„Wesele” Klaty. Między komiksem a sednem spraw

Jan Klata zrobił z „Wesela” Wyspiańskiego kontrowersyjny patchwork. To teatralny komiks z blackmetalową muzyczną oprawą i momentami, które sprowadzają na widownię głęboką ciszę. Może taka jest dziś Polska?

Gdy kilka dobrych miesięcy temu okazało się, że Jan Klata wystawi w krakowskim Teatrze Starym „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego z nietypową oprawą muzyczną, czyli grającym na żywo w trakcie spektaklu blackmetalowym zespołem Furia, błyskawicznie wykrystalizowały się ekstrema. Jedni się zachwycili – i trwają w tym zachwycie do teraz, a wszystko im się bardzo w tej interpretacji podoba, choćby ze względu na różne okoliczności poboczne, na czele z odwołaniem Klaty z funkcji dyrektora szacownej sceny. Inni się oburzyli – i trwają w oburzeniu do teraz, i nic im się nie podoba w tym spektaklu, nawet jeśli go nie widzieli, ale znają i potakują różnym okolicznościom pobocznym, na czele z wyżej wspomnianą. Bilety świetnie się sprzedały, od dyskusji rozgrzał się internet. Niektórzy nawet poszli do obuwniczego po sprawunki na tę okoliczność.

Rozdwojenie spektaklu
Gdzieś w zgiełku „Wesela” padają słowa, że trzeba nam myśli i sztuki, która rozumie współczesność. Wybrzmiewają i padają na ziemię między weselników, na teatralną scenę. Nawet jeśli Klata chciał nam powiedzieć coś o współczesności, to raczej tylko tyle, żeby nic nie zazgrzytało miłośnikom i miłośniczkom jego twórczości i recenzentom z „Gazety Wyborczej”. Użył kilku efektownych gadżetów i zabiegów, żeby całość nasycić elementami pastiszu i kpiny. Mamy zatem Czepca (Krzysztof Zawadzki) w tożsamościowym T-shircie z orłem, mamy gitarowo-oazowe śpiewanie w wykonaniu księdza (Bartosz Bielenia). Mamy nawiązania do kibicowskich tłumów, w których mundurek wbito kosynierów. Wszystko to są czytelne dla inteligenckich odbiorców kody – w gruncie rzeczy mocno bieżączkowe i zgodne z gazetowowyborczą wizją Polski naszych lat. Spór ludu i inteligencji, jeden z najistotniejszych polskich sporów dwóch minionych wieków, opakowano w strawną dla liberalnych mieszczan krytykę polakokibolstwa. I na tym właściwie rzecz się skończyła.
To wszystko sprawia, że „Wesele”, jedno z najcięższych gatunkowo polskich dzieł literackich, wpada w komiksową manierę. Kreska jest ostra i jaskrawa, przekaz aż nadto czytelny, złośliwości odpowiednie dla wrażliwości wielkomiejsko-inteligenckiego widza o liberalnych gustach. W związku z tym spektakl się rozdwaja – z interpretacji dowiaduję się o współczesności tylko tego, czego i tak dowiaduję się od bywalców krakowskich kawiarni. Ale poza interpretacją jest „Wesele” samo w sobie – i ono także mówiło do mnie w czas przedstawienia. I ono bolało najbardziej: chwilami harmonizując z reżyserskim zamysłem, chwilami pozostając czystym słowem i treścią poza interpretacją.

Sztampa teatralnej golizny
Filozofia, przekaz, oskarżenia, jakie płyną z „Wesela”, to polskie agony myśli i czynu. To pokazanie i współtworzenie polskości, która pod koniec XIX w. i na początku XX w. tak bardzo zaczęła się przeobrażać. I to niestety umyka w wielu miejscach Klatowego przedstawienia. Nie piszę tego ze złej woli, dla świętego spokoju wolałbym uniknąć tej krytyki – ale nie da się nie zacytować klasyka prosto w twarz wniebowziętej widowni i niektórym zaprzyjaźnionym z reżyserem krytykom: „Jak to zachwyca, skoro nie zachwyca?”. Ale jedno z pewnością mnie poruszyło: chocholi taniec weselników jako lejtmotyw spektaklu, taniec zanurzony w gęstym, mrocznym graniu. I scena, gdy wołają, głośno wołają, ale głosów ich nie słychać – jest w tym jakiś smutek, rozpacz i prawda o polskości, która była też krzykiem, którego świat nie słyszał. I przekrzykiwaniem, w którym się nie słyszeliśmy.
Dodajmy do tego jeszcze jedną, w sumie już dość epigońską manierę. Żeby sztuka była sztuką, musi się pojawić nieco golizny. Mamy zatem w „Weselu” Stańczyka (Jan Peszek) w stringach z falliczną ozdobą na przedzie, mamy wesoło majtającego w jednej ze scen genitaliami Jaśka (Krystian Durman), mamy Zawiszę Czarnego jako kobietę topless z powstańczą opaską, neurotycznie deklamującą swoje kwestie (Małgorzata Gorol). Czy czuję się zgorszony? Raczej wzruszam ramionami. Nagość niegdyś w spektaklach teatralnych była elementem – przepraszam za uczone słowo – transgresywnym, przełamującym normę, weryzm potęgował poczucie realności. Dziś transgresywne byłoby raczej zrezygnowanie ze sztampowej golizny, bo staje się ona drobno- i strasznomieszczańska. Niektórzy nie zauważyli, że bohema już dawno przejęła szacowne salony i tylko czekać, gdy nagość po teatrach zacznie być nazywana seksizmem przez młodsze pokolenie krytyków i krytyczek teatralnych. Intrygujące, co by się wtedy wydarzyło przy kawiarnianych stolikach.

Trza być z Furią na „Weselu”
Ale jest też w „Weselu” kilka momentów, które wyzwalają wzruszenie i namysł. To choćby prosta, cicha scena rozmowy Panny Młodej (Monika Frajczyk) i Poety (Zbigniew W. Kaleta) i niesamowity końcowy monolog starego Jaśka (Andrzej Kozak). Mężczyzna w podeszłym wieku nie rozlicza się jedynie ze swojej chybionej misji, ze sznura, który jedynie został mu w rękach. To krótka opowieść o tych wszystkich, których starania o Polskę chybiły celu mimo ich woli.
Jesteśmy w przededniu stulecia Niepodległości. Patrzyłem na Jaśka i widziałem to pokolenie, które około trzydziestki wchodziło w 1918 r. i już dwie dekady później zobaczyło swoje marzenia zdruzgotane. Wiem, że to już daleko od tego, co działo się na scenie. Ale ciemność na scenie, samotność bohatera, dojmująca cisza otwierały na refleksję, przełamały komiksowy blichtr.
I jeszcze blackmetalowa Furia na wysokich kolumnadach nad sceną, która przygrywa do chocholego tańca. Nie będę oszukiwał – jestem fanem tego zespołu, widziałem go i na Metalmanii późną nocą w marcu 2017 r. w Katowicach, i niedawno w stołecznej Progresji w ramach trasy koncertowej zespołu. Fenomen Furii, jej rosnąca popularność wynika z nieortodoksyjnego podejścia artystów do tego gatunku muzyki. Słychać tam momentami elementy pop­jazzowe, nieco klimatów progresywnego rocka. Tekstowo to raczej kraina niejasności, że nawiążę do znanego określenia opisującego poezję śpiewaną. Gdy chocholi taniec nabrzmiewa słowami: „Wstawać trupy, / koniec spania! / Dalej trupy, / będziem latać!” – to wszystko jest na miejscu.
Klata rozsadził konwencję teatralną – eksperyment zadziałał. Jeżeli ktoś zgadza się, że kanon można raz po raz wywrócić na nice, to dobrze się stało. Widz został przecież ostrzeżony. Być może po latach z tego spektaklu zostanie zapamiętana właśnie próba połączenia dwóch żywiołów artystycznych, wyższej i niższej sztuki. W retortach artystów od wieków miesza się różne składniki, zatem nie rozumiem tych, którzy po prostu wiedzą, że to wielka niestosowność zaprosić blackmetalową kapelę do gry w spektaklu. Gdyby miało stać się to normą – pewnie zaczęłoby razić sztampą. Ale o tym będziemy mogli porozmawiać ewentualnie za kilka czy kilkanaście lat.
Trudno bezkrytycznie zachwycać się i w czambuł potępiać Klatowe „Wesele”. Nie pozostawia obojętnym, nawet gdy drażni. Niestety, nie wiem, jak należałoby dziś wyreżyserować sztukę Wyspiańskiego, żeby pokazać wszystko, co dziś jest Polską na dobre i złe.

Udostępnij

Wczytuję komentarze...

Hartman mnie pobił

Jechałem autobusem linii jakiejś tam, gdzieś tam i kiedyś tam. Czytałem akurat „Gazetę Polską Codziennie”. Artykuł Piotra Lisiewicza – myślę, że to ważne dla tej historii. I nagle wszedł on. Sapał. Gdy stawiał kroki, autobus uginał się pod ciężarem jego nienawiści. Oczy płonęły mrokiem. Powietrze wokół niego zamieniało się w parę wodną. Czułem siarkę. Najpierw dotknął mnie jego cień. Potem poczułem drobinki potu spadające na moją gazetę.

Nie, to jednak nie pot. To jad. Kropelki wypalały małe, idealnie okrągłe dziurki w papierze. „Zdradziłeś, ty Żydzie” – usłyszałem jego ochrypły głos. Spojrzałem w górę. Tak. Hartman. Ten Hartman.

„Zdradziłeś, ty parchu!” – zawył niczym wilk. Potężnym uderzeniem łapy wyrzucił mnie z fotela.

Potoczyłem się po podłodze autobusu. Spojrzałem na współpasażerów, szukając ratunku. Dopiero wtedy zobaczyłem, że każdy z nich ma plakietkę KOD. Z uśmiechem patrzyli na tę scenę terroru.

Chciałem uciec, ale ból nie pozwolił mi stanąć na nogi. Chyba pękły mi kości. Zacząłem pełznąć po podłodze pojazdu, przez brud, błoto zmieszane ze śniegiem. Dobiegały mnie niektóre słowa, intonowane niczym w starożytnym rytuale: „pomścij Kijowskiego”, „w imię poliamorii”, „pierdolę, nie rodzę”. Hartman dopadł mnie w kilka sekund. Odwrócił na plecy. Ostatkiem sił wyszeptałem: „Ale jak zdradziłem?”. „Nigdy nie pojąłeś, że pedofilia to ciekawy problem filozoficzny” – wysyczał – „oraz nie kibicujesz Lechowi Poznań”. A potem mnie zabił. To byłoby chyba tyle. Wiecie państwo, do czego się odnoszę? Do tekstu naszego bohatera o Żydach, co to zdradzili, bo nie mają poglądów takich jak on, oraz do fake newsa o pobiciu typa za czytanie „GW” (żadnego pobicia nie było, a typ po prostu nie chciał ustąpić miejsca staruszce). A poza tym chciałem raz poczuć się w skórze tych ściemniaczy. To chyba odpowiednia reakcja na fake newsy o zorganizowanych grupach staruszek moherowych, terroryzujących w komunikacji miejskiej czytelników „GW”. Wyśmiać i… zaproponować psychologa?

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl