Reparacje – musimy wiedzieć, czego chcemy

Doświadczenia Izraela na przestrzeni dziesięcioleci pokazują, że można wchodzić w ostre spory dotyczące odszkodowań, a jednocześnie dogadywać się w zupełnie innych kwestiach.

Polska ma prawo domagać się od Niemiec reparacji wojennych. Ba, nie tylko prawo, ale obowiązek, bo rekompensaty za cierpienie, śmierć, zniszczenia są po prostu sprawiedliwością i tym samym leżą w najlepiej pojętym polskim interesie. Silne państwo nie pozwala sobie na to, by wobec pokonanego okupanta zachowywać się spolegliwie, a nie sprawiedliwie. Po ostatniej wypowiedzi nowego szefa polskiej dyplomacji widać wyraźnie, że takie oczywistości trzeba powtarzać w nieskończoność, bo wyćwiczona w postkomunie potulność niektórym niepokojąco silnie weszła w krew i nawet gdy nie muszą, zaczynają się łasić, licząc na miłe poklepanie w blasku fleszy. Oj, nie ma szczęścia to nasze arcyważne ministerstwo przy al. Szucha. Minister Czaputowicz był łaskaw w imieniu nas wszystkich zadeklarować, że w zasadzie te reparacje to jakieś drugorzędne, jakby akademickie zagadnienie, o którym kiedyś tam i gdzieś tam podywagują jacyś eksperci i być może nawet zbliżą swoje stanowiska.

Być może nowy nieszczęsny minister nawet był szczery – wyartykułował stanowisko, które przez całe lata było w Polsce dogmatem. Ale nawet jeśli uległość wobec Berlina jest dla obywatela ministra tak naturalna jak oddychanie, to powinien na tym stanowisku umieć panować nad reakcjami instynktownymi i przynajmniej udać, że nie słyszy pytania. W dyplomacji, jak w każdej grze zespołowej, liczy się, po pierwsze, lojalność wobec własnej drużyny, a po drugie – świadomość celu, który chce się osiągnąć – czy chodzi o zwycięstwo, czy przybicie piątki z jednym z zawodników kluczowej drużyny ekstraligi. Minister Czaputowicz zawitał do Berlina tylko po to drugie. Problem z reparacjami jest jednak znacznie poważniejszy niż nierozgarnięta wypowiedź szefa MSZ. Trudno nie odnieść wrażenia, iż faktycznie nie mamy wypracowanej koncepcji tego, co chcemy osiągnąć. Szef dyplomacji mówi, że sprawa nie dotyczy rządu, prezydent, że się przygląda, a na polu walki pozostaje – jakby osamotniony instytucjonalnie – poseł Arkadiusz Mularczyk, w tej sytuacji i tak dzielnie prący do przodu. Ale co dalej?

Sprawa powoli staje się niezrozumiała dla samych Polaków. Wygląda to tak, jakby większość formacji rządzącej albo nie była zainteresowana na serio tematem, albo z góry uznała, że jest słuszny, lecz nierealny. W tej sytuacji kolejne występy à la Czaputowicz jakichś przedstawicieli RP będą czynić z nas kraj niepoważny i osłabiać ewentualne przyszłe zabiegi w tej sprawie. Najwyższy czas, by rząd, większość parlamentarna, prezydent (który w obecnej sytuacji dysponuje zresztą najsensowniejszym zapleczem dyplomatycznym) ustalili plan działania. A możliwości jest sporo. Doświadczenia Izraela na przestrzeni dziesięcioleci pokazują, że można wchodzić w ostre spory dotyczące odszkodowań, a jednocześnie dogadywać się w zupełnie innych kwestiach. Nie jest wykluczone, że środowiska żydowskie mogą okazać się sojusznikami w polskiej akcji reparacyjnej. Jeśli część uzyskanych środków miałaby zaspokoić roszczenia spadkobierców obywateli RP narodowości żydowskiej wobec skarbu państwa, taka współpraca nie jest wykluczona. Ale trzeba działać, a nie dywagować, a już na pewno nie dezawuować sprawy ku uciesze berlińskich rozmówców. 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Pałac jak przyjaźń radziecka

Józef Cyrankiewicz, premier rządu PRL, oraz sowiecki ambasador Ponomarenko oświadczyli, iż „uważają wybudowany przez Związek Radziecki w stolicy Polski – Warszawie – Pałac Kultury i Nauki za symbol wieczystej, niewzruszonej przyjaźni narodów radzieckiego i polskiego”. Placem Defilad, jak dziś placem Czerwonym w Moskwie, paradowały ruskie czołgi.

Huczały tu ruskie armaty. „Największe urodziny w mieście” – pod tym hasłem stołeczny magistrat reklamował cykl (tygodniowych!) imprez na 60-lecie PKiN. Były toasty, lasery, fajerwerki, tańce i koncert Zbigniewa Wodeckiego. Dzień 22 lipca wybrano nieprzypadkowo: to rocznica zniewolenia Polski przez Sowietów (wydania komunistycznego Manifestu PKWN; potem święto Polsku Ludowej). A PKiN „jest znakiem upokorzenia narodu polskiego i wyrazem pogardy dla – de facto – okupowanego w latach PRL »prywislianskogo kraja«” – napisali ludzie kultury, nauki i mediów, protestując przeciwko wpisaniu pałacu (2 lutego 2007 r.) do rejestru zabytków. Wcześniej Stalin proponował Warszawie metro lub osiedle mieszkaniowe, ale tzw. prezydent Polski, a tak naprawdę agent NKWD Bierut wybrał PKiN. Pod jego budowę wyburzono kilkadziesiąt kamienic, które przetrwały Niemca – Sowieta już nie. Pomysł Stalina realizował Mołotow (ten od IV rozbioru Polski razem z Ribbentropem). Wysokość – 230 m.

Na więcej nie zgodzili się sowieccy „bracia” – PKiN nie mógł być wyższy od Moskiewskiego Uniwersytetu im. Łomonosowa. 7 marca 1953 r. PKiN nadano imię darczyńcy – zmarłego Józefa Stalina. „Będzie trwał tak jak miłość do dziecka. (...) Będzie trwał tak jak przyjaźń radziecka” – pisał... Jan Brzechwa. I tak PKiN trwa już dziesięciolecia. Tak jak nieosądzeni zbrodniarze komunistyczni, którym płacimy ogromne resortowe emerytury. Ale nie wszystkim się podoba. Władysławowi Broniewskiemu skojarzył się z „koszmarnym snem pijanego cukiernika”. A słynne określenie „Pekin” wymyślił Leopold Tyrmand – jako nawiązanie do nazwy pewnej przedwojennej kamienicy, w której funkcjonowała agencja towarzyska. Dziś domagamy się rozbiórki tego największego w kraju sowieckiego monumentu.
 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl