„Magoi” – Kacper, Melchior, Baltazar

Trzej Magowie, Bazylika Santi Apollinare Nuovo, Rawenna

Imiona Trzech Króli pojawiają się na pograniczu późnego antyku i średniowiecza: od wtedy mamy Kacpra, Melchiora i Baltazara. Mędrcy ze Wschodu zostają królami, którymi nie byli w starożytności – opowiada dr hab. Robert Wiśniewski z IH UW w wywiadzie przeprowadzonym przez Annę Kruszyńską z PAP.

Kogo miał na myśli Mateusz pisząc w swojej Ewangelii o „mędrcach ze Wschodu”?

Dr hab. Robert Wiśniewski: Dzieciństwo Jezusa w Ewangeliach, ale przede wszystkim w Ewangelii Mateusza, jest bardzo silnie zmitologizowane. Możemy powiedzieć tylko to, co Mateusz napisał, a napisał o mędrcach ze Wschodu – „magoi”. Ten termin tłumaczymy jako „mędrcy” i jest to tłumaczenie rozsądne. Jednocześnie to słowo oznacza magów, ale nie w tym sensie, w jakim my ich rozumiemy – czyli jako ludzi zajmujących się magią. W starożytności to słowo oznacza przede wszystkim kapłanów religii perskiej. W przypadku Mateusza to pierwotne znaczenie słowa „magoi” chyba jednak nie wchodzi w grę. Miał zapewne na myśli najmądrzejszych, najbardziej przewidujących przyszłość ludzi tego świata. Próba powiązania ich z jakimś konkretnym krajem, z konkretną rzeczywistością historyczną jest raczej skazana na niepowodzenie.

Dlaczego tylko jedna Ewangelia wspomina o tym wydarzeniu? Czy coś więcej mówią apokryfy?
Pozostałe Ewangelie milczą o tym, ponieważ jest to oryginalny pomysł Mateusza. To on – lub źródło, z którego korzystał – wymyślił tę historię. Apokryfy, czyli opowieści o życiu Jezusa, w szczególności o jego dzieciństwie, które zaczęły powstawać w świecie chrześcijańskim już od II wieku n.e., mówią dużo więcej. Ich twórcy w sposób naturalny interesowali się tym, o czym Ewangelie nie mówiły. Zwłaszcza w późniejszych apokryfach motyw mędrców ze Wschodu będzie zdecydowanie rozbudowany.

Jakich informacji dostarczają zatem pisma apokryficzne?
Przede wszystkim pojawia się liczba mędrców. Mateusz mówi po prostu o „magoi”, nie mówiąc, ilu ich było. W Ewangeliach apokryficznych ich liczba waha się od trzech do siedmiu.
Trzy jest liczbą naturalną. To w ogóle bardzo dobra liczba – jest silna symbolicznie i bardzo często spotykana w różnego rodzaju tekstach o charakterze mitycznym. W tym przypadku jest jeszcze jeden powód: mamy trzy dary, które przynieśli mędrcy ze Wchodu, czyli złoto, kadziło i mirrę. Najłatwiej było więc uznać, że każdy przyniósł jeden dar, zatem mamy ich trzech. Czasami teksty mówią, że mędrców było siedmiu. Siódemka jest również liczbą ważną symbolicznie – oznacza pełnię.

Kiedy zatem pojawiają się ich imiona, a mędrcy stają się królami?
Ich imiona pojawiają się później. Nie mamy ich w najwcześniejszych Ewangeliach apokryficznych, nie ma ich też u Mateusza. Imiona pojawiają się w tekstach pisanych już na pograniczu późnego antyku i średniowiecza: od wtedy mamy Kacpra, Melchiora i Baltazara. Dopiero we wczesnym średniowieczu ci mędrcy ze Wschodu zostają królami, którymi zupełnie nie byli w starożytności.

Jaka jest symbolika darów złożonych przed mędrców?
Dary można interpretować na różny sposób. Jest tradycyjna symbolika, która rozwinęła się w myśli chrześcijańskiej w toku wieków: złoto ma symbolizować władzę królewską, mirra – cierpienie oraz kadzidło, z którym jest trochę problemów, ale które ma w każdym razie wydźwięk religijny. To wcale nie jest pewne, czy taka jest oryginalna symbolika tych darów, którą im przypisał Mateusz. Mędrcy przynieśli rzeczy drogie i cenne – takie, które należało przynieść ważnej osobie.
Zwyczajowo uważa się, że mędrcy złożyli hołd Jezusowi-noworodkowi.

Skąd mogli oni pochodzić i ile mogła trwać ich podróż?

Trzeba powtórzyć, że mamy tu do czynienia z opowieścią o charakterze mitycznym. Z związku z tym próba ustalania tego, ile trwała ich podróż, która jest jedynie symbolicznym wyrazem czci oddanej narodzonemu Chrystusowi, nie ma wielkiego sensu.
Można próbować zadawać sobie pytanie, czy Mateusz pisząc tę historię miał z tyłu głowy jakiś konkretny region i czy w związku z tym myślał w kategoriach, kiedy mogli się dowiedzieć, ile czasu mogła trwać ich podróż. Wydaje mi się, że Mateusz w ten sposób nie myślał, nie próbował budować całej skomplikowanej historii.
Jeżeli jednak byśmy próbowali „przycisnąć” Mateusza, to prawdopodobnie powiedziałby, że przyszli oni z Persji, czyli ze współczesnego Iranu. Zatem ich podróż mogłaby trwać kilka tygodni.

Czy popularne dzisiaj Orszaki Trzech Króli mają korzenie w dawniejszych czasach?
To tradycja sięgająca dawnych czasów, ale absolutnie nie starożytnych. W starożytności to święto nie było szczególnie mocno powiązane z mędrcami ze Wschodu – wówczas nie mówiło się ani o trzech, ani w ogóle o królach. W starożytności zdecydowany nacisk kładziono albo na Narodzenie, albo na chrzest, tym samym takiej tradycji być nie mogło. Trzej królowie zdobywają znaczenie dopiero w średniowieczu i to wcale nie w tym wczesnym. W XII wieku, kiedy cesarz Fryderyk Barbarossa sprowadził relikwię Trzech Króli do Kolonii, kult tych postaci rozprzestrzenił się w Europie Zachodniej. Wszystkie obrzędy związane z Trzema Królami zaczynają się w tej epoce.

Dlaczego opowieść o trzech królach jest nadal żywa, atrakcyjna?
Mogę się domyślać, choć to wychodzi trochę poza moje kompetencje profesjonalne jako historyka. Pomijając teologiczny wymiar tego święta (objawienia się Boga światu) mogę powiedzieć, że w ogóle dla ludzi ważne jest świętowanie. Widzimy to właściwie w każdej epoce. Ważne są wydarzenia, które w jakiś sposób integrują społeczność – święta odwołujące się do historii, do religii, do czegoś, co pozwala wspólnie coś przeżywać.
Warto mieć na uwadze również barwny charakter tego święta obchodzonego w okresie, kiedy ludziom dramatycznie brakuje czegoś wesołego. W grudniu w naszej szerokości geograficznej i klimacie jest zaledwie 29 godzin słońca. Ludzie chcą po prostu bardzo potrzebują wtedy czegoś radosnego.

Źródło: dzieje.pl

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

"Atak paniki": debiut gorący jak wulkan. RECENZJA

Kadr z filmu "Atak paniki" / mat.pras.

Magdalena Fijołek

Dziennikarka w dziale Kultura portalu niezalezna.pl, \"Gazety Polskiej\" i \"Gazety Polskiej Codziennie\".

Kontakt z autorem

W „Ataku paniki” emocje bohaterów sięgają krawędzi, za którą czaić się może już tylko szaleństwo. Nic dziwnego, że kipiący od ekspresji debiut Pawła Maślony jest jednym z najgłośniejszych filmowych wydarzeń sezonu.

Maślona zawiązuje akcję w samym środku zdarzeń - bez ceregieli i na dzień dobry funduje widzom scenę samobójstwa jednego z bohaterów, by minuta po minucie intensyfikować napięcie jeszcze bardziej. Niemal równolegle toczy się kilka historii - zestresowana i ciężarna panna młoda (Julia Wyszyńska) nie może doczekać się męża, uzależniony od gier komputerowych kelner (znakomity Bartłomiej Kotschedoff) pada ofiarą ataku hakerskiego, wracające z wakacji małżeństwo (przezabawni Artur Żmijewski i Dorota Segda) zmaga się z natrętnym współpasażerem, a spragniona miłosnego spełnienia pisarka kryminałów (poruszająca rola Magdaleny Popławskiej) gaśnie w oczach, gdy kolejny mężczyzna odprawia ją z kwitkiem. Gdzieś w domu na przedmieściach, gdy dorośli imprezują, za ścianą nastolatkowie (a wśród nich Nicolas Przygoda znany z „Placu zabaw” Bartosza M. Kowalskiego) wyruszają w swój pierwszy trip po marihuanie, gdzie indziej młoda kobieta (Aleksandra Pisula), podczas spontanicznego spotkania z koleżankami, drży ze strachu przed tym, że wstydliwa prawda o jej karierze zawodowej ujrzy światło dzienne.

Każdy wątek, choć początkowo trudno to dostrzec, łączy się z resztą historii, a akcja została zbudowana w taki sposób, by widz czerpał przyjemność z domyślania się i samodzielnego odkrywania tych połączeń. Podobnie jak we wcześniejszej etiudzie Maślony pt. „Magma”, bohaterowie są doprowadzani na skraj załamania nerwowego, za którym może czaić się już tylko szaleństwo. Atmosferę narastającego napięcia doskonale buduje zarówno obsada (oprócz wymienionych już aktorów Maślona do współpracy zaprosił m.in. Grzegorza Damięckiego, Andrzeja Konopkę, Mirosława Haniszewskiego i Annę Romantowską), ciekawy montaż Agnieszki Glińskiej, jak i przyprawiająca o dreszcz niepokoju muzyka Radzimira Dębskiego.

W finale rodzi się nowy człowiek, którego pojawienie się niejako rekompensuje samobójstwo z pierwszej sceny filmu. Jak się okazuje, to tylko chwilowa ulga, bo ostatnie słowa, jakie padają w filmie, brzmią: „Nic już nie ma”. Debiutujący pełnometrażowo reżyser brawurowo rozprawia się z nękającymi dzisiejsze społeczeństwo „atakami paniki”, chociażby dotyczyły spraw pozornie tak błahych jak kiepski żart internetowego trolla. Wnioski, które wyciągamy z filmu Maślony są gorzkie i zabarwione nihilizmem, ale podane w tak zabawnej i atrakcyjnej formie, że podobnie jak niegdyś obrazy Marka Koterskiego, oprócz smutnej autorefleksji, wywołują uśmiech na twarzy.
 

Źródło: niezalezna.pl, Gazeta Polska Codziennie

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl