Spór niespokojnych granic

Spór na linii Jerozolima–Warszawa dotyka splotu fundamentalnych interesów i zagadnień, które stanowią o dzisiejszym porządku politycznym Europy i świata. Nie dlatego, że cały świat przesadnie przejmuje się polską ustawą o IPN albo pretensjami izraelskiego rządu lub opozycji do jej zapisów.

Spór, który przetacza się w tej chwili przez media i parlamenty obu państw, związany jest bowiem bezpośrednio z dwoma ciągle aktywnymi konfliktami zbrojnymi w dwóch – kluczowych z punktu widzenia światowego układu sił – rejonach. 

W wydanej niedawno książce „The Unquiet Frontier” dwóch autorów Wess Mitchell (obecny wysoki urzędnik amerykańskiego Departamentu Stanu, kształtujący w dużej mierze politykę względem Europy Środkowej) oraz Jakub Grygiel rysują dzisiejszą mapę światowego porządku, opierającego się o punkty węzłowe, na których koncentruje się militarna i polityczna uwaga USA ze względu na bezpieczeństwo tego państwa, a co za tym idzie – bezpieczeństwo światowego porządku, którego Ameryka jest gwarantem. Geograficzne punkty, na których skupiają się Stany Zjednoczone, związane są z siłą rywali, mogących potencjalnie zagrozić globalnej dominacji USA. Tak się składa, że zarówno Izrael, jak i Polska znajdują się w centrum dwóch z zaledwie kilku takich punktów na mapie świata. Polska – ze względu na geograficzne położenie i strategiczne znaczenie w samym środku równiny środkowoeuropejskiej, na północ od linii Karpat, będącej najkrótszą drogą z Moskwy do Berlina – a więc dwóch z zaledwie kilku państw, które dzisiaj mogą być wyzwaniem militarnym lub gospodarczym dla USA. Trwający w tym rejonie konflikt zbrojny pomiędzy Ukrainą a Rosją jest częścią tego wyzwania. Izrael, ze względu na położenie w centrum otwarcie wrogiego Stanom Zjednoczonym świata arabskiego oraz z uwagi na otwarty spór z Iranem dążącym do uzyskania pełnych zdolności nuklearnych, jest również jednym z takich punktów węzłowych.

Tu z kolei wyzwaniem militarnym, mogącym potencjalnie podważyć status quo, jest presja na Izrael wspieranego przez Iran Hezbollahu. Podobnych konfliktów i miejsc na światowej mapie bezpieczeństwa jest więcej. Zbliżoną rolę z punktu widzenia USA pełnią takie państwa jak Korea Południowa, Filipiny czy Japonia. Z globalnej perspektywy stanowią one pierścień pozwalający Stanom Zjednoczonym rozwiązywać potencjalne militarne problemy z własnym bezpieczeństwem tysiące kilometrów od swoich plaż wschodniego lub zachodniego wybrzeża. Od utrzymania amerykańskiej obecności militarnej i politycznej w owych węzłowych punktach zależy bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych, a więc siłą rzeczy, również światowa równowaga militarna.

Na takiej koncepcji politycznej opiera się tym samym dzisiejszy światowy system bezpieczeństwa.

Państwa, które starają się go kwestionować, wiedzą o tym doskonale i koncentrują swoje wysiłki właśnie w takich miejscach. Dla nas oczywiście najważniejsze są działania Rosji, która w sprawie ostatniego konfliktu zachowuje się nad wyraz interesująco. Takimi działaniami są ostatnio pełne rzekomej troski o ofiary Adolfa Hitlera krokodyle łzy prawnych spadkobierców sygnatariuszy paktu Ribbentrop–Mołotow, panów Ławrowa, Putina czy obecnie ambasadorującego w Warszawie Andriejewa. Jednym chórem zaznaczali w ciągu ostatnich dwóch tygodni w Nowym Jorku, Moskwie i Auschwitz, że Armia Czerwona prąc w stronę Berlina, robiła to przede wszystkim po to, aby oswobodzić ofiary Holocaustu, a nie żeby na pół wieku przejąć kontrolę nad połową powojennego świata. To właśnie dlatego spadkobiercy kagiebistów przedstawiają czyszczenie przestrzeni publicznej z komunistycznych pomników zniewolenia Polski jako walkę z siłami, które pokonały faszyzm. Ta informacyjna wojna, niezależnie od przyczyn samego sporu Izrael–Polska, odbywa się w jego tle, jednak ma znaczenie dużo ważniejsze. Dla Moskwy to oczywista szansa na sprowokowanie dyskusji o celowości utrzymywania amerykańskich wojsk w środku drogi z Moskwy do Berlina. To właśnie dlatego amerykański Departament Stanu wydał oświadczenie, w którym zwraca uwagę, że spory pomiędzy sojusznikami USA, znajdującymi się w węzłowych punktach globu, mogą „przynieść korzyści wyłącznie naszym rywalom”. 
 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Pałac jak przyjaźń radziecka

Józef Cyrankiewicz, premier rządu PRL, oraz sowiecki ambasador Ponomarenko oświadczyli, iż „uważają wybudowany przez Związek Radziecki w stolicy Polski – Warszawie – Pałac Kultury i Nauki za symbol wieczystej, niewzruszonej przyjaźni narodów radzieckiego i polskiego”. Placem Defilad, jak dziś placem Czerwonym w Moskwie, paradowały ruskie czołgi.

Huczały tu ruskie armaty. „Największe urodziny w mieście” – pod tym hasłem stołeczny magistrat reklamował cykl (tygodniowych!) imprez na 60-lecie PKiN. Były toasty, lasery, fajerwerki, tańce i koncert Zbigniewa Wodeckiego. Dzień 22 lipca wybrano nieprzypadkowo: to rocznica zniewolenia Polski przez Sowietów (wydania komunistycznego Manifestu PKWN; potem święto Polsku Ludowej). A PKiN „jest znakiem upokorzenia narodu polskiego i wyrazem pogardy dla – de facto – okupowanego w latach PRL »prywislianskogo kraja«” – napisali ludzie kultury, nauki i mediów, protestując przeciwko wpisaniu pałacu (2 lutego 2007 r.) do rejestru zabytków. Wcześniej Stalin proponował Warszawie metro lub osiedle mieszkaniowe, ale tzw. prezydent Polski, a tak naprawdę agent NKWD Bierut wybrał PKiN. Pod jego budowę wyburzono kilkadziesiąt kamienic, które przetrwały Niemca – Sowieta już nie. Pomysł Stalina realizował Mołotow (ten od IV rozbioru Polski razem z Ribbentropem). Wysokość – 230 m.

Na więcej nie zgodzili się sowieccy „bracia” – PKiN nie mógł być wyższy od Moskiewskiego Uniwersytetu im. Łomonosowa. 7 marca 1953 r. PKiN nadano imię darczyńcy – zmarłego Józefa Stalina. „Będzie trwał tak jak miłość do dziecka. (...) Będzie trwał tak jak przyjaźń radziecka” – pisał... Jan Brzechwa. I tak PKiN trwa już dziesięciolecia. Tak jak nieosądzeni zbrodniarze komunistyczni, którym płacimy ogromne resortowe emerytury. Ale nie wszystkim się podoba. Władysławowi Broniewskiemu skojarzył się z „koszmarnym snem pijanego cukiernika”. A słynne określenie „Pekin” wymyślił Leopold Tyrmand – jako nawiązanie do nazwy pewnej przedwojennej kamienicy, w której funkcjonowała agencja towarzyska. Dziś domagamy się rozbiórki tego największego w kraju sowieckiego monumentu.
 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl