Historia jak kamień, historia jak chleb

  

Przez dekady III RP bardzo często słyszałem ze strony liczącej się lewicy i mainstreamowych liberałów, że Polacy powinni się oduczyć myślenia o rzeczywistości za pomocą symboli, że polityka historyczna jest passé, że nowoczesne państwa nie walczą o przyszłość, opierając się na historii. Ale to nie była i nie jest prawda.

Ostatnie tygodnie pokazują dobitnie, że – nie po raz pierwszy – w najlepszym razie te środowiska się zdecydowanie myliły, w najgorszym – próbowały wprowadzić opinię publiczną w błąd. Programowy ahistoryzm albo narracje snute w zgodzie z pedagogiką wstydu też są przecież formą polityki historycznej – tyle że dostosowują opowieść do dobrze widzianych gdzie indziej historii. Rosjanie, Francuzi, Austriacy, Amerykanie – gdyby prześledzić uważnie zakurzone zakamarki pamięci, okazałoby się, że znajdziemy tam niezły katalog wstydliwych spraw.

Rosja i Żydzi

Choćby relacje Żydów z Rosją właściwie przez całe dzieje (zarówno za białego, jak i czerwonego caratu) były naprawdę trudne. W Polsce pamiętamy np. o akcesie relatywnie niewielkiej części polskich i rosyjskich Żydów do komunizmu, ale ogromna większość żydowskiej diaspory na różne sposoby ucierpiała od rosyjskiego i sowieckiego antysemityzmu, nierzadko bardzo mocnego instytucjonalnie. Dobrze pokazuje to choćby książka „Widziałem Anioła Śmierci. Losy deportowanych Żydów polskich w ZSRR w latach II wojny światowej”.

Ta praca to relacje ocalałych, nazywane „protokołami palestyńskimi”, spisane i zebrane przez Centrum Informacji Rządu Polskiego na Wychodźstwie na Bliskim Wschodzie w latach 1942­–1944 i zdeponowane w Instytucie Hoovera przy Uniwersytecie Stanforda w Kalifornii. W formie książkowej rzecz ukazała się na polskim rynku księgarskim dopiero w 2006 r. Wiele o relacjach Rosjan i Żydów mówi też erudycyjna praca popularnonaukowa „Czerwona księga. Stalin i Żydzi” pióra Arno Lustigera. W zbeletryzowanej, przejmującej formie o sowieckim antysemityzmie, w którym bardzo czuć jeszcze stary wielkoruski przesąd, opowiadają książki „Nie odwracaj twarzy od śmierci” i „Park niepotrzebnych Żydów” Grigorija Kanowicza.

Francja i Austria: rzecz o cieniach

A Francuzi? „Promieniowania” Ernsta Jüngera, hitlerowskiego oficera i myśliciela (pod którego urokiem bywają również niektórzy współcześni konserwatywni intelektualiści w Polsce) rzucają wymowne światło na Paryż w czasie wojny. Gdy w Polsce wyrzynano inteligencję, Jünger w Paryżu bywał u francuskiej inteligencji i arystokracji z najwyższych rodów. Dla nich okupacja była uciążliwa, niosła cień zagrożenia, ale nie wiązała się z totalnym strachem i groźbą eksterminacji. Śmietanka towarzyska francuskiej stolicy pod okupacją nie była zagrożona planowanymi i realizowanymi akcjami zagłady, tak jak polska profesura, inteligencja – nie tylko w Poznańskiem.

I więcej jeszcze, państwo Vichy po prostu kolaborowało z hitlerowskimi Niemcami. Wymowna historia: francuski potentat z branży tekstylnej, Marcel Boussac, który w II Rzeczypospolitej przejął od państwa, a następnie zrujnował Zakłady Żyrardowskie, w czasie II wojny światowej dostarczył Kriegsmarine 110 mln m tkanin. Po wojnie nie został osądzony, współpracował z armią amerykańską, śledztwo w jego sprawie zostało zamknięte bez konsekwencji na początku 1947 r. Boussac pomógł później Christianowi Diorowi otworzyć dom mody w Paryżu. Dodajmy, że ludzie pokroju Boussaca nie pracowali przecież sami, mieli mnóstwo krajan za podwładnych i współpracowników. Oni wszyscy są dziś jednak niewidzialni, ponieważ ofiary Holokaustu upchnięto w innym zakątku Europy, a współpracownicy katów pracowali na sukcesy niemieckiego narodowego socjalizmu choćby zza biurek we Francji.

Wiele można by mówić również o hitlerowcach z Austrii. Byli wśród nich Odilo Globocnik, odpowiedzialny m.in. za zbrodnie na Zamojszczyźnie; Franz Stangl, komendant obozów w Treblince i Sobiborze; Otto Gustav von Wächter, gubernator dystryktu galicyjskiego i krakowskiego Generalnego Gubernatorstwa. Szefem Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy był też Austriak Ernst Kalltenbrunner. Austriakiem był Adolf Eichmann, skazany na karę śmierci w Izraelu po tym, jak porwały go z Argentyny izraelskie służby specjalne. Ponad tysiąc członków SS i policji z Austrii brało udział w pacyfikacji powstania w warszawskim getcie. Co wymowne, już po II wojnie światowej zbrodniarze wojenni z Austrii w większości wypadków sądzeni byli przez sądy austriackie (a nie przez aliantów). Niewielu z nich stanęło przed trybunałem norymberskim.

Mówmy spokojnie, ale stanowczo

Wiele dałoby się powiedzieć o możliwych powodach, dla których ignorowano płynące w czasie II wojny światowej właśnie od Polaków sygnały o gehennie na wschodzie Europy, o wyniszczaniu Żydów, Polaków, Romów. Krótki szkic sytuacji pozwala dobrze zrozumieć, że wojenna machina Niemiec, że zbrodniczy narodowosocjalistyczny totalitaryzm miał współpracowników w mało dla wielu oczywistych miejscach. Z jednej strony toczono wojnę – z drugiej robiono interesy. Po wojnie poszczególni alianci dostosowali politykę historyczną do własnych potrzeb, często chętnie korzystając jednak z usług byłych nierozliczonych zbrodniarzy. Mówiono o tym oczywiście w czasach PRL-u, ale wiadomo, że w znacznej mierze było to robione pod potrzeby i oczekiwania Moskwy, która miała własne zbrodnie na sumieniu, i własne dawne sojusze z Hitlerem, o których nie wolno było wspominać.

Z hitlerowskimi Niemcami współpracowały albo instytucje, albo wielki prywatny lub państwowy kapitał z państw takich jak Francja czy ZSRS. Austriacy zaś, choć uchodzą za ofiarę hitlerowskich Niemiec, w znacznej mierze budowali tamten reżim. Dziś jednak odium historycznego zła spada przede wszystkim na Polskę. Wyzwanie, przed jakim stoimy, wymaga i stanowczego, i delikatnego postępowania. Jeżeli chcemy walczyć dziś o pamięć, to nie możemy zdawać się na krótkie, gorące, dyplomatyczne spięcia.

Dziś potrzeba zespołu złożonego z historyków, znawców marketingu politycznego, ludzi kultury, a także specjalistów od mediów społecznościowych, zdolnych nie tylko pokazywać polskie racje, ale także wpływać na międzynarodową opinię publiczną z pomocą faktów. Również tych przedstawionych wyżej. Trzeba pokazać światu – spokojnie, ale stanowczo – sprawy, które także na Zachodzie wygodniej było przez lata przemilczeć. Ale skończmy już z pospolitym ruszeniem, z tą wiarą, że wystarczy paru znajomych z dużym budżetem, żeby wygrać swoje – zainwestujmy w sprawną instytucję solidne pieniądze. Historia może być jak kamień albo jak chleb – można się nią karmić, można nią uderzać. I jak się wydaje, z zasady służy jednemu i drugiemu – nawet w świecie bez wojny.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...
Tagi

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl