Czy norki zostaną w Polsce?

fot. Igor Smirnow/"Gazeta Polska"

Wejście w życie nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt może spowodować likwidację polskich ferm norek, w których hodowli jesteśmy światowym potentatem.

 

O tym, że Polska zaliczana jest do największych globalnych producentów i eksporterów jabłek, malin, pieczarek czy drobiu wie niemal każdy. Mało kto natomiast zdaje sobie sprawę, że polską specjalnością jest też chów i hodowla zwierząt futerkowych. Szczególnie rozwinięta w naszym kraju jest produkcja skór norek, których więcej na świecie produkują tylko Dania i Chiny. Hodowla norek to jeden z najszybciej rozwijających się działów specjalnych produkcji rolnej w Polsce.

Pierwsze hodowle norek w Polsce powstały w 1928 r. Przed wybuchem II wojny światowej w Polskim Związku Hodowców Zwierząt Futerkowych zarejestrowanych było kilkudziesięciu hodowców. W latach PRL-u hodowla zwierząt futerkowych nie miała sprzyjających warunków do rozwoju, mimo to Polska była wtedy znaczącym producentem skór z lisów, szynszyli i nutrii. W latach 90. XX w. zaczęły powstawać coraz liczniejsze hodowle norek. Dzisiejsza renoma polskich hodowców i wysoka jakość produkowanych przez nich skór to efekt ich pracy w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Obecnie Polska sprzedaje mniej więcej co dziewiątą wyprodukowaną skórę norki na świecie, które wykorzystywane są przez przemysł futrzarski i galanteryjny.

Kto lepiej dba o dobrostan zwierząt?

Historia sukcesów polskiej hodowli norek może się jednak wkrótce skończyć. Do Sejmu trafił bowiem projekt ustawy złożony przez grupę posłów Prawa i Sprawiedliwości, który zakłada m.in. zakaz chowu i hodowli zwierząt na futra (od 2022 r.), z wyłączeniem królika (Oryctolagus cuniculus). Wprowadzenie zakazu hodowli zwierząt na futra wnioskodawcy projektu motywują tym, że „chów i hodowla zwierząt w tym celu przysparza zwierzętom zbędnego cierpienia, a ponadto niektóre fermy negatywnie wpływają na środowisko naturalne”. Projekt poparł m.in. prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński.

Ewentualne uchwalenie nowych regulacji przez parlament z pewnością ucieszyłoby aktywistów organizacji walczących o prawa zwierząt. Od lat wytykają oni właścicielom ferm nie tylko złe warunki hodowli, ale również brak właściwych zabezpieczeń przed ucieczką drapieżnych gatunków, które przyczyniają się do zmian w ekosystemie. Szczególną aktywność wykazuje tu Fundacja Viva!, publikująca raporty na temat przemysłu futrzarskiego, a właściwie na temat rzekomych patologii w nim występujących.

Zawarte w raportach materiały i zdjęcia mają dokumentować koszmarne warunki życia zwierząt na polskich fermach. Szkopuł w tym, że duża część informacji zawartych w raporcie nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Są to albo informacje zmanipulowane, albo nieaktualne. Organizacje ekologiczne w głównej mierze powołują się na raporty NIK-u z 2011 i 2014 r., które ich zdaniem wykazują nieprawidłowości na fermach hodowli zwierząt futerkowych. Fakty są jednak takie, że NIK nie ma uprawnień do bezpośredniej kontroli ferm. Przeprowadzone przez ten organ kontrole dotyczyły wyłącznie dokumentacji, a nie dobrostanu zwierząt czy ogólnie pojętych hodowli. Stwierdzenie podane przez NIK, a dalej użyte w raporcie Vivy!, że 87 proc. ferm nie przestrzegało wymagań ochrony środowiska, wynikało wyłącznie z faktu niewdrożenia przez Polskę w wymaganym terminie dyrektywy unijnej 2008/98/WE dotyczącej gospodarowania odpadami. Ponadto raport NIK-u dotyczył wszelkich hodowli zwierzęcych, a nie tylko zwierząt futerkowych, czego Viva! w swoim raporcie już nie dodała.

Nie oznacza to oczywiście, że nie zdarzają się przypadki hodowli prowadzonej w sposób nieprofesjonalny, bez respektowania przepisów dotyczących dobrostanu zwierząt. Ale są to zjawiska marginalne, którym branża stara się przeciwdziałać. Branża sama doprowadziła do likwidacji hodowli w Rościnie i skutecznie wspierała społeczeństwo w Przelewicach, nie dopuszczając do powstania fermy.

Dbałość o dobrostan zwierząt leży przede wszystkim w interesie hodowcy. Jeżeli zwierzęta będą chowane w złych warunkach, to nie będą się rozmnażały, a ich skóry będą złej jakości – przekonuje Jacek Sękulski, kierownik fermy norek w Strumianach (ferma w Polsce)/fot. Igor Smirnow "Gazeta Polska"

fot. Igor Smirnow "Gazeta Polska"

 

– Obie inwestycje starali się wykonać pseudohodowcy. Te przypadki są przykładem odpowiedzialnego działania branży, natomiast w raporcie organizacji ekologicznej podane są jako przykład patologii. Każdy hodowca, który nie przestrzega przepisów, powinien być ukarany, a w skrajnych sytuacjach pozbawiony możliwości prowadzenia hodowli – podkreśla Daniel Chmielewski, prezes Polskiego Związku Hodowców Zwierząt Futerkowych (PZHZF).

fot. Igor Smirnow "Gazeta Polska"

Słowa Chmielewskiego potwierdzają działania branży. PZHZF przygotował bowiem projekt legislacyjny, którego efektem będzie ujednolicenie wysokich standardów hodowli w całej Polsce.

– Projekt został wysłany do właściwych ministerstw, a także wszystkich zasiadających w parlamencie ugrupowań politycznych i jest alternatywą dla całkowitego zakazu hodowli. Ponadto związki branżowe są w trakcie przeprowadzania audytów i certyfikowania zrzeszonych w nich ferm hodowlanych, a także wprowadzania międzynarodowego certyfikatu dobrostanu zwierząt WelFur. Na mocy porozumienia pomiędzy hodowcami, związkami i domami aukcyjnymi skóry z ferm niecertyfikowanych od roku 2020 nie będą mogły być sprzedawane – informuje Chmielewski.

fot. Igor Smirnow "Gazeta Polska"

 

– Dbałość o dobrostan zwierząt leży przede wszystkim w interesie hodowcy. Jeżeli zwierzęta będą chowane w złych warunkach, to nie będą się rozmnażały, a ich skóry będą złej jakości. W rezultacie hodowca nie będzie mógł takich skór sprzedać albo dostanie za nie znacznie mniej pieniędzy niż za skórę wysokiej jakości. Doprowadziłoby to producenta do problemów finansowych. Polska nie osiągnęłaby drugiego miejsca w Europie w zakresie hodowli norek bez dbałości o zwierzęta, a przecież polskie skóry są cenione na całym świecie – przekonuje Jacek Sękulski, kierownik fermy norek w Strumianach (woj. zachodniopomorskie).

Co ciekawe, szczególną dbałość o dobrostan zwierząt wymusza na hodowcach świat mody, który interesuje się, w jakich warunkach hodowane są zwierzęta.

Te argumenty nie przekonują jednak aktywistów Fundacji Viva! czy Stowarzyszenia Otwarte Klatki, które domagają się wprowadzenia całkowitego zakazu hodowli zwierząt futerkowych w Polsce. W Europie taki zakaz obowiązuje w Wielkiej Brytanii (gdzie istniało 11 ferm norek, a hodowcy w wyniku wprowadzenia zakazu otrzymali wysokie odszkodowania), Austrii (1 ferma norek), Chorwacji (0 ferm norek), Bośni i Hercegowinie (0 ferm norek), Serbii (0 ferm norek) oraz w Macedonii (0 ferm norek). Zakaz wprowadzono także w Holandii (160 ferm norek) i Czechach (1 ferma norek i 8 ferm lisów), ale zacznie on obowiązywać dopiero za kilka lat. Z kolei Dania (1600 ferm norek) zakazała wyłącznie hodowli lisów (z dziesięcioletnim okresem przejściowym), a Szwajcaria (0 ferm norek) czy Niemcy (4 fermy norek) wprowadziły rygorystyczne przepisy, nakładające na fermy wysokie standardy chowu zwierząt. Jak wynika z powyższego, zakaz hodowli wprowadzony w tych krajach nie miał żadnego gospodarczego znaczenia. Jedynym krajem, w którym hodowla miała znaczenie, jest Holandia. Tyle tylko, że Holandii w żaden sposób nie można porównać do Polski. Jest to kraj wielkości jednego polskiego województwa, położony depresyjnie i przesycony hodowlami zwierzęcymi. Z tych względów od 1995 r. dąży się tam do ograniczenia wszelkich hodowli zwierzęcych, a zakaz hodowli norek był wynikiem targu politycznego pomiędzy liberałami a socjalistami.

Wbrew temu, co mówią ekolodzy, spośród 50 krajów europejskich, w tym 28 członków Unii Europejskiej, tylko nieliczne państwa wprowadziły całkowity zakaz hodowli zwierząt futerkowych.

Emocje górują nad argumentami

Zapowiedź wprowadzenia zmian w ustawie o ochronie zwierząt, a zwłaszcza tych dotyczących hodowli zwierząt futerkowych, wywołała spore zamieszanie nie tylko w sferach gospodarczych. Dotychczas organizacje walczące o prawa zwierząt kojarzono raczej z liberalno-lewicową stroną sceny politycznej i wspierającymi je celebrytami. Propozycja rozwiązań zaprezentowana przez grupę posłów PiS-u zburzyła ten stereotyp i w wielu środowiskach wywołała konsternację. Politycy partii opozycyjnych nie bardzo wiedzieli, jak w tej sytuacji się zachować. Czy jak w większości innych kwestii kontestować wszystko, co zaproponuje partia rządząca, czy też przyłączyć się do obrońców praw zwierząt, niezależnie od ich politycznych sympatii. Efektem tego zamieszania był złożony przez posłów PO i Nowoczesnej projekt ustawy, który różni się od propozycji grupy posłów PiS-u wydłużonym vacatio legis.

Istotne różnice w podejściu do proponowanego zakazu hodowli zwierząt futerkowych występują w obrębie tych samych środowisk politycznych. Przeciwnikiem wprowadzenia zakazu jest np. Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, Ministerstwo Środowiska oraz Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, które obawiają się skutków likwidacji branży, zapewniającej tysiące miejsc pracy hodowcom oraz osobom związanym z branżą futrzarską. Również w partiach opozycyjnych nie ma w tej kwestii jedności.

Temat hodowli zwierząt futerkowych podzielił też świat mediów. Zwolennicy wprowadzenia zakazu chowu nie przyjmują argumentów publicystów przedstawiających argumenty drugiej strony, zarzucając im lobbing na rzecz branży futrzarskiej. Z kolei przeciwnicy nowych regulacji oskarżają swoich adwersarzy o działanie na rzecz zachodnich koncernów utylizacyjnych, które w razie upadku hodowli zwierząt zyskałyby do zagospodarowania bardzo intratny rynek odpadów poubojowych. Hodowcy natomiast alarmują, że konieczność utylizacji odpadów z rzeźni drobiowych i przetwórni rybnych, którymi obecnie żywi się zwierzęta, podniesie w sposób znaczący, bo nawet o 30 proc., cenę drobiu i ryb na polskim rynku oraz doprowadzi do braku konkurencyjności polskiego eksportu tych towarów na rynkach globalnych. Ponadto spalanie setek milionów kilogramów odpadów rzeźnych rocznie wywoła znaczne zanieczyszczenie powietrza smogiem ze spalarni.

Fermy otwarte dla polityków i mediów

Chaos informacyjny, jaki panuje w kwestii warunków hodowli zwierząt futerkowych w Polsce, to po części wina samej branży, która niespecjalnie dbała o edukację społeczeństwa w tym zakresie oraz ignorowała fałszywe informacje zamieszczane przez aktywistów. – Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że pewnym błędem było niezbyt zdecydowane reagowanie na pojawiające się nierzetelne czy wręcz nieprawdziwe informacje dotyczące hodowli zwierząt – przyznaje Daniel Chmielewski. Dlatego hodowcy zapraszają na swoje fermy polityków i przedstawicieli mediów, żeby naocznie mogli poznać rzeczywiste warunki chowu norek czy innych zwierząt futerkowych w Polsce. Problem polega na tym, że politycy, zwłaszcza ci, którzy podpisali się pod zakazem hodowli, nigdy nie byli na fermie i nie chcą przyjąć zaproszenia, mimo że fermy otwarte są cały rok – dodaje Chmielewski.

Fermy oznaczone takim symbolem można zawsze odwiedzić i zobaczyć warunki, w jakich hodowane są norki (ferma w Danii)/fot. Igor Smirnow "Gazeta Polska"

 

My, chcąc się przekonać, jak w rzeczywistości wygląda hodowla norek, postanowiliśmy to sprawdzić. I faktycznie. Prawdziwy obraz hodowli znacznie różni się od tego wykreowanego przez aktywistów ruchów obrony zwierząt. Wbrew powszechnemu przekonaniu, zwiedzając fermę norek, nie musieliśmy wcale zatykać nosa. Oczywiście, woni wydzielanej przez norki, karmę czy wyścielającą klatki słomę nie można porównać do zapachu Chanel 5, ale jest ona łatwa do zaakceptowania. Większym wyzwaniem dla naszych zmysłów jest ferma lisów. Tych jednak w Polsce jest coraz mniej. Natomiast twierdzenie, że zapach ferm norek poczuć można z odległości kilku kilometrów, można włożyć między bajki. Już kilkadziesiąt metrów od pawilonów hodowlanych zapach z fermy przestaje być wyczuwalny. Poza tym na prowadzonej zgodnie ze standardami fermie nie zobaczymy poranionych zwierząt, które walczą o przetrwanie w zatłoczonych klatkach. Zgodnie z obowiązującymi normami klatki muszą mieć określoną powierzchnię, być wyposażone w domek wykotowy ze stałą podłogą, wybieg, łatwy dostęp do wody i karmy. Nad każdą klatką przymocowana jest kartka z informacją o cechach zwierzęcia i terminie kocenia.

fot. Igor Smirnow "Gazeta Polska"

 

– Demonizuje się to, czego się nie zna. Każdy, kto odwiedził nasze fermy, nasze wytwórnie karmy i zobaczył jak to naprawdę wygląda, przestał się obawiać hodowli norek. Tę niewiedzę wykorzystują różne organizacje ekologiczne, a raczej pseudoekologiczne, żeby zlikwidować branżę, wspierając jednocześnie wchodzące na polski rynek koncerny utylizacyjne, które notabene często finansują „ekologów” – twierdzą członkowie Polskiego Związku Hodowców Zwierząt Futerkowych.

Oprócz fermy norek odwiedziliśmy również cztery zakłady okołobranżowe, m.in. firmę Futrex, która łącznie z zakładem obróbki skór i fermami zatrudnia obecnie 800 osób.

– Produkujemy rocznie 160 mln kg karmy, którą dostarczamy do ponad 50 ferm naszych klientów. Dostarczanie karmy dla norek jest specyficzną działalnością, gdyż te zwierzęta są bardzo wymagające, jeśli chodzi o żywienie. Karma musi być wykonana w 100 proc. z produktów świeżych (w 80 proc. są to odpady z ubojni drobiowych oraz przetwórni ryb) i dostarczona tego samego dnia na fermy – wyjaśnia Daniel Żurek, dyrektor firmy. W zeszłym roku spółka rozpoczęła modernizację zakładu produkującego karmę, która pochłonęła 50 mln zł oraz zakupiła teren pod nowy zakład – wytwórnię koncentratów zbożowych (koszt ok. 30 mln zł), która dałaby kolejne miejsca pracy, ale z uwagi na niepewną przyszłość branży wszystkie inwestycje wstrzymano.

Obawy o miejsca pracy

Niepokój związany z ewentualnym wprowadzeniem w Polsce zakazu hodowli norek sygnalizują też przedstawiciele firm działających na rzecz branży futrzarskiej. W polskim zakładzie duńskiej firmy HG produkowane są klatki, karmiarki, maszyny do obróbki skór oraz systemy pojenia, a także sprzęt wykorzystywany na fermach zwierząt futerkowych. – Niestety również nasz zakład odczuwa to, że polscy hodowcy wstrzymali się z inwestycjami. Kiedyś ponad połowę produkcji sprzedawaliśmy na polskim rynku, a dziś wszystko musimy eksportować – mówi John Hybel, dyrektor generalny HG-Poland.

Spółka HG-Poland zlokalizowana jest na terenie Goleniowskiego Parku Przemysłowego, który w ostatnich latach stał się krajowym centrum firm związanych z przemysłem futrzarskim. – Goleniowski Park Przemysłowy stanowi główny motor rozwoju gospodarczego gminy. I co ciekawe, jednym z najbardziej dynamicznie rozwijających się sektorów gospodarki w tym parku jest branża futrzarska – mówi Robert Krupowicz, burmistrz Goleniowa.

Wśród inwestorów Goleniowskiego Parku Przemysłowego jest Norpol, który obecnie jest największym na świecie centrum obróbki skór z norek. Firma świadczy usługi dla wielu hodowców z całej Europy (Holandia, Belgia, Dania, Finlandia, Grecja, Włochy, Łotwa, Litwa i Polska), przerabiając od kilku lat ponad 3 mln skór rocznie. – W szczycie produkcyjnym przerabiamy do 35 tys. skór dziennie i zatrudniamy 350 osób, głównie z okolicznych miejscowości – informuje Daniel Teodorczyk, menedżer w spółce Norpol.

 W sąsiedztwie światowego lidera w obróbce skór z norek został zlokalizowany polski oddział North American Fur Auctions (NAFA), które jest największym futrzarskim domem aukcyjnym w Ameryce Północnej i drugim co do wielkości na świecie. Skóry w polskim zakładzie sortowane są przez firmę według rodzaju, rozmiaru, odcienia, koloru i gatunku oraz oferowane do sprzedaży poprzez aukcje lub transakcje indywidualne. Aukcje są przeprowadzane kilka razy do roku w Toronto w Kanadzie. Jak informuje Sebastian Jansen, dyrektor naczelny NAFA-Europa, przez goleniowski zakład przechodzi 5 mln skór rocznie, które pozyskiwane są z hodowli w 17 krajach. Najwięcej, gdyż prawie połowa to skóry polskie, które są bardzo cenione na światowych rynkach za wysoką jakość.

fot. Igor Smirnow "Gazeta Polska"

Zdaniem burmistrza Goleniowa gmina jest bardzo ściśle związana z branżą futrzarską. W okolicach Goleniowa działa 14 ferm norek oraz firmy zajmujące się produkcją pasz, maszyn i wyposażenia ferm, a także selekcją i sprzedażą na rynkach światowych. – Wszystkie te przedsięwzięcia dają pracę prawie 1,3 tys. osób. Poza tym firmy z sektora inwestują na terenie gminy w infrastrukturę (np. drogi), która służy wszystkim mieszkańcom. Dlatego wprowadzenie zakazu hodowli zwierząt futerkowych oznaczałoby ogromne problemy dla naszej gminy. Tym bardziej że branża oferuje pracę na terenach popegeerowskich, głównie dla osób o niskich kwalifikacjach zawodowych, którym trudno byłoby znaleźć inne zatrudnienie – tłumaczy Robert Krupowicz.

Ekonomiczne skutki likwidacji branży

Poza województwem zachodniopomorskim najwięcej ferm zwierząt futerkowych skupionych jest w Wielkopolsce. Jak podaje raport „Znaczenie hodowli zwierząt futerkowych w Polsce”, opracowany w październiku 2017 r. przez Instytut Inicjatyw Gospodarczych i Konsumenckich INSTIGOS, w Polsce z hodowli norek utrzymuje się bezpośrednio 13,5 tys. rodzin (niemal 50 tys. obywateli), a w firmach związanych z branżą zatrudnienie znajduje dodatkowo 40–47 tys. rodzin (ok. 150 tys. obywateli). Warte podkreślenia jest to, że 95 proc. ferm zwierząt futerkowych jest w 100 proc. własnością polskiego kapitału. Jedynie 3,5 proc. ferm należy do zagranicznego kapitału, a 1,5 proc. ma wspólny kapitał polsko-holenderski. Szacowana wartość dodana, która wpływa do polskiego PKB, to 1,7 mld zł rocznie. Branża odpowiada za ponad 4 proc. całości eksportu rolno-spożywczego. Na terenie całego kraju funkcjonuje ponad 1100 ferm zwierząt futerkowych, z tego ponad 700 to fermy norek. Każdego roku produkują one ok. 10 mln skór norek, 50 tys. skór lisów oraz kilkadziesiąt tysięcy skór jenotów. Prawie w 100 proc. polskie skóry sprzedaje się przez domy aukcyjne w Toronto, Kopenhadze, Helsinkach i Seattle.

fot. Igor Smirnow "Gazeta Polska"

Według ekspertów likwidacja hodowli zwierząt futerkowych będzie miała poważne skutki społeczne i gospodarcze. Polskie rodziny zajmujące się hodowlą obciążone są długoterminowymi kredytami inwestycyjnymi, których w wypadku zaprzestania działalności nie będą w stanie spłacać. Innym skutkiem delegalizacji branży będzie przynajmniej 20–30-proc. wzrost cen drobiu i ryb. Branża hodowli norek płaci obecnie firmom drobiarskim i przetwórstwa rybnego ponad 0,5 mld zł rocznie za produkty uboczne, które przerabiane są na karmę. W wypadku likwidacji branży firmy te nie tylko nie dostaną tych pieniędzy, ale też będą musiały podobną lub większą kwotę zapłacić za utylizację odpadów, czego konsekwencją będzie wzrost cen drobiu i ryb. Zyskają na tym zachodnie koncerny utylizacyjne, które tylko czekają na opanowanie polskiego rynku.

Naturalne bardziej eko

Głównym celem walki z fermami hodowlanymi, jak twierdzą organizacje ekologiczne, jest ulżenie doli „naszych mniejszych braci”. Jednak prawda jest taka, że zaprzestanie hodowli w Polsce nie sprawi, że ich los się znacząco poprawi. Przedstawiciele branży futrzarskiej twierdzą, że będzie wręcz odwrotnie. Spowoduje to bowiem wzrost liczby hodowanych zwierząt w krajach skandynawskich, krajach nadbałtyckich, a przede wszystkim w Rosji i Chinach, gdzie nie są respektowane przepisy dotyczące dobrostanu zwierząt.

Wbrew obiegowej opinii fermy zwierząt futerkowych mają także swój udział w ochronie środowiska. Po pierwsze są naturalnym utylizatorem odpadów poubojowych drobiowych i rybnych, po drugie wysoka jakość skór od zwierząt fermowych powoduje brak opłacalności, a co za tym idzie brak zainteresowania pozyskiwaniem skór od dzikich zwierząt. Pośrednio jest to ochrona dzikich zwierząt, z których pozyskuje się skóry. Po trzecie obornik zwierząt futerkowych jest produktem ubocznym pochodzenia zwierzęcego i jako doskonały nawóz organiczny jest stosowany do użyźniania gleby oraz skutecznie zastępuje nawozy przemysłowe, których produkcja wymaga dużych nakładów energii i obniżenia klasy bonitacyjnej gruntu, a tym samym zagraża naturalnemu środowisku. I po czwarte futra naturalne są zdrowe, o jonizacji ujemnej przyjaznej człowiekowi, łatwo poddają się naturalnemu procesowi rozkładu (utylizacji), czyli są bezpieczne dla środowiska. Jest to dokładne przeciwieństwo futer sztucznych, które są wyrobami syntetycznymi, wytwarzanymi z pochodnych ropy naftowej. Są więc szkodliwe dla środowiska zarówno w procesie ich wytwarzania, jak i utylizacji.

Jak to robią w Danii?

Chociaż Polska jest drugim europejskim producentem skór z norek, to hodowla zwierząt futerkowych nie jest w naszym kraju w jakiś specjalny sposób promowana. Inaczej jest w zamieszkanej przez 5 mln osób Danii. Duńczycy, którzy produkują rocznie ponad 20 mln skór norek, tj. dwukrotnie więcej niż w Polsce, traktują hodowlę norek jako specjalizację narodową. – Produkcja skór zwierząt futerkowych jest bardzo ważnym sektorem gospodarki Danii. Skóry stanowią też ważny produkt eksportowy, który wysyłany jest na cały świat. Hodowla jest również istotna dla lokalnego rynku pracy. Dlatego władze starają się wspierać hodowców w rozwoju ich działalności – twierdzi Troels Lund Poulsen, duński minister pracy. Potwierdza to Gert Thomsen, dyrektor finansowy w firmie HG (Hedensted Gruppen) produkującej sprzęt związany z hodowlą zwierząt futerkowych. – Większość duńskich parlamentarzystów była przynajmniej raz na fermie hodowlanej. Fermy otwarte są też dla innych obywateli – zapewnia Thomsen.

fot. Igor Smirnow "Gazeta Polska"

Jednym z czynników sprzyjających tak dynamicznemu rozwojowi przemysłu futrzarskiego w Danii jest panujący tam klimat, który jest optymalny dla hodowli zwierząt futerkowych. Jednak jak twierdzi Steffen Therkelsen, właściciel fermy norek w Uldum, tego rozwoju nie byłoby, gdyby nie współpraca hodowców, którzy zamiast ze sobą konkurować, wzajemnie się wspierają oraz wymieniają doświadczeniami i wiedzą. – Hodowla norek jest dużo bardziej skomplikowana i pracochłonna niż np. bydła czy trzody chlewnej. I wszelkie zaniedbania w opiece nad zwierzętami szybko odbijają się na jakości futra, a tym samym rentowności hodowli – powiedział Therkelsen.

Na fermie w Uldum pracują także Polacy. Są bardzo zadowoleni z oferowanych warunków, jednak odczuwają rozłąkę z rodzinami i ojczyzną. Wspominają, że zdobytą wiedzę i zaoszczędzone pieniądze chcieliby przeznaczyć na założenie własnych ferm w Polsce. Nie mogą sobie wyobrazić wprowadzenia zakazu hodowli w swoim kraju.

Podejście duńskich farmerów do hodowli norek spowodowało, że produkowane przez nich skóry są bardzo wysoko oceniane. – Ale w ostatnich latach bardzo dobrą jakością wyróżniają się także skóry z Polski, co świadczy o postępach tamtejszych hodowli norek. Doceniają to kupujący – zapewnia Tage Pedersen, współwłaściciel zakładu produkcji karmy Sole Gruppen oraz przewodniczący Rady Dyrektorów Kopenhagen FUR – największej na świecie giełdy zajmującej się aukcjami naturalnych futer.

 

artykuł sponsorowany przez Polski Związek Hodowców Zwierząt Futerkowych
 

Udostępnij

Wczytuję komentarze...

Miarka się przebrała. Po zamachu Trump chce zaostrzenia przepisów imigracyjnych

/ Flickr.com

Donald Trump oświadczył, że wczorajszy nieudany zamach terrorystyczny w Nowym Jorku potwierdza konieczność reformy przepisów imigracyjnych, które umożliwiają wjazd do USA "zbyt wielu niebezpiecznym ludziom". Prezydent Stanów Zjednoczonych podkreślił, że tego rodzaju system jest "nie do pogodzenia z bezpieczeństwem narodowym".

W opublikowanym oświadczeniu Trump wskazał, że sprawca zamachu, zidentyfikowany jako pochodzący z Bangladeszu 27-letni mieszkaniec Brooklynu Akayed Ulfah, przyjechał do Stanów Zjednoczonych dzięki systemowi tzw. "migracji łańcuchowej" umożliwiającej przyjazd członkom rodzin osób już mieszkających w USA.

CZYTAJ WIĘCEJ: Policja ujawniła tożsamość zamachowca! To imigrant z Bangladeszu próbował wysadzić się w powietrze

Prezydent podkreślił, że tego rodzaju system jest "nie do pogodzenia z bezpieczeństwem narodowym" Stanów Zjednoczonych i zaapelował do Kongresu o jego zniesienie. Zdaniem Trumpa, ostatni zamach po raz kolejny potwierdził słuszność jego kontrowersyjnej propozycji zakazu wjazdu do USA określonym kategoriom osób.

Trump wyraził też przekonanie, że osoby skazane za akty terroru "zasługują na najsurowsze kary dozwolone przez prawo, w tym w uzasadnionych przypadkach na karę śmierci".

Na konieczność pilnej reformy "zbankrutowanej polityki imigracyjnej" wskazał także prokurator generalny i szef resortu sprawiedliwości Jeff Sessions. Jego zdaniem pierwszeństwo przed krewnymi obywateli USA powinny mieć osoby "o wysokich kwalifikacjach, wykształcone i mówiące po angielsku".

W podobnym duchu wypowiadała się rzeczniczka Białego Domu Sarah Huckabee.

W poniedziałkowym zamachu w podziemnym pasażu w pobliżu Times Square zostały ranne trzy osoby, w tym sprawca, który odniósł najpoważniejsze obrażenia. Został aresztowany i przesłuchany.

Sprawca miał przymocowaną do ciała tzw. bombę rurową domowej roboty. Prawdopodobnie eksplodowała zbyt wcześnie kiedy w pobliżu nie było wielu osób, dzięki czemu nie było więcej ofiar.

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl