O Azerbejdżanie całkiem inaczej

Poprzednio mówiliśmy o Gruzji, dziś zajmiemy się drugim kaukaskim krajem mogącym się stać ważnym ogniwem rodzącego się bloku Międzymorza. W Polsce bardzo mało się wie o Azerbejdżanie, w przekonaniu przeciętnego rodaka jakimś tam państewku w Azji, bez żadnego dla nas znaczenia. W rzeczywistości zaś jest to kraj jak najbardziej europejski, a z racji położenia i znakomitego wykorzystania bogactw naturalnych – lokalne mocarstwo. W dodatku – o czym się wie jeszcze mniej – życzliwe Polsce i mogące wspomóc nas w dążeniu do całkowitego uniezależnienia się od rosyjskiej ropy i gazu. Ale po kolei…

Azerbejdżan to kraj paradoksów – dziś jego ludność w 97 proc. to wyznawcy islamu, choć dwa tysiące lat temu na tych ziemiach istniało jedno z pierwszych państw chrześcijańskich – Albania Kaukaska. Bezpośrednimi potomkami Albanów są Udini, maleńka obecnie grupa narodowościowa zachowująca własny język, alfabet i wiarę, wspierana… przez muzułmańskie państwo! Robiąc film o Albanii Kaukaskiej, przekonałem się, że w Azerbejdżanie panuje autentyczna tolerancja religijna, i to niezarządzona odgórnie. Chrześcijańskie święta obchodzi się tu wspólnie z muzułmańskimi sąsiadami, a na stołach biesiadnych nie brakuje wina i miejscowej bardzo mocnej wódki wyrabianej z morwy lub ajwy.

Islam na Kaukazie jest inny

Bo tu jest Kaukaz i antyalkoholowe zapisy Koranu nijak się mają do tutejszej żywiołowej obyczajowości! Tłumacząc na polski azerbejdżański epos narodowy o szlachetnym zbójniku Korogłu, co rusz napotykałem opisy wspaniałych uczt, wyprawianych przezeń po każdej udanej wyprawie, gdzie wino lało się istnymi rzekami, choć biesiadnicy byli wiernymi wyznawcami islamu – i tak jest do dzisiaj.

Taki islam – tolerancyjny, zgodnie współżyjący z chrześcijańskimi sąsiadami w kraju i za granicą – Europa i my powinniśmy wspierać i przeciwstawiać go fanatycznym arabskim wyznawcom dżihadu.

Kolejnym paradoksem jest fakt, że ludność Azerbejdżanu liczy ok. 10 mln, ale aż 24 mln Azerów mieszka… w Iranie! A dokładniej na terenach, które włączono do Persji w wyniku rozbioru Azerbejdżanu dokonanego przez zwycięską Rosję i pokonaną Persję w 1813 r. na mocy traktatu pokojowego w Gulistanie. Skolonizowany przez Rosjan kraj zyskał niespodziewaną szansę na gwałtowny rozwój w momencie odkrycia niesłychanie bogatych zasobów ropy naftowej na wybrzeżach Morza Kaspijskiego.

Ówczesny bakijski boom przełomu XIX i XX w. przyniósł fortunę wielu cudzoziemcom, np. firmie Bracia Nobel – to na ropie, a nie na dynamicie zrobił pieniądze Alfred – a w rozwój przemysłu naftowego mieli ogromny wkład Polacy, do dziś pamiętani i szanowani w Azerbejdżanie, a niemal zapomniani w ojczystym kraju…

Polscy bohaterowie Azerbejdżanu

Inżynier Witold Zglenicki jest postacią wybitną na skalę światową – to on pierwszy odkrył, że główne zasoby ropy naftowej zalegają nie na lądzie, ale na podmorskim szelfie i tam właśnie zaczął ją eksplorować, co przyniosło mu pokaźną fortunę.

Umierając bezpotomnie w dalekim Baku, nie zapomniał o ojczyźnie, zapisując większość dochodów z ropodajnych działek słynnej Kasie im. Mianowskiego, wspierającej rozwój polskiej nauki. Powołana w 1881 r. przez tak zasłużonych dla kraju ludzi, jak Prus, Sienkiewicz, Chałubiński, bracia Kronenbergowie, Kasa cierpiała na stały niedostatek finansów, aż nagle na skutek testamentu Zglenickiego od 1904 r. aż do I wojny światowej zaczęła otrzymywać tak olbrzymie kwoty, że nie była w stanie ich w pełni wykorzystać! Tylko w latach 1908–1915 z jego legatu dotarło do Kasy Mianowskiego w Warszawie prawie 1,5 mld rubli!

Witold Zglenicki współdziałał też z wybitnym azerbejdżańskim mecenasem postępu nauki i techniki, Hadżim Tagijewem, na forum Bakijskiego Oddziału Imperatorskiego Rosyjskiego Towarzystwa Technicznego propagował ideę tworzenia na terenach azerskich i polskich szkół rzemieślniczo-artystycznych, przekonany o wspólnych wysokich potrzebach estetycznych i zdolnościach Polaków oraz narodów kaukaskich. Gdy starania te nie zyskały odzewu, Zglenicki swoim testamentem sam zadbał o ich realizację: „...na utworzenie w mieście Baku szkoły rzemieślniczo-artystycznej, gdzie kształcić się winni rzemieślnicy wyrobów ze złota i srebra o orientalnym smaku – 50 tysięcy rubli, przy czym proszę starać się o otrzymanie od miasta bezpłatnej działki pod budowę budynku dla tej szkoły; na utrzymanie jej proszę wydawać corocznie w ciągu dziesięciu lat po 5 tysięcy rubli”.

„Polskie lobby” w Baku

Aby szybko przeskoczyć do współczesności, już w 1904 r. od Baku w Azerbejdżanie przez Gruzję do portu w Supsie współpracownik Zglenickiego, również Polak, inżynier Rozwadowski, budował pierwszą magistralę naftową. Dziś dokładnie na tej samej trasie działa gigantyczny rurociąg zbudowany przez British Petroleum na mocy tzw. umowy wieku, zawartej przez poprzedniego prezydenta Azerbejdżanu Hejdara Alijewa.

Polska była żywotnie zainteresowana jego budową, gdyż spora część tej ropy płynęła do ukraińskiego portu Piwdennyj pod Odessą, skąd miała docierać przez Brody do Płocka! Tyle że Ukraińcy swoją część do Brodów zbudowali, a rządzona przez SLD, a potem Platformę Polska nie zrobiła nic, by się uniezależnić tym sposobem od monopolu Rosji…

Jedynie Lech Kaczyński konsekwentnie zacieśniał przyjazne stosunki z Azerbejdżanem, wielokrotnie zapraszając do Polski prezydenta Ilhama Alijewa i często lobbując na rzecz polskiej energetyki w Azerbejdżanie.

Miałem okazję towarzyszyć prezydentowi RP w jednej z takich podróży w 2007 r. Jednym z punktów programu była na pozór czysto kurtuazyjna wizyta w stołecznym Uniwersytecie Słowiańskim, którego prezydent Kaczyński został doktorem honoris causa w 2005 r.

Na powitanie chór uczelniany odśpiewał po polsku „Mazurek Dąbrowskiego”, a rektor wygłosił mowę piękną, literacką polszczyzną. Później ze zdziwieniem dowiedziałem się, że wbrew moim przypuszczeniom kilka tysięcy absolwentów polonistyki z Baku w ogóle nie ma żadnych polskich korzeni (sądziłem, iż znaczna ich część to potomkowie licznych na Kaukazie popowstaniowych zesłańców), a wybrali te studia po prostu z sympatii i podziwu dla Polski, i jej osiągnięć w walce o wolność i pełną suwerenność! Taki ogromny potencjał zaufania, zamiast stać się mocnym opiniotwórczym „polskim lobby” w Azerbejdżanie, od śmierci prezydenta Kaczyńskiego marnował się bez żadnego wsparcia ze strony polskiego MSZ-etu pod kierunkiem Radosława Sikorskiego…

Za wolność „naszą i waszą”

A przecież nie tylko przesłanki ekonomiczne nas łączą, ale i walka o niepodległość: Azerbejdżan również odzyskał niepodległość w 1918 r., a liczna grupa polskich Tatarów z gen. Maciejem Sulkiewiczem odegrała ogromną rolę w organizowaniu sprawnej administracji młodego państwa, pierwszej demokracji w kręgu cywilizacji islamskiej. Generał, w nowej ojczyźnie znany jako Sulejman Sulkiewicz, z niezwykłą energią przystąpił do organizowania armii azerbejdżańskiej, co kosztowało go życie – został rozstrzelany przez bolszewików po zawojowaniu Azerbejdżanu przez Sowiety w 1920 r. Piękną książkę „Tatarzy polscy w służbie Azerbejdżanu”, którą miałem przyjemność przetłumaczyć na polski, poświęcił im były ambasador tego kraju w Polsce Vilayat Guliyev.

Przykładem walki „za naszą i waszą” w odwrotną stronę jest azerbejdżański książę Veli bek Jedigar, po podbiciu Azerbejdżanu przez Sowietów na przymusowej emigracji, od 1922 r. oficer Wojska Polskiego, dyplomowany podpułkownik – absolwent Wyższej Szkoły Wojskowej w Warszawie, ulubiony „Turek” marszałka Piłsudskiego, kawaler Virtuti Militari za udział w wojnie obronnej 1939 r., żołnierz Armii Krajowej, twórca pierwszej konspiracyjnej podchorążówki i pułku „Jeleń”, wreszcie dowódca całej akowskiej kawalerii w Komendzie Głównej AK.

Gdy jeszcze wspomnieć, że Mehmet Rasul-zade, najważniejszy z twórców demokratycznego Azerbejdżanu w 1918 r. – po jego podboju przez Rosjan schronił się na długie lata w Warszawie, gdzie nie tylko współpracował z marszałkiem Piłsudskim w ruchu prometejskim, ale także znalazł polską żonę o imieniu Wanda, widać, że łączą nas nie tylko interesy, ale i więzi przyjaźni.

Jaką zatem lekcję powinna wyciągnąć polska polityka zagraniczna z tej zadziwiającej i wielowątkowej historii? Otóż taką, że polityka owa w żadnym razie nie może się kończyć na wschodnich opłotkach za Bugiem, a na jakimś tam odległym Kaukazie niech się dzieje, co chce. Bo wtedy będzie się tam działo, co chce ktoś inny, a otwarcie nam wrogi – imperialna Rosja!

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Polityka przy pomidorowej

Ojciec przychodził z fabryki codziennie o godz. 14.30. Niezależnie od tego, czy był skwar, czy padało, punktualnie o tej godzinie było słychać jego klucz otwierający drzwi naszego mieszkania na łódzkim blokowisku. O godz. 14.45 siadaliśmy przy kuchennym bufecie do wspólnych rodzinnych obiadów, z których dziś, po ponad 35 latach, najlepiej pamiętam ojcowskie opowieści o polityce.

Wydział montażu maszyn włókienniczych, gdzie pracował, był chyba najbardziej rozpolitykowanym miejscem w Polsce, dlatego każdego dnia oczekiwałem kolejnej porcji wiadomości i komentarzy. Gdzieś późną wiosną 1982 r. gruchnęła nieoczekiwana plotka, którą przyniosła z pracy oburzona mama, że zachodnioniemiecki „Der Spiegel” miał opublikować wizerunek Stanisława Mikulskiego, filmowego Hansa Klossa, w mundurze oficera Abwehry z komentarzem sugerującym, że tak wygląda bożyszcze polskich kobiet. Fotografia była jak yeti – wszyscy o niej gorączkowo mówili, ale nikt jej nie widział. Tata wysłuchał relacji swojej poruszonej małżonki ze stoickim spokojem, po czym powiedział, że to chyba kłamstwo i jakaś niemiecka propaganda, bo jego kolega Heniek zwany „Pączkiem”, będący szczęśliwym posiadaczem kuzynki koło Hamburga, na pewno by coś wiedział. Z tamtego posiłku zapamiętałem trzy rzeczy: tytuł gazety „Der Spiegel”, sposoby siania niepokoju społecznego i smak polityki przy pomidorowej.

Czołgów nie widziałem

Polityki przy pomidorowej nie uprawiam już od dawna, lecz treści zawarte w niemieckim tytule prasowym śledzę z zainteresowaniem. Kilka dni temu natknąłem się na streszczenie zadziwiającego artykułu rozprawiającego o kryzysie demokracji liberalnej w takich krajach jak Polska i Węgry. Absolutnie nie jestem specjalistą od „demokracji gulaszowej”, dlatego postanowiłem skupić uwagę na rzeczach tyczących naszego kraju i gdybym miał podsumować tekst jednym zdaniem, to brzmiałoby ono następująco: kawał beznadziejnej, eklektycznej i niespójnej propagandy, napisanej przez sklecony naprędce, niedouczony zespół ludzki, powołujący się na opinie podobnych sobie indolentów. Jeśli są Państwo zaskoczeni brutalnością mojej oceny, to bardzo przepraszam, ale jak mam nazwać autorów opracowania traktującego o mojej ojczyźnie, które otwierane jest przywołaniem takich przywódców jak Władimir Putin czy Recep Tayyip Erdoğan, a następnie zręcznie zestawia z nimi osobę Jaro-sława Kaczyńskiego? Chciałbym autora owej myśli strzelistej zapytać, gdzie chciałby być nocą z 15 na 16 lipca 2016 r. – w Istambule czy w Krakowie? Tak, to była słynna noc z piątku na sobotę, kiedy na ulicach tureckich miast pojawiły się czołgi, a świat obiegła elektryzująca wiadomość o nieudanej próbie przeprowadzenia wojskowego zamachu stanu nad Bosforem. Nie wiem, co się wówczas działo na krakowskim rynku, gdyż siedziałem grzecznie przed telewizorem, ale kilka dni temu, w towarzystwie jednego z redakcyjnych kolegów, żłopałem piwsko tuż obok Sukiennic i zapewniam, że żadnych pojazdów oprócz dorożek wożących turystów nie stwierdziłem oraz idę o zakład, że dwa lata temu było identycznie.

Ciężko uwierzyć

Założę się, że autorzy nie mają pojęcia o czym piszą, stwierdzając nasze cofnięcie się do epoki autorytaryzmu i kompilując to z bliżej nieokreślonymi sugestiami o kryzysie nominowania polityków wybranych w wyborach czy wolności prasy. Tak, teutońscy propagandyści, mam zaszczyt i przyjemność poinformować was, że to właśnie wasz prezydent Frank-Walter Steinmeier skamlał podczas noworocznego orędzia pół roku temu, prosząc społeczeństwo „o wyrozumiałość i cierpliwość”, gdy od wyborów upłynął kwartał, a wy wciąż nie mieliście gabinetu. Wpadliście w panikę, kiedy się okazało, że w wyniku pseudodemokratycznych działań waszej kanclerz Angeli Merkel, która ściągnęła wam tysiące islamskich specjalistów od władania maczetami na ulicy, do głosu doszła neofaszystowska partia Alternatywa dla Niemiec (AfD) i nagle wyszło na jaw, że przyzwyczajeni od lat do koryta chadecy z CDU/CSU i socjaldemokraci z SPD musieliby się zająć czymś innym niż szlifowanie korytarzy w Bundestagu. Ponieważ jedyną rzeczą, którą niemieccy politycy potrafią robić poza ględzeniem, jest przytulenie się do gazowych interesów satrapy Putina, czego Gerhard Schröder jest sztandarowym przykładem, a tam dla wszystkich miejsca nie wystarczy. Kombinowano zatem długo, aż udało się po pięciu miesiącach od elekcji sklecić na siłę rząd. Czasem nawet mnie, politycznemu realiście i cynikowi, trudno uwierzyć w takie historie.

Historia również nie jest najmocniejszą stroną autorów tekstu, a o historii Polski to już bladego pojęcia nie mają. Czy wyobrażają sobie Państwo, że te „bystre pióra” źródeł dzisiejszego wyimaginowanego polskiego autorytaryzmu doszukują się w spuściźnie XIX-wiecznej monarchii? Wiem z doniesień prasowych, że w gospodarce niemieckiej nie dzieje się zbyt dobrze, ale nie miałem bladego pojęcia, że kryzys jest na tyle głęboki, aby redakcji nie było stać na podłączenie internetu do komputerów swoich żurnalistów, bo gdyby go mieli, to przekonaliby się, że Polski nie było na mapie świata od roku 1795 i ten stan utrzymywał się aż do listopada 1918 r. Więc o jakiej monarchicznej spuściźnie mowa – o tej kaiserowskiej, kremlowskiej czy cesarsko-królewskiej? Wszystkie trzy wchodzą w grę, gdyż od każdej czegoś doświadczyliśmy – choćby „furor teutonicus” od pierwszej, dobrodziejstw syberyjskiego klimatu od drugiej, a trzecia, ta najmniej szkodliwa, wysysała nas jedynie gospodarczo. Jakby tego było mało, jako przyczyny dzisiejszej sytuacji przywoływane są okres międzywojenny i czasy komunizmu. Ile złej woli trzeba w sobie mieć, aby dwudziestolecie międzywojenne, czyli etap potwornego wysiłku całego narodu przy odbudowie zniszczonego zaborami państwa, wkomponować negatywnie w teraźniejszość, a następnie płynnie przejść do czasów hegemonii pobratymców Stalina, sprytnie deprecjonując w tym zakresie rolę lat 1939–1945?

Pozostaje współczuć

Lata 1939–1945 odcisnęły straszne piętno na losach narodu polskiego. To one skutkowały realnym socjalizmem, związaną z nim biedą i degrengoladą powojennego społeczeństwa. To oszalały Austriak został głosami Niemców wyniesiony na wyżyny władzy i to jego wyznawcy zbudowali na terenie okupowanej Rzeczypospolitej obozy koncentracyjne, fabryki śmierci, tak chętnie nazywane dzisiaj polskimi. To Niemcy podpalili świat od Dunkierki po przedmieścia Moskwy i to Niemcy są odpowiedzialni za PRL-owkie rządy pomazańców gruzińskiego dewianta i jego następców. To Niemcy są grabieżcami i łupieżcami, którzy wywozili z Polski nasze dzieła sztuki i dobra na-rodowe. To na terenie Niemiec moi dziadkowie Roch i Jan stracili najpiękniejsze lata życia, pracując niewolniczo jako robotnicy przymusowi, a pod koniec życia rzucono im ochłap w postaci kilku niemieckich marek będących erzacem zadośćuczynienia. Czy ja mam się dziś godzić, aby szwabski tygodnik z typowo teutońską wyższością i butą oceniał mentalność moich rodaków i rządu wybranego w demokratycznych wyborach? No wasze niedoczekanie! Parafrazując klasyka, rzeknę, że nie ma na to mojej zgo-dy! Mam nadzieję, że Czytelnicy podzielają mój pogląd i jednocześnie wybaczą mi bardzo emocjonalne tony, jakie zawarłem w tym tekście, ale zwyczajnie inaczej nie po-trafię. Kończąc, mogę jedynie współczuć niemieckim pseudodziennikarzom, że swoje młode lata spędzili, konsumując tłustą golonkę w piwie i słuchając jakiejś topornej propagandy, a nie uprawiając wysublimowaną politykę przy pomidorowej.

Howgh!

Udostępnij

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl