartuje się w ogniu, tak klubowicze przez lata przyzwyczaili się do wszelakich ataków i przykrości, jakie się im funduje. Będą robić swoje. Ku chwale Polski i pożytków swoich zapomniawszy.
 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl