Jak w „Procesie” Kafki. Historia Małgorzaty Tyrpy

Lata cierpień pod jednym dachem z pijącym alkoholikiem, wyrok eksmisji i zagrożenie bezdomnością – choć bez długów wobec miasta, heroiczna walka z depresją o każdy zwykły dzień, próby pomocy ze strony kolejnych osób, które rozbijają się o ośli upór krakowskich urzędników – tak wygląda życie jednej z położnych z Krakowa. 

Bulwersującą historię ze stolicy Małopolski opisałem na początku listopada 2017 r. na łamach „Codziennej” w felietonie „Na pomoc skrzywdzonej kobiecie”. Krótkie przypomnienie sprawy: Małgorzata Tyrpa dowiedziała się, w jak poważnych jest tarapatach w maju 2014 r., tuż po śmierci męża. Okazało się, że na mieszkaniu ciąży dług sięgający blisko 70 tys. zł. Do tego doszedł nakaz eksmisji. Mąż, pijący alkoholik, terroryzował rodzinę i nie mówił żonie o tym, co uważał „za jego własne sprawy”. Problemy osobiste i nieodpowiedzialność jej męża położyły się cieniem na rodzinie. 

Nakaz eksmisji raz zapisano, sprawa przesądzona

Blisko 70-letnia dziś pani Tyrpa mimo licznych schorzeń psychosomatycznych nie poddała się: pracowała i pracuje jako położona. Dzięki kredytowi i likwidacji polisy ubezpieczeniowej spłaciła dług wobec miasta. Ale prawo jest bezwzględne i bezduszne wobec słabych: skoro nakaz eksmisji raz zapisano, sprawa przesądzona. Tej linii przez lata trzymał się i wciąż trzyma Wydział Mieszkalnictwa Urzędu Miasta Krakowa. Drobna złośliwość: tyle dużych liter, a ile małostkowego trzymania się litery prawa – wbrew jego duchowi.

„Ktoś musiał zrobić doniesienie na Józefa K., bo mimo że nic złego nie popełnił, został pewnego ranka po prostu aresztowany”. Kiedy myślę o sprawie Małgorzaty Tyrpy, raz po raz przypominają mi się te słowa, otwierające „Proces” Franza Kafki. Nie przez literalne powtórzenie sytuacji, ale przez gęstą kafkowską atmosferę wokół całej historii. W listopadzie, tuż po publikacji artykułu na łamach „Codziennej”, wydawało się, że sprawa wreszcie przyjmie pomyślny obrót. Historią zainteresowały się krakowskie media, zarówno prasa, jak i radio oraz lokalna telewizja. Choć urzędnicy starali się, jak mogli, podważyć wiarygodność pani Tyrpy, jednemu nie mogli zaprzeczyć: kobieta długi spłaciła i na bieżąco od lat reguluje wszystkie konieczne rachunki. Nigdy też nie prosiła o pomoc socjalną – nie dało się zatem uruchomić wobec niej jednego z nagminnie stosowanych w podobnych sytuacjach argumentów: że to osoba roszczeniowa, niezaradna życiowo, pasożytująca na pomocy społecznej.

Zwykli ludzie z wielkim sercem

Najbardziej cieszył jednak odezw zwykłych ludzi, użytkowników mediów społecznościowych: nadspodziewanie wiele osób zaczęło udostępniać informacje na ten temat i podpisało przygotowaną przez przyjaciół pani Tyrpy petycję w jej sprawie. Nieco później zaczęły się pojawiać sygnały, że krakowscy urzędnicy są zaniepokojeni i poirytowani coraz większym zgiełkiem wokół sprawy. Długo przekładali ludzkie życiorysy z jednej kupki papierów na drugą, jak stary kafkowski obyczaj każe, a tu nagle wścibscy dziennikarze i mnóstwo postronnych, czasem ważnych osób zaczęło dopytywać: „a co wy tam w tym urzędzie mieszkalnictwa tak zawzięcie mielicie razem z papierami?”. Trochę niezręcznie było odpowiadać: „a nic, życie ludzkie, rutynowo”.

Historią Małgorzaty Tyrpy zainteresowały się też kolejne instytucje oraz osoby publiczne, m.in. Biuro Interwencyjnej Pomocy Prawnej przy Kancelarii Prezydenta RP (lepiej znane jako Dudapomoc). Wsparcie obiecało również Ministerstwo Sprawiedliwości i posłanka Agnieszka Ścigaj z Kukiz'15, a jeszcze wcześniej w sprawie interweniował Adam Kalita z Prawa i Sprawiedliwości. Niestety, urzędnicy co prawda przyznali, że sprawa jest kłopotliwa, bo coraz głośniejsza, ale równocześnie podtrzymali swoje stanowisko: „Nic nie da się zrobić”. Na początku stycznia doszło do spotkania pani Małgorzaty Tyrpy, Michała Tyrpy i Joanny Płotnickiej, psycholog opiekującej się rodziną, z krakowskimi urzędnikami. I znów podtrzymano nakaz eksmisji: ponieważ w obowiązującej ustawie lokatorskiej nie ma zapisu o pomocy w szczególnych sytuacjach zdrowotnych. Miasto, owszem, jest skłonne przystać na udzielenie pomocy – ale tylko po eksmisji. 

Człowiek dla prawa czy prawo dla człowieka?

Stare chińskie przysłowie mówi, że prawo jest jak płot: tygrys przeskoczy, szczur się prześlizgnie, a bydło stoi. To mocne porównanie, ale zwykli ludzie stojący „wobec majestatu prawa” tak są właśnie traktowani. Urzędnicy mają do wykonania swoją pracę i jej się trzymają – nie zawsze ze złej woli, ale często dlatego, że tak jest najbezpieczniej dla nich samych, a „procedura jest procedurą”. Jednocześnie afera reprywatyzacyjna – już nie tylko w skali Warszawy, ale kolejnych miast w Polsce, łącznie z Krakowem – pokazuje dobrze, że prawo i wola urzędnicza dość elastycznie dostosowują się do potrzeb ludzi z naprawdę wielkimi pieniędzmi i wpływami. Ale pani Małgorzata nie odzyskiwała całych kamienic – po prostu walczyła i walczy o swój dom. Wszak to, co w urzędniczym żargonie nazywa się „lokalem pod adresem...”, dla niej od trzydziestu lat jest domem, przestrzenią, w której zamyka się dziś najbardziej bezpieczny zakątek świata. Naprawdę miasto nie ma dobrego powodu, żeby wyrywać jej życie z korzeniami.

Ktoś powie: niechże kobieta da spokój, przeprowadzi się gdzie indziej i sprawa będzie zamknięta. Ale ludzie, wbrew bezduszności świata, w którym żyjemy, nie są ani dodatkiem do paragrafu, ani abstrakcyjnym ludzkim zasobem. Pani Tyrpa choruje na ciężką depresję, jest w złym stanie psychicznym, a mimo to robi, co może, żeby normalnie funkcjonować i pracować. Stres związany z przeprowadzką jest jednym z najsilniejszych stanów, jakich doświadcza człowiek. Zdrowy człowiek odczuwa znaczne i niekiedy długotrwałe napięcie związane z trwałą przeprowadzką – a co dopiero osoba, która potrzebuje stabilności jak powietrza, bo i w niej wszystko jest kruche. Miasto naprawdę nie zbiedniałoby ani nie doznało żadnego uszczerbku, gdyby tak po ludzku odpuściło w tej sprawie. Tym bardziej że wstrząs psychiczny dodatkowo stwarza zagrożenie bezdomnością.

Europosłowie Legutko i Poręba w obronie pani Tyrpy

Niestety, można odnieść wrażenie, że opór pani Tyrpy dodatkowo rozjuszył urzędników i urzędniczki z wydziału mieszkalnictwa. Staram się zrozumieć biurokratyczne myślenie: oto powstaje niebezpieczny precedens – jeśli ustąpimy, to okaże się, że można inaczej, że coś rozsadza administracyjną rutynę i przekonanie o nieomylności. Ale biurokracja, również na szczeblu samorządowym, nie jest od pielęgnowania własnej nieomylności. Egzekwuje pewne konieczne prawa, ale ma też zobowiązania etyczne – wobec obywateli, których dobrostan jest istotną wartością społeczną. Niedoskonałość obecnego prawa, które być może będzie wkrótce zmienione na lepsze, naprawdę nie usprawiedliwia takiego nastawienia krakowskich urzędników. Legalizm prawny jako usprawiedliwienie bezduszności to choroba społeczna i instytucjonalna – a nie cnota publiczna. 

Podobno krakowscy urzędnicy twierdzą, że sprawa Małgorzaty Tyrpy nie jest warta społecznego zaangażowania. Głęboko się mylą. List do prezydenta Krakowa wystosowali właśnie europarlamentarzyści Ryszard Legutko i Tomasz Poręba. Liczmy na to, że prof. Jacek Majchrowski nie przegapi tej korespondencji – lektura nie zajmie mu dużo czasu, choć warto, żeby zadumał się nad listem przez dłuższą chwilę i wykonał kilka telefonów do swoich podwładnych. Wystarczy prosty gest dobrej woli: rozstrzygnięcie konfliktu na korzyść pani Małgorzaty Tyrpy to szansa na wygraną obu stron.

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Kluby ze stali

Z wielu względów lubię zjazdy klubów „Gazety Polskiej”. Przede wszystkim cenię sobie rozmowy z ludźmi z całego kraju. Nie zawsze są to przyjemne pogawędki. Często czeka mnie tam bura, że czegoś nie zrobiłem albo że coś mogłem uczynić lepiej.

Nie inaczej było w tym roku. Przed wyborami samorządowymi pojawiły się jednak nowe elementy. Wielu klubowiczów zwracało uwagę na trwałość układów lokalnych. Niemal każdy z moich rozmówców krytykował brak „miotły” w samorządach, która wykurzyłaby lokalne układy i układziki. Często jest to odbierane jako brak dobrej woli prokuratora, organów ścigania albo determinacji terenowych polityków Prawa i Sprawiedliwości. Niestety zbyt często jest tak, że samorządowe sitwy mają się bardzo dobrze, a politycy PiS jedynie przebierają nogami do tego, aby ten czy inny lokalny kacyk zaprosił ich na raut albo dał przemawiać podczas dożynek. Teren wskazuje również, że posłowie Dobrej Zmiany zbyt dużo energii tracą na wewnętrzne zwalczanie siebie nawzajem. Przeważnie klubowicze odczuwają to na swojej skórze, gdyż są sekowani i wręcz zwalczani przez prawicowych polityków. Kluby „GP” jednak trwają, bo wiedzą, że nie chodzi o stołek, pokazanie się czy 100 głosów, ale o coś znacznie ważniejszego. O suwerenność i niepodległość Polski.

Ten, kto myśli, że jest w stanie zniechęcić, zaszczuć i zastraszyć, jest naiwny jak dziecko. Tak jak stal hartuje się w ogniu, tak klubowicze przez lata przyzwyczaili się do wszelakich ataków i przykrości, jakie się im funduje. Będą robić swoje. Ku chwale Polski i pożytków swoich zapomniawszy.
 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl