Jak się nie dać postprawdzie?

„Czas postprawdy” Ralpha Keyesa to lektura obowiązkowa dla wszystkich świadomych uczestników debaty publicznej. I tych, którzy właściwie nie opuszczają Twittera i Facebooka, i dla tych, którzy wciąż wolą telewizję, radio, papierową gazetę. Autor zabiera nas w podróż po świecie medialnych oszustw nazywanych dziś postprawdą.

Gdy w 2003 r. ukazał się „Kod Leonarda da Vinci” Dana Browna, z pewnym smutkiem obserwowałem złośliwą radość, jaką ta powieść, zbudowana niczym labirynt krzywych zwierciadeł, w świetle których odbito katolicyzm, cieszyła się nie tak rzadko wśród osób wykształconych, ale raczej niechętnych Kościołowi. Moje poczucie rozczarowania ich postawą nie wynikało właściwie z przyczyn religijnych, zdumiewała mnie raczej cynicznie podjęta gra z antykatolickimi zmyśleniami, które ci ludzie byli w stanie rozpoznać, ale bawiło ich, że ktoś wrzuca kamienie do cudzego ogródka.

Świat pod znakiem zapytania

„Kod Leonarda da Vinci” był wręcz karykaturą „Imienia Róży” Umberta Eco. W przypadku tej drugiej książki bardziej wymagający czytelnik mógł rozpoznać, co jest postmodernistyczną grą z regułami literacko-historycznymi. „Kod Leonarda da Vinci” był „Biblią ubogich” na odwrót: sankcjonował wobec odbiorców jako wiedzę przeróżne religijne, kulturowe, propagandowe zmyślenia, ukazywał fałsz jako wiedzę tajemną, którą Kościół skrywa przed światem. Oczywiście wszystko w formie czytadła. Ale już wówczas można było odnieść wrażenie, że powieściowe zmyślenia przeobrażają się w „wiedzę potoczną”, czyli usankcjonowaną społecznie niewiedzę. Dziś tak właśnie funkcjonuje postprawda: narzędzie obosieczne, którym posługują się – w różnych okolicznościach – właściwie wszyscy.

„Kiedy troska o prawdę znika lub choć trochę słabnie, wszystko staje pod znakiem zapytania” – ten cytat ze św. Augustyna otwiera jeden z rozdziałów książki Ralpha Keyesa, amerykańskiego nauczyciela, wykładowcy i pisarza. Autor stara się opisać współczesny przekaz medialny: splątaną na bardzo różnych poziomach strukturę, w której „kłamstwa wypowiadane są mimochodem”. Nie, Keyes nie bagatelizuje postprawdy. Zastanawia się raczej, dlaczego tak bardzo globalna kultura współczesna, z jej naczelnym narzędziem, czyli mediami, zgubiła szacunek dla prawdy: „Martwi mnie to, że zniknęło odium otaczające kłamstwo, a wielu ludzi pogodziło się z tym, że można oszukiwać bezkarnie”.

Informacja i etyka

Czym jest zatem postprawda? Nie jest jedynie kłamstwem, zmyśleniem czy nieprawdą w nowych medialnych szatach. Stanowi przede wszystkim problem etyczny: „postprawdziwość mieści się w etycznej szarej strefie”. Dlaczego? Wszelki przekaz stał się instrumentem w ciągłej wojnie informacyjnej, w której choćby twitterowe hasztagi zmieniły się w skuteczną broń medialnego rażenia, więc z konieczności przemilczamy elementarne związki między prawdą a etyką. Mówiąc nieco obrazowo, traktujemy informację jak narzędzie. Owszem, nóż nie jest sam z siebie ani dobry, ani zły: można nim kroić chleb albo celowo skrzywdzić człowieka.

Z kolei wszelki fałsz (i prawda) w swoją strukturę mają wpisane cele etyczne: dalekosiężne skutki społeczne, kulturowe i nawet ekonomiczne. Dzięki (dez)informacji można zniszczyć reputację nie tylko jednostce, ale całym narodom. To dlatego socjolog Georg Simmel zwracał uwagę, że odrzucenie kłamstwa jest warunkiem przetrwania nowoczesnych złożonych społeczeństw, w których prawda i postprawda mogą wywołać efekty podobne do kuli śnieżnej: jeśli w życiu społecznym przeważy poczucie, że wszyscy oszukują wszystkich, bardzo trudno będzie choćby budować silne więzi społeczne i sprawne instytucje. A negatywny i nieprawdziwy obraz danego narodu czy państwa utrudni mu efektywne oddziaływanie w relacjach międzynarodowych.

Czas postprawdy?

Spory pożytek z książki Keyesa polega na tym, że w sposób przejrzysty i bardzo ciekawy prowadzi nas przez świat większych i mniejszych manipulacji. Interesuje go nie tylko polityka w ścisłym tego słowa znaczeniu, ale także polityka wielkich koncernów medialnych i postprawdy show-biznesu. Pisarz pokazuje, jak postprawdy nakładają się na siebie, a „niewinne kłamstewka” kumulują w szum informacyjny, który szybko staje się nie do przezwyciężenia przez pojedynczego człowieka o ograniczonych możliwościach poznawczych i niezdolnego do sprawdzania skmplikowanej faktografii, czy jak kto woli: materii rzeczywistości.
Autor „Czasu postprawdy” stwierdza: „Drobne łgarstwa przypominają nałożenie delikatnego makijażu – trochę cienia na powieki, może odrobinę różu na policzki, żeby lepiej wyglądać. Kłamanie w ten sposób jest nieodłączną częścią zarządzania wrażeniem.

Kiedy się przyjmuje, że »liczy się tylko wizerunek«, trudno oprzeć się pokusie jego poprawiania”. Codzienne drobne kłamstewka (zaniżanie wieku, podwyższanie dochodów w anonimowych ankietach) przeradzają się w problem, gdy zaczynają mieć wiążący wpływ na życie społeczne. Zdaniem Keyesa – co trochę nie dziwi ze względu na specyfikę amerykańskiego systemu usług zdrowotnych – zadziwiająco częste w USA jest fałszowanie wykształcenia medycznego. Według szacunków w Stanach 10 tys. osób posługuje się fałszywymi dyplomami ukończenia medycyny. Zdaniem badacza Amerykanie mają poczucie, że jednak warto ryzykować: bo fałsz może przynieść niezłe zarobki. Stąd nawet powiedzonko: „Fake it till you make it” (Fałszuj aż do skutku), które w czasach postprawdy stało się właściwie hasłem politycznym.

Znużenie postmodernizmem

Dość intrygujące i wymowne jest, że książka Keyesa, wydana w Polsce przez PWN pod patronatem „Kultury Liberalnej”, jest właściwie bardzo krytyczna wobec postmodernizmu. I w jego wymiarze akademickim, i co do oceny jego skutków społecznych.

Owszem, Keyes nie szczędzi krytyki nikomu, łącznie z Ronaldem Reaganem, ale widać też bardzo wyraźne odrzucenie postmodernistycznej strategii pojmowania prawdy i wiedzy. Poza salami akademickimi (które przecież nie są apolityczne) postmodernizm dość łatwo zbratał się z niepisaną ideologią i codziennie zapisywaną w milionach fake newsów praktyką postprawdy.

Jeśli liberalne czasopismo idei decyduje się reklamować swoim szyldem książkę, która uderza w „postmodernistyczne świętości”, oznacza to, że przynajmniej część liberalnej inteligencji w Polsce uświadamia sobie, w jaką wpadła pułapkę. Nie da się już dłużej radośnie bawić relatywizmem poznawczym: jego lekkość okazuje się społecznie nieznośna. I w ciągu ostatniej dekady, w formie triumfu postprawdy, wyrządziła znaczne szkody także liberalnej wizji demokracji, która w swoich bardziej klasycznych wersjach zakłada jednak odpowiedzialną wolność. A postprawda odrzuca tę odpowiedzialność: na poziomie społecznym, kulturowym, etycznym, politycznym jest po prostu grą pozorów – w której wygrywają ci, którzy są w stanie wyprodukować i wypromować większą liczbę fake newsów.

„Czas postprawdy” nie jest nudnym moralitetem, jest lekturą, w trakcie której nieraz się ironicznie uśmiechniemy, nieraz zirytujemy, nierzadko zadumamy. Kłamstwa są jak karaluchy – pisze Keyes – kiedy wykryjemy jednego, możemy podejrzewać, że w pobliżu kryją się inne. Ale przyrodzona naturze ludzkiej dociekliwość, która prowokuje do pytania, co różni prawdę od nieprawdy, jest zabójcza dla nieprawdy. I daje nadzieję wszystkim ludziom dobrej woli, niezależnie, czy są politykami, wyborcami, dziennikarkami, czy po prostu wolą przeczytać w gazecie solidną dawkę prawdy zamiast nużących kłamstw.
 

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Co zrobić z tym Nitrasem?

O Nitrasie znów jest na chwilę głośno. Na posła została nałożona kolejna kara finansowa. Tym razem polityk Platformy Obywatelskiej dostał po kieszeni za chamskie wrzaski i ciągłe zakłócanie sejmowego wystąpienia premiera Morawieckiego. I tak sobie pomyślałem, czy to słuszna droga? Jasne. Tacy politycy robią z sejmu cyrk, a właściwie chlew, bo jednak cyrk wymaga i pewnych umiejętności, i żelaznej dyscypliny.

Ale serio, co nam da ukaranie Nitrasa? Powiedzmy sobie szczerze. Ten Nitras to jak na poziom PO wyjątkowo nijaki typ. Może stąd ta jego furia i kompulsje? Jego koledzy z partii chociaż coś osiągnęli. Są sławni, mają się czym pochwalić.

Brejza prawie zginął od niedopałka wrzuconego do klopa TOI TOI. Szczerba zdołał utknąć w kiblu i to tak widowiskowo, że pół Polski wciąż mu to pamięta. Nawet taka Kinga Gajewska dała się światu poznać jako ekspertka od historii, zwłaszcza Konstytucji 3 maja. Cóż, jaka partia, takie dokonania jej posłów. Na tym tle wyczyny Nitrasa bledną. Czym może się poszczycić? Katarem? Nie on jeden cierpi na chroniczne przeziębienie. I akurat jego dopadła karząca ręka sprawiedliwości? Co gorsza, dopadła jego portfel, a wiadomo – walka o demokrację to jedno, a możliwość częstego jedzenia sushi i biegania po drogich klubach nocą to drugie. I patrząc tak na zbolałą minę posła, jak i słysząc jego płaczliwe wypowiedzi, zaczynam się bać, że ze strachu o forsę Nitras gotów jest wejść na wyższy poziom ewolucji i zejść z drzewa. I co właściwie nam to da? Ja szanuję Nitrasa. Za lata żelaznej konsekwencji w byciu pajacem w sejmie. Za to, że całym sobą pokazuje ofertę pewnej opcji politycznej – chlew, chamstwo i zadyma. Będzie świetnym kandydatem na prezydenta Szczecina, zapewniając od razu zwycięstwo swojemu konkurentowi. No i można pokazywać go nastolatkom jako przykład tego, do czego może prowadzić zbyt częsty katar. Taki Nitras się przydaje i robi wiele dobrego dla społeczeństwa. Dlatego naprawdę chciałbym, żeby pozostał dalej sobą. Nie próbujmy proszę go zmieniać. A Państwo co sądzicie? 
 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl