Afera szczepionkowa. Wizerunkowy blamaż służby zdrowia

W Polsce nie istnieje prawidłowa komunikacja społeczna i sensowna debata publiczna dotycząca polityki zdrowotnej. Instytucje publiczne, ale także środowiska lekarskie, nie radzą sobie z opinią publiczną, gdy narasta medialny szum. Tzw. afera szczepionkowa jest tego najlepszym przykładem.

Setki pacjentów dostały wadliwą szczepionkę. Lekarze wiedzieli, że wstrzykują niepełnowartościowy produkt” – z takim przekazem poniedziałkowy „Dziennik Gazeta Prawna” błyskawicznie przebił się do czołówki newsów. Kontrola sprzętu chłodniczego w aptekach i przychodniach wykazała, że tysiące szczepionek należy poddać utylizacji, gdyż nie były przechowywane w odpowiednich warunkach. Z dużym prawdopodobieństwem lekarze podawali pacjentom szczepionki narażone na zbyt wysokie temperatury, choć mieli świadomość błędów w ich przechowywaniu. Wśród kilkuset osób zaszczepionych w ten sposób mają się znajdować również noworodki. Mowa o szczepionkach m.in. przeciwko wirusowemu zapaleniu wątroby typu B, pneumokokom, tężcowi, wściekliźnie i ospie wietrznej.


Chciwość czy głupota?


Temat błyskawicznie podchwyciły inne media, łącznie ze społecznościowymi. Nic dziwnego, że artykuł wzbudził poważne zaniepokojenie rodziców i pacjentów – ich obaw nigdy nie należy lekceważyć. Choć głęboko zasmuca, że coraz liczniejsi zwolennicy antyszczepionkowych teorii i praktyk też przy okazji dostali do ręki nie tyle amunicję, ile fabrykę broni. Ministerstwo próbowało gasić pożar, ale średnio dało sobie z tym radę.


Niespójność linii obrony – to największe błędy komunikacyjne Ministerstwa Zdrowia i podległych mu instytucji zdaniem Małgorzaty Soleckiej, dziennikarki z olbrzymim doświadczeniem w opisywaniu służby zdrowia. W jej opinii o fatalnym odbiorze sprawy przesądziła decyzja ministra Zbigniewa Ziobry, który polecił, aby sprawą szczepionek zajęli się prokuratorzy na najwyższym szczeblu. Ale gdyby nie zdecydowane kroki po stronie rządowej, szybko pojawiłyby się oskarżenia, że władza lekceważy problemy pacjentów. Przekaz pod tytułem „PiS pozwala, by uszkodzone szczepionki narażały na szwank zdrowie i życie noworodków” byłby w obecnej atmosferze politycznej tylko kwestią jednego tweeta i setek tysięcy jego udostępnień w przeróżnych formach. Z tej sytuacji nie było łatwego wyjścia.


Ministerstwo Zdrowia zapewnia, że pacjenci są bezpieczni i nikogo nie narażono na ryzyko wystąpienia niepożądanych działań szczepionek. Problem jednak polega na tym, że dwukrotnie poważnie nadszarpnięto zaufanie pacjentów. Po pierwsze: gdy podawano szczepionki mimo przerwania łańcucha chłodniczego. Po drugie: gdy mimo decyzji inspektorów farmaceutycznych szczepionki nie trafiły do utylizacji. „Właścicielom gabinetów i przychodni szczególnie trudno będzie się wybronić w tym drugim przypadku” – stwierdza Małgorzata Solska. I trudno jej zaprzeczyć. Dobrze widać, że chodziło przede wszystkim o pieniądze: zlekceważono nakaz inspektorów farmaceutycznych – żeby „towar się nie zmarnował”. Mało to pocieszające, bo za błędy dość nielicznej grupy osób zapłaci cała publiczna ochrona zdrowia, która i tak nie ma już najwyższych notowań.


Jak gasić ten pożar?


Na tym nie koniec problemów. „Nie wiemy, czy szczepienia z użyciem przeznaczonych do wycofania szczepionek było skuteczne i czy należy je powtórzyć. Ten problem nie został właściwie naświetlony i wciąż buzuje w mediach społecznościowych” – mówi „Codziennej” Ewa Borek z Fundacji MY Pacjenci. Jej zdaniem należałoby błyskawicznie uruchomić dedykowaną i profesjonalną infolinię dla pacjentów: „Z pewnością taka polityka pomogłaby w odbudowaniu coraz bardziej nadwątlonego społecznego zaufania do szczepień, co z pewnością wykorzystają ruchy antyszczepionkowe”. Pacjenci mają przecież pełne prawo wiedzieć, czy nie zaszczepili siebie lub swoich dzieci feralnymi dawkami. I czy będą potrzebne dodatkowe szczepienia. Kłopot w tym, że za organizację i szybkie uruchomienie takiej infolinii oraz przygotowanie dla niej materiałów – pytań i zestawu klarownych i wartościowych odpowiedzi – trzeba zapłacić nie tylko informatykom, specom od telekomunikacji, ekspertom od medycyny i komunikacji publicznej oraz public relations. Szczerzę wątpię niestety, czy Ministerstwo Zdrowia będzie skłonne wydać na to pieniądze. A przecież należałoby to zrobić.


Docieramy do sedna problemu. Szczególnie w Polsce instytucje publiczne mają coraz większe problemy z argumentowaniem swoich racji. Żyjemy w czasach coraz bardziej żywiołowej i irracjonalnej dyktatury opinii mediów społecznościowych, gdzie każdy jest ekspertem od wszystkiego, a najlepiej sprzedają się tezy sensacyjne i wyostrzone. To, co nazywamy sceptycyzmem medyczny, a co objawia się również wzmocnieniem ruchów antyszczepionkowych, rozkłada coraz bardziej racjonalność przekazu naukowego.


Dobrze opisuje ten problem Maria Libura z Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego: „Obecne pokolenia nie mogą już pamiętać zgrozy epidemii, dlatego argumentacja za poddaniem się szczepieniom ochronnym spoczywa na sile autorytetu medycyny jako nauki opartej na danych i dowodach, a także medycyny jako praktyki, w której bezpieczeństwa pacjentów strzegą sprawdzone ścieżki postępowania i procedury. Z tego właśnie powodu masowe zlekceważenie konieczności przewidzianej przepisami utylizacji »przegrzanych« szczepionek przez placówki medyczne może być cięższym ciosem w programy szczepień, aniżeli powielany w mediach społecznościowych strach przed autyzmem” (cakj.pl).


Lepiej późno niż wcale


Jest jasne, że polskie instytucje w czasach transformacji musiały się zmagać z licznymi wyzwaniami, wymagały też z reguły dostosowania do zupełnie innych realiów. Nierzadko też służyły za chłopca do bicia: bardzo popularna teoria głosiła przecież, że nie jest u nas wciąż jak w prawdziwie kapitalistycznym raju z winy „urzędasów”, biurokracji, przeżytków socjalizmu itd. Powyższe odnosiło się również do systemu opieki zdrowotnej i jego instytucji. Jednak teraz deklaracja premiera Morawieckiego, że służba zdrowia jest absolutnym priorytetem, zdaje się znajdować konkretne potwierdzenie. Faktem staje się duży wzrost nakładów na opiekę medyczną. Uspakaja się sytuacja na styku lekarze–resort i udało się stworzyć racjonalny kompromis pomiędzy Ministerstwem Zdrowia a lekarzami rezydentami. Teraz więc jest dobry czas na stopniową poprawę systemu.


Być może nowi lekarze okażą się cennym partnerem w dyskusji i wniosą świeże spojrzenie na całą służbę zdrowia. Jeżeli nowy minister prof. Łukasz Szumowski ma dobry kontakt i autorytet wśród młodych lekarskich kadr, będzie można na tym faktycznie budować. Nie bez znaczenia jest również zmiana języka w komunikacji z lekarzami. Bo przecież dosypanie pieniędzy do systemu, choć niemałe, sytuacji nie uzdrowi. Tu dochodzi jeszcze szukanie realnych rozwiązań, do których przekonanie będą mieli nie tylko lekarze i resort, ale też pacjenci. Tego stanu rzeczy nie da się osiągnąć nie tylko bez dalszego dialogu z zawodami medycznymi, ale i tymi, którzy ze służby zdrowia korzystają. Bez spokojnej, systematycznej i efektywnej komunikacji w tym trójkącie, takiej, która buduje zaufanie i szacunek, chyba już dalej nie da się zajechać. Najważniejsze jest, żeby zacząć na poważnie traktować politykę zdrowotną, widzieć ją jako coś więcej niż li tylko kolejki w szpitalach. Zarówno lekarze, jak i pacjenci zasługują na szacunek. Jako społeczeństwo skorzystamy na takim podejściu.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Opozycji program federalizacji Polski

Wprowadzenie rozwiązań zawartych w samorządowym manifeście programowym Nowoczesnej i Platformy zamieniłoby nasz kraj w luźną federację wspólnot lokalnych. Opozycja ewidentnie ma plan, by zrobić z samorządu bastion sprzeciwu wobec władzy centralnej. To będą najważniejsze wybory samorządowe od lat.

Wybory samorządowe bywają niedoceniane. Ich wyniki nie są tak szeroko komentowane, a zmiany na szczytach władz lokalnych nie wywołują tyle emocji co wybory krajowe. Oczywiście stan ten jest na rękę różnym lokalnym środowiskom, które zmieniły wiele miast i miasteczek w naszym kraju w swoje włości feudalne. Trzęsą lokalnymi rynkami, kontrolując zamówienia publiczne, a przyznając stanowiska w jednostkach podległych władzy lokalnej, stosują klucz towarzyski, a nie merytoryczny. W wielu mniejszych miastach zamówienia publiczne wciąż stanowią główne źródło zdobywania zleceń dla firmy, a posady w administracji lokalnej to najlepsze stanowiska pracy. Trzymając na nich rękę, można szybko stworzyć sieci znajomości i uzależnić od siebie dużą część mieszkańców gminy oraz lokalnych mediów. Fakt, że sprawy lokalne nie rozpalają głów Polaków tak jak sprawy krajowe, bardzo to ułatwia. Twierdzenie, że władza samorządowa jest bliżej ludzi, to frazes. W rzeczywistości to władza centralna jest dużo bardziej na świeczniku – każdy jej ruch śledzą media mające ogromny zasięg, każdy jej błąd rozliczają najbardziej rozpoznawalni dziennikarze. Krytyka władzy centralnej rezonuje bez porównania bardziej. Rzekomo bliższa ludziom władza samorządowa w wielu wypadkach jest niemal poza kontrolą społeczną. Afery lokalne rozwiązywane są zwykle dopiero wtedy, gdy sprawą zainteresuje się któraś z czołowych krajowych redakcji.

Kurs na federację

Powinno być zatem jasne, że nie należy lekceważyć nadchodzących wyborów samorządowych. Tym bardziej że coraz wyraźniej widać, jak szkodliwą koncepcję samorządu ma opozycja. Bardzo złe pomysły przedstawione przez Grzegorza Schetynę na ostatniej konwencji PO, o których jakiś czas temu pisałem w „Codziennej” w tekście „Najgorszy program w historii”, mają być jednak wprowadzane w życie. Z tą różnicą, że PO podejmie się tego wspólnie z Nowoczesną. Ich ogłoszony właśnie samorządowy manifest programowy „Bliżej ludzi” zawiera niemal wszystko, co mogliśmy usłyszeć na konwencji PO.

Wśród kluczowych postulatów jest m.in. przeniesienie całej władzy w regionie do samorządu, co oznacza oczywiście likwidację urzędów wojewódzkich i stanowiska wojewody oraz przeniesienie ich kompetencji w ręce zarządu województwa i urzędów marszałkowskich. Politycy opozycji zamierzają również przeprowadzić dogłębną decentralizację finansów. Zamiast dotychczasowego modelu, w którym połowa podatków dochodowych trafia do gmin, a ich budżety są jeszcze zasilane subwencją od państwa, zamierzają pozostawić gminom całość dochodów z podatków PIT i CIT. Zakładają też zwiększenie bezpośredniego udziału obywateli w podejmowaniu decyzji i zwiększenie roli referendum. Abstrahuję tu od rzucającego się w oczy faktu, że wszystkie wyżej przedstawione pomysły nie leżą w gestii władzy samorządowej i uchwalić je musiałby najpierw parlament, a więc opieranie na nich kampanii samorządowej jest co najmniej dziwne. Ważniejsze jest, że przed naszymi oczami krystalizuje się to, jaki pomysł na samorząd, a pośrednio na całe polskie państwo, ma opozycja. Chce ona osłabić wpływ władzy centralnej poprzez rozbicie spójności naszego kraju. Samorząd, w którym opozycja wciąż ma władzę, ma być bastionem sprzeciwu wobec PiS-u. Problem w tym, że to zamieniłoby nasze unitarne obecnie państwo w luźną federację gmin i regionów.

Lokalna ojczyzna zamiast Polski

Zniesienie urzędu wojewody osłabiłoby wpływ władzy centralnej w najważniejszym obszarze jej działań, czyli szeroko rozumianym bezpieczeństwie. Wojewoda jest zwierzchnikiem zespolonej administracji rządowej w regionie. Do administracji zespolonej należą policja, straż pożarna, nadzór budowlany, inspektoraty sanitarne, inspektoraty ochrony środowiska, transportu drogowego i wiele innych mniej znanych instytucji, które stoją na straży naszego bezpieczeństwa w różnych obszarach. Policja jest częścią administracji zespolonej głównie formalnie, pieczę nad nią sprawuje przede wszystkim minister spraw wewnętrznych. Jednak wojewoda ma coś do powiedzenia chociażby przy wyborze komendanta wojewódzkiego. Nawet jeśli zniesienie urzędu wojewody nie oznaczałoby przeniesienia kontroli nad komendą wojewódzką do urzędu marszałkowskiego, to i tak byłoby to gigantycznym osłabieniem władzy centralnej na rzecz samorządów wojewódzkich, ponieważ wszystkie instytucje wchodzące w skład administracji zespolonej mają bardzo istotne znaczenie w skali kraju.

Pozostawienie gminom i miastom wszystkich ich dochodów z podatków PIT i CIT rozbije natomiast gospodarczą spoistość naszego kraju. Zamożne miasta i gminy, na terenie których mieszkają lub mają siedziby najbogatsi podatnicy, dostaną olbrzymi zastrzyk gotówki. Dochody samej Warszawy, w której siedzibę ma jedna trzecia firm zagranicznych działających w naszym kraju, wzrosną o miliardy złotych. Tymczasem niektóre najuboższe miasta i gminy miałyby w konsekwencji nawet mniej środków niż obecnie, ponieważ ich dodatkowe wpływy z tytułu pozostałej części płaconych na ich terytorium podatków PIT i CIT byłyby niższe niż państwowa subwencja, która musiałaby zostać zniesiona. To spowodowałoby jeszcze większe różnice w rozwoju poszczególnych części naszego kraju, które i tak są zdecydowanie za wysokie. Zamiast więc zmniejszać różnice między regionami, PO i Nowoczesna proponują ich drastyczne zwiększenie. Po co? Po to, żeby osłabić w mieszkańcach Polski świadomość wspólnego zamieszkiwania jednego kraju, a zwiększyć przywiązanie do lokalnej ojczyzny, jak się obecnie modnie mówi.

Prawica do miast

Zwiększenie roli referendów musiałoby zaś oznaczać przeniesienie części władzy centralnej do mniejszych wspólnot. Częste referenda racjonalne są wtedy, gdy ludzie głosują w sprawach dotyczących bliskiego otoczenia. Dlatego referenda mają tak wielkie znaczenie w Szwajcarii, która jest dość luźną federacją kantonów. Ale Polska nie jest małym alpejskim państwem położonym w spokojnym otoczeniu. Jesteśmy sporym nizinnym krajem w trudnym otoczeniu geopolitycznym i stworzenie nad Wisłą federacji byłoby prezentem dla naszych geopolitycznych przeciwników.

Jak napisałem wyżej, te złe pomysły musiałby uchwalić parlament. Nie ma więc na razie szans, by je wprowadzono. Nie zmienia to jednak faktu, że pomysł opozycji na samorząd, który miałby być suwerennym ośrodkiem opozycyjnym wobec władzy centralnej, jest zwyczajnie niebezpieczny. A więc najbliższe wybory samorządowe są niezwykle ważne. Problem w tym, że prawica nie ma spójnego pomysłu na politykę samorządową. W polskiej polityce historycznej prawica dominuje niepodzielnie, ma też jasno sprecyzowane i poukładane poglądy na państwo, zwykle lepiej niż jej ideowi przeciwnicy. Także geopolityka jest obszarem zainteresowań przede wszystkim prawicy. Tymczasem kwestie samorządu i polityki miejskiej oddała ona bez walki, niejako uznając je za naturalny obszar działania lewicy. W ruchach miejskich niemal nie ma prawicowców – są one zdominowane przez lewicowców i liberałów. Nic więc dziwnego, że do tej pory prawica sromotnie przegrywała wybory samorządowe w województwach i największych miastach. Czas, by stworzyła wreszcie spójny, przemyślany i kompleksowy program samorządowy. Dbający o rozwój prowincji i jakość usług publicznych w całym kraju, a nie tylko w aglomeracjach. Słusznie dbamy o to, żeby Europa pozostała Europą ojczyzn, ale równie istotne jest to, żebyśmy nie obudzili się pewnego dnia w Polsce ojczyzn lokalnych.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl