Skąd wzięła się nasza szturmowa brygada?

Uznanie, jakim Jarosław Kaczyński obdarzył kluby i czytelników „Gazety Polskiej”, nie jest ani rachubą polityczną, ani efektem wzruszającej chwili na gali 25-lecia odnowienia wydawania tego tytułu (który liczy sobie już 191 lat). Sądzę, że Kaczyński myśli tak naprawdę. Nikt tak jak szef PiS oraz Antoni Macierewicz nie zna naszych czytelników.

Macierewicz był bodajże na każdym zjeździe klubów „Gazety Polskiej”, a Kaczyński na większości. Są z nami dostatecznie długo, żeby poznać to środowisko. W ostatnich latach widziałem dużą aktywność Mateusza Morawieckiego na naszych spotkaniach. Potrafił dotrzeć dwukrotnie na ten sam zjazd. Mądry człowiek wie, gdzie warto być.

O ile tradycyjny elektorat PiS nazywany jest twardym elektoratem, o tyle kluby i czytelnicy zapewne zasłużyli na miano „supertwardzieli”. Są to liderzy opinii w swoich regionach, społeczni aktywiści, byli działacze Solidarności, NZS, KPN czy Solidarności Walczącej. Nigdy nie byli moim „orężem” ani „wojskiem” „Gazety Polskiej”. Spotkali się pod naszym sztandarem i korzystają z niego, by robić to, co czynili zawsze. My im to jedynie ułatwiamy. Mają do nas zaufanie, choć przecież często różnimy się między sobą, a czasem popełniamy błędy. A jednak jest w tym środowisku ogromna siła.

Wynika ona z przywiązania do polskości, do wiary w misję, jaką powierzył nam Bóg, wreszcie z poczucia przynależności do wspólnoty. Ów niezwykły patriotyzm nie zamykał nas na inne narody. To kluby „Gazety Polskiej” organizują wyjazdy na Węgry 15 marca, w rocznicę ich narodowego święta.

Kluby obecne były na Majdanie, kiedy Ukraińcy podjęli walkę o wolność. Wszędzie, gdzie działają, współpracują z miejscowymi społecznościami. Zdolność do współpracy przy jednocześnie ogromnej odwadze w mówieniu prawdy najbardziej cechuje to środowisko. Tylko tak można coś osiągnąć. I takich ludzi szukamy. Czasem przychodzą do nas inni. Na nikogo poza zdrajcami się nie zamykamy, ale muszą przyjąć cechy tego środowiska albo wcześniej czy później odchodzą. 

Jeżeli zastanowić się, skąd biorą się takie cechy, trzeba spojrzeć na polską historię. Polacy kiedyś tacy byli: gościnni, tolerancyjni i bardzo odważni – jednocześnie tradycyjni. Jesteśmy produktem niezwykłej historii I Rzeczypospolitej i stamtąd czerpiemy siłę. Tylko tacy ludzie mogli dokonać zmiany dzisiejszej Polski. 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Efekt wysokiego deficytu samokontroli

Zapewne wbrew intencjom, ale nikt tak mocno nie przemawia na rzecz konieczności reformy sądownictwa, jak sami sędziowie. Zachowanie tego środowiska w sprawie dyscyplinarnej sędziego Mirosława Topyły jest zwyczajnie żenujące. Zwykłych Kowalskich sądy skazują za błahe lub absurdalne przewinienia. A tymczasem w sprawie kolegi Sąd Najwyższy uznał, że rzekome roztargnienie przedstawiciela Temidy i doskonała opinia w pracy są wystarczającym usprawiedliwieniem.

Choć Mirosław Topyła pełnił funkcję wiceprezesa Sądu Rejonowego w Żyrardowie, stał się najbardziej rozpoznawalnym sędzią w Polsce. Zawdzięcza to wydarzeniom z marca 2017 r., kiedy z lady na stacji benzynowej ukradł 50 zł. Poszkodowaną była starsza pani.

Kabaret w Sądzie Najwyższym

Na monitoringu ze sklepu widać, jak sędzia trzyma w jednej ręce portfel, drugą chwyta 50 zł i wkłada je do kieszeni kurtki. Nie wyglądał bynajmniej na przemęczonego, raczej na sprytnego kieszonkowca, który skorzystał z okazji, by sobie dorobić. Sąd Najwyższy jednak ocenił to zachowanie zupełnie inaczej.

Co ciekawe, według najważniejszych polskich sędziów, nieprawidłowy był również werdykt sądu I instancji – Sądu Dyscyplinarnego w Łodzi. Przypomnijmy, tam Mirosław Topyła został uznany za winnego kradzieży i zastosowano wobec niego najwyższą karę dyscyplinarną, dostępną w tego typu sprawach – wydalenie ze stanu sędziowskiego.

Sąd Najwyższy, kierując się zapewne wyższą koniecznością i poczuciem sprawiedliwości, uniewinnił sędziego, a tym samym zmienił wyrok sądu dyscyplinarnego I instancji – czyli Topyła z zawodu nie będzie wydalony. Dlaczego? Otóż, miał on tego dnia być przemęczony pracą, roztargniony i chociaż do kradzieży banknotu należącego do staruszki doszło, stało się to „automatycznie”. Kolejne argumenty Sądu Najwyższego są również zastanawiające. Topyła zawsze dbał o reputację, był sumiennym sędzią, cenionym w środowisku. I dlatego to środowisko nie pozwoliło na poniesienie jakichkolwiek konsekwencji.

Mimo że mówimy o kimś, czyja wiarygodność powinna być ponad wszelką wątpliwość, bo ma wydawać wyroki w imieniu Rzeczypospolitej, czy oczyszczony z zarzutów w ten sposób sędzia będzie miał autorytet?

Kabaret robi i Topyła

Gdyby rzeczywiście doszło do fatalnej pomyłki, jak ocenił Sąd Najwyższy, Topyła nie chowałby jak drobny złodziejaszek banknotu do kieszeni już po zapłacie. Kto widział klienta stojącego przy kasie, który chowałby drobne do portfela i trzymając go w jednej ręce, przemycał grubsze pieniądze do kieszeni w kurtce. Nawet jeśli doszłoby do nieporozumienia, pozostając przy retoryce Sądu Najwyższego, Topyła mógł sam zgłosić pomyłkę. Problem polega na tym, że to po niego zgłosiła się policja, która obejrzała monitoring ze stacji paliwowej. Kabaret po wyroku Sądu Najwyższego trwał jednak w najlepsze. Sędzia Topyła, chociaż nawet najwyższa instancja potwierdziła kradzież, całą winę zrzucił na dziennikarzy. – Rzuciliście się na mnie jak na ochłap mięsa, żeby lepiej sprzedać swoje publikacje, bo kto z was w życiu się nie pomylił zabiegany, zmęczony, roztargniony. Przez 30 lat nie nauczyli się państwo pracować tak, jak powinni – mówił rozżalony i zapewne bardzo zmęczony rozprawą.

Środowisko mediów nie jest idealne, ma swoje grzechy na sumieniu, poważniejsze w wymiarze społecznym niż wyczyn Topyły, ale mimo wszystko nie znam przypadku dziennikarza, który „nieświadomie” podwinąłby komuś pieniądze i publicznie obwiniał o to innych.

W tej sytuacji chyba lepiej byłoby po prostu milczeć, zamiast się bardziej pogrążać.

Temida inaczej waży racje zwykłych ludzi

42-letni Arkadiusz, mężczyzna cierpiący na schizofrenię, był głodny i przywłaszczył sobie batonik o wartości 99 gr. Otrzymał za to karę grzywny. A że nie miał jak jej zapłacić, trafił do aresztu na pięć dni. Wyszedł z niego po wpłaceniu kaucji przez dyrektora Okręgowej Służby Więziennej w Koszalinie.

Z kolei w Łasku (woj. łódzkie) w sklepie na stoisku samoobsługowym pani Aleksandra źle zważyła pierogi, które miały kosztować o 1 zł i 14 gr więcej. Gdy ochroniarz zwrócił jej na to uwagę, skonfundowana klientka zapłaciła różnicę. Mimo to po oskarżoną o oszustwo przyjechali funkcjonariusze policji i w kajdankach przewieźli na komisariat.

Syn Lecha Wałęsy Sławomir został skazany na 50 zł grzywny i pokrycie kosztów sądowych za kradzież jednej świeczki z supermarketu.

Pan Henryk zatankował 10 l paliwa, po czym odjechał ze stacji benzynowej. I tu ewidentnie można mówić o roztargnieniu, bo kierowca wrócił na miejsce, gdy o sprawie poinformowali go policjanci.

Pan Henryk cierpi na nowotwór i – jak wynikało z jego relacji – miewa kłopoty z pamięcią. Sąd w Inowrocławiu skazał go, pomimo uregulowania długu na stacji benzynowej, na grzywnę 80 zł.

Dopiero, gdy oskarżony o kradzież odwołał się do Sądu Okręgowego w Bydgoszczy, jego „występek” został umorzony.

Warto zapytać, co Arkadiuszowi, Henrykowi czy pani Aleksandrze, a także tysią­com innych osób mają do powiedzenia Sąd Najwyższy i sam Mirosław Topyła? Dlaczego w tych wypadkach Temida nie uznała argumentu roztargnienia, przemęczenia pracą, doskonałymi opiniami u sąsiadów czy w pracy, tylko, bach, grzywna, złodziej, kara?

Sznur na własną szyję

Sprawa sędziego, który zabrał 50 zł ze stacji benzynowej, może się wydawać zabawna i błaha, ale to tylko pozory. To bardzo zły prognostyk na przyszłość, dowód na to, że choć wszyscy obywatele są równi wobec prawa, w przekonaniu najważniejszego sądu w kraju niektórzy są jednak równiejsi.

Sędziowie Sądu Najwyższego bowiem kompletnie się nie liczyli z analogicznymi przypadkami zwykłych obywateli.

Cokolwiek zrobi Mirosław Topyła, zawsze będzie już kojarzony z kradzieżą 50 zł. Może nie w pełni zdaje sobie z tego sprawę, ale taki przebieg postępowania dyscyplinarnego, a zwłaszcza jego finał wyrządził mu więcej szkody niż pożytku. Jego wątpliwa sława sprawi, że wiele jego orzeczeń będzie podważanych ze względu na jego małą wiarygodność.

Konieczności stania na straży wiarygodności i autorytetu sędziów najwyraźniej nie rozumie Sąd Najwyższy, który dał znakomity argument do ręki rządzącym na rzecz tym dogłębniejszej reformy wymiaru sprawiedliwości, włącznie ze zmianami kadrowymi.

Cóż, środowisko sędziów ma tak wysoki deficyt samokontroli, że samo zakłada sobie pętlę na szyję, może nie warto im tego bronić, i tak nikt nie będzie po nich płakał.
 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl