Siły Powietrzne USA wycofują Predatory

/ flickr.com

Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych rozpoczęły wycofywanie ze służby wykorzystywanych od 21 lat bezzałogowych statków powietrznych MQ-1 Predator, które zostaną zastąpione dronami MQ-9 Reaper (na zdjęciu).

Eksploatacja ostatniego z Predatorów zostanie zakończona wraz z latem 2018 roku. Departament Obrony USA argumentował swoją decyzję o wycofaniu ze służby Predatorów tym, że nowszy model, którym jest MQ-9 Reaper, może pochwalić się lepszymi osiągami jeśli chodzi o szybkość, zasięg, czas operowania oraz jest w stanie przenosić większy ładunek uzbrojenia. Pentagon przypomniał, że w ciągu ostatnich lat zagrożenia, z jakimi muszą mierzyć się Stany Zjednoczone, wymagają bardziej precyzyjnego wsparcia z powietrza, czego Predator nie może zapewnić. Przenosząc Predatory w stan spoczynku, Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych oszczędzą fundusze, które były przeznaczone na szkolenie załóg i serwis maszyn. Warto przypomnieć, że MQ-1 Predator oryginalnie był zaprojektowany do prowadzenia misji zwiadowczych, z tego też względu udźwig UAV był niewielki, wynoszący około 90 kg. Z tego też powodu po modyfikacjach Predator mógł przenosić jedynie na dwóch węzłach uzbrojenia dwa kierowane pociski rakietowe powietrze-ziemia AGM-114 Hellfire (MQ-1B). Z kolei Reaper ma udźwig ponad 1800 kg i jest przystosowany do przenoszenia pocisków AGM – 114 Hellfire, jak i bomb kierowanych laserowo GBU-12 oraz GBU-38 Joint Direct Attack Munition (JDAM). Reaper ma zasięg 5 900 kilometrów i może operować na pułapie 15 tysięcy metrów, jego prędkość przelotowa wynosi pomiędzy 276 a 313 km/h , czas operowania w powietrzu wynosi do 28 godzin.

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

"Atak paniki": debiut gorący jak wulkan. RECENZJA

Kadr z filmu "Atak paniki" / mat.pras.

Magdalena Fijołek

Dziennikarka w dziale Kultura portalu niezalezna.pl, \"Gazety Polskiej\" i \"Gazety Polskiej Codziennie\".

Kontakt z autorem

W „Ataku paniki” emocje bohaterów sięgają krawędzi, za którą czaić się może już tylko szaleństwo. Nic dziwnego, że kipiący od ekspresji debiut Pawła Maślony jest jednym z najgłośniejszych filmowych wydarzeń sezonu.

Maślona zawiązuje akcję w samym środku zdarzeń - bez ceregieli i na dzień dobry funduje widzom scenę samobójstwa jednego z bohaterów, by minuta po minucie intensyfikować napięcie jeszcze bardziej. Niemal równolegle toczy się kilka historii - zestresowana i ciężarna panna młoda (Julia Wyszyńska) nie może doczekać się męża, uzależniony od gier komputerowych kelner (znakomity Bartłomiej Kotschedoff) pada ofiarą ataku hakerskiego, wracające z wakacji małżeństwo (przezabawni Artur Żmijewski i Dorota Segda) zmaga się z natrętnym współpasażerem, a spragniona miłosnego spełnienia pisarka kryminałów (poruszająca rola Magdaleny Popławskiej) gaśnie w oczach, gdy kolejny mężczyzna odprawia ją z kwitkiem. Gdzieś w domu na przedmieściach, gdy dorośli imprezują, za ścianą nastolatkowie (a wśród nich Nicolas Przygoda znany z „Placu zabaw” Bartosza M. Kowalskiego) wyruszają w swój pierwszy trip po marihuanie, gdzie indziej młoda kobieta (Aleksandra Pisula), podczas spontanicznego spotkania z koleżankami, drży ze strachu przed tym, że wstydliwa prawda o jej karierze zawodowej ujrzy światło dzienne.

Każdy wątek, choć początkowo trudno to dostrzec, łączy się z resztą historii, a akcja została zbudowana w taki sposób, by widz czerpał przyjemność z domyślania się i samodzielnego odkrywania tych połączeń. Podobnie jak we wcześniejszej etiudzie Maślony pt. „Magma”, bohaterowie są doprowadzani na skraj załamania nerwowego, za którym może czaić się już tylko szaleństwo. Atmosferę narastającego napięcia doskonale buduje zarówno obsada (oprócz wymienionych już aktorów Maślona do współpracy zaprosił m.in. Grzegorza Damięckiego, Andrzeja Konopkę, Mirosława Haniszewskiego i Annę Romantowską), ciekawy montaż Agnieszki Glińskiej, jak i przyprawiająca o dreszcz niepokoju muzyka Radzimira Dębskiego.

W finale rodzi się nowy człowiek, którego pojawienie się niejako rekompensuje samobójstwo z pierwszej sceny filmu. Jak się okazuje, to tylko chwilowa ulga, bo ostatnie słowa, jakie padają w filmie, brzmią: „Nic już nie ma”. Debiutujący pełnometrażowo reżyser brawurowo rozprawia się z nękającymi dzisiejsze społeczeństwo „atakami paniki”, chociażby dotyczyły spraw pozornie tak błahych jak kiepski żart internetowego trolla. Wnioski, które wyciągamy z filmu Maślony są gorzkie i zabarwione nihilizmem, ale podane w tak zabawnej i atrakcyjnej formie, że podobnie jak niegdyś obrazy Marka Koterskiego, oprócz smutnej autorefleksji, wywołują uśmiech na twarzy.
 

Źródło: niezalezna.pl, Gazeta Polska Codziennie

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl