Niezwykłe spotkanie w londyńskim "Ognisku Polskim"

By Terry Whalebone - originally posted to Flickr as HMS Narwhal 1939, CC BY 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=7288022

Członkowie rodzin 59 marynarzy, którzy w trakcie drugiej wojny światowej zginęli na pokładzie brytyjskiego okrętu podwodnego HMS Narwhal, spotkali się z polskimi odkrywcami, którzy na dnie Morza Północnego odnaleźli jego wrak.

HMS Narwhal zaginął w lipcu 1940 r. w czasie jednej z misji prowadzonych na Morzu Północnym. Los okrętu był nieznany. Wiosną ub.r. na wrak jednostki na dnie Morza Północnego, ok. 225 km na wschód od szkockiego wybrzeża, natrafiła polska ekspedycja "Santi Odnaleźć Orła", poszukująca legendarnego polskiego okrętu podwodnego ORP Orzeł.

W październiku ub.r. informację o znalezisku zamieszczono na forum internetowym poświęconym zaginionym wrakom, co wkrótce podchwyciły brytyjskie media. Wkrótce do Polaków zaczęli pisać także członkowie rodzin 59 marynarzy, którzy zginęli na HMS Narwhal.

Po kilku miesiącach planowania krewni załogi spotkali się w piątek w londyńskim "Ognisku Polskim" z polskimi odkrywcami, rozmawiając o historii Narwhala i Orła. Opowiadali wzruszające rodzinne historie i tłumaczyli, jak wiele dla nich znaczy, że po 77 latach mają pewność dotyczącą tego, gdzie znajduje się wrak z ciałami ich bliskich.

To niezwykle ważne. Mam teraz 80 lat i jedyne wspomnienia o moim ojcu pojawiają się w formie zapętlonych obrazków i dźwięków. Nigdy nie myślałem, że to będzie możliwe 

- tłumaczyła w rozmowie z polskimi mediami wzruszona Tamara Lo - córka kapitana HMS Narwal Ronalda Burcha.

"Emocje są niezwykle, niezwykle silne" - powiedziała. Przyznała też, że czuje się rozdarta tym odkryciem, bo nigdy nie spodziewała się choćby przez sekundę, że coś takiego się wydarzy. "Wojna jest beznadziejna" - mówiła łamiącym się głosem.

Kobieta przypomniała, że zanim jej ojciec został kapitanem Narwhala, służył przez pół roku na pokładzie polskiego okrętu podwodnego ORP Wilk, za co został odznaczony przez polski rząd na uchodźstwie.

Tomasz Stachura z "Santi Odnaleźć Orła" podkreślał, że jedna z uczestniczek przyjechała nawet na wydarzenie specjalnie z Paryża. "Ludzie poświęcili czas, żeby się spotkać, ale w sumie się im nie dziwię - wreszcie, po 77 latach, mają okazję się poznać" - powiedział.

Jak dodał, jego załoga przygotowuje się, aby w niedługiej przyszłości zanurkować do wraku w celu uzyskania zdjęć i nagrań pokładu, a także zostawienia pamiątki - może tabliczki - upamiętniającej osoby, które zginęły na pokładzie.

Jesteśmy zdeterminowani i powinniśmy to zrobić, bo inaczej to będzie niedokończona historia. Dopóki tam nie zejdziemy i będzie ten jeden procent niepewności, (dotyczącej identyfikacji wraku), to będziemy źle spali

 - tłumaczył.

Stachura zaznaczył, że na dnie Morza Północnego leży 130 niemieckich jednostek, 45 brytyjskich i tylko jedna polska - ORP Orzeł. "Prędzej czy później tego Orła znajdziemy" - zapewnił.

Jak zaznaczył, poszukiwanie i identyfikacja wraków jest "jak rozwiązywanie nieprawdopodobnie ciekawych rebusów", które wymagają ścisłej współpracy całej załogi, m.in. hydrografów, nurków, historyków. "Tam leży niesamowita masa historii do rozwiązania" - dodał.

"Pamiętam, jak wiele lat temu Tomasz przyszedł do mnie i powiedział, że szuka Orła. Spytałem: gdzie on jest? Odpowiedział, że na Morzu Północnym, ale nie wie, gdzie dokładnie. Nie mogłem w to uwierzyć i spytałem: słyszałeś kiedyś zwrot o poszukiwaniu igły w stogu siana? Bo to jest dokładnie to, co chcesz zrobić" - tłumaczył w rozmowie z polskimi mediami brytyjski nurek Lee Bishop, który współpracuje z Polakami.

Jak dodał, w tym rejonie "leży więcej wraków statków na kilometr kwadratowy, niż gdziekolwiek indziej na świecie".

Lee, który planuje wziąć udział w misji zejścia do HMS Narwhal, podkreślił, że będzie to "wyjątkowe wyzwanie", wymagające najlepszego dostępnego sprzętu.

"Kiedy nanieśliśmy to wszystko na wykres, zdaliśmy sobie sprawę z tego, że to będzie naprawdę poważne nurkowanie. Wrak znajduje się 240 km od brzegu, na głębokości 94 metrów. Tymczasem większość osób nurkujących z aparatem tlenowym nigdy w życiu nie było poniżej 30 metrów" - tłumaczył.

Lee podkreślił, że przygotowanie wyprawy będzie wymagało wsparcia ze strony sponsorów i innych instytucji, m.in. w celu wynajęcia odpowiedniej łodzi, której "koszty przypominają długością numer telefoniczny", a także uzyskania niezbędnych pozwoleń, bo wrak HMS Narwhal znajduje się niespełna 80 metrów od gazociągu.

Jednocześnie członkowie załogi "Santi Odnaleźć Orła" zapowiadają kolejne ekspedycje mające na celu znalezienie polskiego okrętu podwodnego.

ORP Orzeł został zbudowany w okresie międzywojennym, głównie dzięki składkom polskiego społeczeństwa. 1 września 1939 roku wypłynął na Bałtyk, by zabezpieczać polskie wybrzeże przed ewentualnym desantem niemieckim od strony morza. 15 września okręt zawinął do Tallina, by wysadzić chorego kapitana. Jednostka została internowana, zabrano z niej dziennik pokładowy, mapy i część uzbrojenia. W nocy polscy marynarze porwali okręt z estońskiego portu i kierując się mapami narysowanymi z pamięci popłynęli w kierunku Anglii.

Po czterdziestodniowym rejsie, ściganemu przez niemiecką flotę i bombardowanemu przez niemieckie samoloty okrętowi udało się wejść do bazy Rosyth na wybrzeżu Wielkiej Brytanii. ORP Orzeł został przydzielony do Drugiej Flotylli Okrętów Podwodnych w Rosyth. Zimą wychodził wielokrotnie na patrole i służbę konwojową. 8 kwietnia 1940 roku zatopił niemiecki transportowiec wojskowy Rio de Janeiro, przewożący żołnierzy i sprzęt wojskowy, czym przyczynił się do zdemaskowania przygotowywanej przez Hitlera inwazji na Norwegię. Wieczorem 23 maja 1940 roku załoga okrętu wypłynęła w swój kolejny patrol na Morze Północne. Z tej misji jednostka już nie wróciła.

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Kolejna rozprawa w sprawie serialu „Nasze Matki, nasi Ojcowie” – sąd zaproponował ugodę

Kadr z serialu „Nasze Matki, nasi Ojcowie” / ZDF Archiv

Krakowski Sąd Okręgowy ponownie zaproponował, by twórcy niemieckiego serialu „Nasze Matki, nasi Ojcowie” i żołnierze AK podnoszący, że produkcja narusza ich dobra osobiste, zawarli ugodę. Proces cywilny trwa od 2016 r., a wytoczyli go 92-letni żołnierz Armii Krajowej Zbigniew Radłowski oraz Światowy Związek Żołnierzy AK, którzy wystąpili przeciwko producentom serialu UFA Fiction oraz ZDF. Zarzucają im naruszenie dóbr osobistych rozumianych jako prawo do tożsamości narodowej, dumy narodowej i narodowej godności oraz wolności od mowy nienawiści. Inicjatorem procesu jest Reduta Dobrego Imienia, która zapewnia powodom pomoc prawną.

Według powodów, w serialu znalazły się sceny, które mają dowodzić, że AK rzekomo była współwinna zbrodni na osobach narodowości żydowskiej, Niemcy zaś są przedstawieni jako ofiary II wojny światowej.

Proponowana przez sąd ugoda zakłada: przeprosiny dla żołnierzy Armii Krajowej, usunięcie z filmu biało-czerwonych opasek z napisem „AK” oraz umieszczenie na początku filmu planszy z informacjami o działalności Armii Krajowej.

Strony nie zajęły stanowiska w tej sprawie, przedłożą je sądowi po konsultacjach na następnej rozprawie. Jednocześnie sąd zasięgnie informacji u biegłego, czy takie operacje na dystrybuowanych kopiach filmu byłyby możliwe.

My od początku mówiliśmy, że ugoda jest możliwa, co więcej, proponowaliśmy tekst takiej planszy, która miałaby się pojawić przed każdym odcinkiem serialu i informować, jaka była faktyczna rola AK podczas II wojny światowej. Jest także kwestia przeproszenia, nawet w ogólny sposób, żołnierzy AK, ale to jest kwestia stanowiska drugiej strony. 

– powiedziała mec. Monika Brzozowska-Pasieka,  reprezentująca powodów.

Także zdaniem Miry Wszelakiej, prezes Reduty Dobrego Imienia „szanse na zawarcie ugody zaproponowanej przez sąd są bardzo duże”. 

Wiele zależy od strony niemieckiej, czy zdecyduje się na przeprosiny. Chodzi o przeprosiny indywidualne, a nawet zbiorowe wszystkich żołnierzy AK, którzy czują się obrażeni; przeprosiny które są odbierane przez przedstawicieli strony niemieckiej jako trudne do spełnienia. Ugoda na pewno wchodzi w grę, natomiast przeprosiny są jednym z jej kluczowych elementów.

– dodała prezes.

Z kolei pełnomocnik pozwanych Piotr Niezgódka o propozycji sądu powiedział, że „jest to rozwiązanie nowe i na pewno interesujące”, ale musi je skonsultować z klientem.

W złożonym pozwie powodowie domagają się przeprosin we wszystkich telewizjach, w których film był emitowany, lub poprzedzenia pierwszej emisji w pozostałych telewizjach, do których go sprzedano, informacją historyczną ze stwierdzeniem, że jedynymi winnymi Holocaustu byli Niemcy. Podobny komunikat miałby też się znaleźć na stronie internetowej twórców. Powodowie chcą także usunięcia z filmu znaku graficznego AK na biało-czerwonych opaskach noszonych przez aktorów (według powodów w AK nie było takiego zwyczaju) i zapłaty 25 tys. zł. Pełnomocnicy pozwanych producentów wnosili o odrzucenie pozwu bez jego merytorycznego rozpoznania, co uzasadniali tym, że sąd polski nie jest właściwy do rozpoznawania sporu. Na wypadek, gdyby sąd nie odrzucił pozwu, wnieśli o jego oddalenie wskazując, że producenci korzystali z wolności do twórczości artystycznej produkując ten film.

Na pierwszej rozprawie w lipcu 2016 r. sąd oddalił argument o braku jurysdykcji krajowej uznając, że polski sąd ma prawo i obowiązek procedować w tej sprawie, bo film był wyświetlany w Polsce, ma też prawo ocenić tego skutki. Do sprawy przystąpiła także Prokuratura Okręgowa w Krakowie „z uwagi na ważny interes społeczny”.

Przesłuchany podczas środowej rozprawy biegły z zakresu kinematografii i filmoznawstwa stwierdził m.in., że twórcy filmu stosowali „zabiegi relatywizujące historię”. Wskazywał na „takie profilowanie scen, aby uwypuklić antysemickość żołnierzy AK”, oraz „wskazywanie antysemickości jako istotnej cechy zbiorowości Polaków”.
Pytany przez sąd, czy serial mógł mieć wpływ na kształtowanie wiedzy historycznej widzów, biegły stwierdził, że „zdecydowanie tak”. Dodał także, że „rozumienie antysemickich scen z udziałem żołnierzy AK będzie takie samo w Niemczech, jak i w Polsce”, i że „niezależnie gdzie film byłby emitowany, w odniesieniu do zachowania żołnierzy AK byłby w ten sam sposób zrozumiany”.

Na kolejnych rozprawach w marcu i kwietniu sąd ma przesłuchać – w trybie wideokonferencji – twórców filmu, prawdopodobnie powoła też jako biegłego historyka. W toku procesu strona niemiecka sprzeciwiała się powołaniu polskich biegłych historyków i biegłego z zakresu kinematografii wskazując, że Polacy wychowani w kulcie Armii Krajowej nie będą w stanie obiektywnie ocenić filmu i dlatego powinni zostać przesłuchani niemieccy biegli. Sąd odrzucił te wnioski.
 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl