„Cicha Noc”: dlaczego bawi nas alkoholizm? RECENZJA

Film wejdzie do kin w najbliższy piątek 24 listopada / mat.pras.

Magdalena Fijołek

Dziennikarka w dziale Kultura portalu niezalezna.pl, \"Gazety Polskiej\" i \"Gazety Polskiej Codziennie\".

Kontakt z autorem

  

Porównywany do znakomitej „Sieranevady” film Piotra Domalewskiego to porażająca realizmem widokówka z polskiej prowincji - bardziej niepokojąca niż obraz Cristiego Puiu, bo wierniejsza naszej rzeczywistości. Rzeczywistości, którą – jak pokazują reakcje publiczności w kinie – łatwiej nerwowo zaśmiać, niż skonfrontować z samym sobą.

Kiedy pracujący na co dzień za granicą Adam (bardzo dobra kreacja Dawida Ogrodnika) niespodziewanie przyjeżdża na święta do rodzinnej wsi na Mazurach, domownicy nie wiedzą jeszcze, że jego wizyta nie jest podyktowana jedynie chęcią spędzenia Wigilii z najbliższymi. Młody mężczyzna ma bowiem ambitny plan – chce otworzyć w Holandii własny interes. Do spełnienia marzeń potrzebuje jednak zgody ojca i rodzeństwa na sprzedaż siedliska po dziadku. Choć początkowo rozmowy idą gładko, z czasem sytuacja komplikuje się, a przyklepane na radosny czas Bożego Narodzenia rodzinne waśnie i sekrety nagle wymykają się spod kontroli.

Nagrodzona gdyńskimi Złotymi Lwami „Cicha noc” debiutującego pełnometrażowo Piotra Domalewskiego (znanego z filmu „60 kilo niczego” i „Historii Roja”, w której wcielił się w  Ildefonsa Żbikowskiego "Tygrysa") to porażająca realizmem pocztówka z polskiej prowincji. Do wigilijnego stołu, oprócz powracającego z dalekiej Holandii Adama, Domalewski zaprasza jego zmagającego się z chorobą alkoholową ojca (Arkadiusz Jakubik), zupełnie niekryjącego się z nałogiem dziadka (Paweł Nowisz), styraną domowymi obowiązkami i współuzależnioną matkę (Agnieszka Suchura) i wreszcie piątkę rodzeństwa, którego młodsza część prawdopodobnie (jeszcze) mierzy się jedynie z takimi problemami jak brak najnowszego iPhone’a, starsza zaś – wkracza w dorosłe życie, które okazuje się dalekie od usłanej różami sielanki.

Miejsce przy zasłanym zgodnie z tradycją białym obrusem stole znajdzie się również dla narzekającej co chwila babci, wujka, który swoimi suchymi i obleśnymi żartami stara się nadać wieczorowi iście gwiazdkowy klimat i naburmuszonego szwagra. Oprócz barszczu z uszkami i sałatki jarzynowej, na świątecznym stole króluje przemycany przez męską część domowników alkohol, a płynąca wprost z telewizora kolęda w wykonaniu Beaty Kozidrak robi za akompaniament dla rodzinnych rozmów. Gdzieś między śledziami a opłatkiem dogorywa zjedzony do połowy przez najmłodszą Anię czekoladowy św. Mikołaj. Ktoś powie – ot, typowa polska rodzina - nie patologiczna, ale zmagająca się z  charakterystycznymi dla naszego kraju problemami. W tym wszystkim jednak Domalewskiemu, podobnie jak Cristiemu Puiu w „Sieranevadzie” udaje się wychwycić subtelności, które tworzą opowieść o tragizmie współczesnego pokolenia, które z jednej strony nie chce żyć jak „tak jak rodzice”, z drugiej – zachłyśnięte blaskiem zachodnich perspektyw, traci kontakt z rzeczywistością, w której dorastało.

CZYTAJ WIĘCEJ: "Sieranevada": niczego lepszego w tym sezonie w kinie już nie zobaczymy. RECENZJA

Ten mechanizm dobrze widać w przypadku Adama, z perspektywy którego twórcy opowiadają swoja historię: przecież marzenia o lepszym bycie nie są niczym złym, a jednak okazuje się, że próba wyjścia poza schemat może być bardzo bolesna – zarówno dla bohatera, jak i jego bliskich. Adam przyjeżdża do niezbyt zamożnej rodziny wyposażony w drogi komputer i kamerę. Na samochód już nie wystarczyło – wydaje więc ciężko zarobione za granicą pieniądze, by wypożyczyć auto i pokazać się przed najbliższymi i sąsiadami w lśniącym czerwonym lexusie. Czy to nie brzmi znajomo? Czy to właśnie nie ze skutkami postawy „zastaw się a postaw się” od lat mierzą się niedowartościowani przez lata komunizmu Polacy?

Domalewski dokonuje filmowej wiwisekcji, której nie powstydziłby się sam Wojciech Smarzowski. Choć jednak w „Cichej nocy” pobrzmiewają echa „Wesela”, Domalewski prowadzi swoją narrację kładąc raczej nacisk na psychologiczne niuanse, niż przemoc i dosadność przekazu, które charakteryzują twórczość Smarzowskiego. Paradoksalnie, dzięki temu, jego przekaz uderza z podwójną siłą.

Abstrahując od niewątpliwie wysokiego artystycznego kunsztu (wrażenie robią zarówno scenariusz Domalewskiego, gra aktorów, jak i znakomite jak zawsze zdjęcia Piotra Sobocińskiego Juniora – odpowiedzialnego m.in. za kadry do „Wołynia” czy „Bogów”), film ten bez pardonu rozprawia się naszymi narodowymi przywarami. Całość składa się na dość smutną „opowieść wigilijną”: o pokoleniu, które dorastało bez wiecznie tyrających za granicą ojców, pod opieką heroicznych matek Polek, o powracających z wielkiego świata „synach marnotrawnych”, czy wreszcie o nałogach, które niszczą nasze rodziny.

Podpity dziadek z „Cichej nocy” rzeczywiście momentami może wzbudzać uśmiech na twarzy widza. Uśmiech politowania czy zażenowania jest jednak dalece czymś różnym niż gromki śmiech publiczności oglądającej sceny z udziałem pijanego nestora rodu. Jest w tym naszym odruchu bowiem coś niepokojącego, wręcz eskapistycznego – czy problem zaśmiany wydaje się mniej bolesny? Z takim pytaniem, jak i wieloma innymi, zostawia widza Piotr Domalewski. Jeśli więc ktoś pragnie przedświątecznej rozrywki w miłej atmosferze, niech raczej zamiast „Cichej nocy” wybierze się na „Listy do M.3”. A najlepiej na jedno i drugie – by w beztroskim festiwalu kolorowych lampek i swetrów z reniferami, nie stracić sprzed oczu tego, co najważniejsze – szczerości.

NIE PRZEGAP: Film "Cicha Noc" wejdzie do kin w piątek 24 listopada.

 

Źródło: niezalezna.pl

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Odkrył przerażające fakty o aferze FOZZ. Dlaczego zginął Michał Falzmann?

/ youtube.com/printscreen

  

Tematem dzisiejszego programu "Gry tajnych służb" Doroty Kani była historia Michała Tadeusza Falzmanna, komisarza Izby Skarbowej w Warszawie, który doprowadził do ujawnienia wielkiej afery Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. - Do dnia dzisiejszego nie potrafię powiedzieć w jaki sposób zginął Falzmann - mówi dr Andrzej Krasnowolski.

Śledztwo w sprawie afery FOZZ wszczęto 7 maja 1991 roku, po doniesieniu Józefa Tkaczyka, obywatela Niemiec, który prowadził interesy z FOZZ.

– Zaczęło się od tego, ze Tkaczyk przestraszył się, że będzie zamieszany w dużą aferę finansową i złożył wyjaśnienia w prokuraturze w Ken. Niemcy uznali, że to jest przestępstwo, które ich nie dotyczy i przesłali do Polski, w ramach pomocy prawnej zeznania Tkaczyka. Na podstawie zeznań Tkaczyka rozpoczęło się śledztwo a właściwie postępowanie NIK-owskie, to za czasów Adriana Pańko. Zajął się tym młody inspektor Michał Falzmann, zdrowy, młody człowiek. Nikt nie przypuszczał, że on tak metodycznie się tym zajmie, że będzie sprawdzał drogi pieniędzy, faktury. Wnioski do których doszedł były przerażające. Przeraziły zarówno Anatola Lawinę, jego przełożonego jak i Waleriana Pańko

– mówił Witold Gadowski

Michał Tadeusz Falzmann był skromnym, ale niezwykle zdeterminowanym komisarzem Izby Skarbowej w Warszawie.

 – Po raz pierwszy zobaczyłem kogoś, kto podobnie do mnie widział tą rzeczywistość, że to wcale nie jest jakaś dobra sytuacja po okrągłym stole i że coś niedobrego dzieje się z państwem Polskim

– wspominał Marcin Dybowski

Michał Falzmann, odkrył, że FOZZ zamiast skupować polskie długi, do czego był powołany, transferował gigantyczne środki do prywatnych spółek, zakładanych za granicą przez postkomunistów, byłych wojskowych, oraz oficerów bezpieki PRL.

Za pośrednictwem banku handlowego wyprowadzano za granicę ogromne kwoty. Około 100 mln USD trafiło na konta spółek w rajach podatkowych w 9 krajach europejskich i w USA.

 – Michał Faltzman dowiedział się, że bank handlowy na który komuniści pożyczyli pieniądze z zachodu, był bankrutem i to był dla niego, jako inspektora NIK największe odkrycie w tym momencie. To oznaczało, że należało by jak najszybciej ogłosić bankructwo tego banku i Polska nie musiałaby w ogóle spłacać długów zagranicznych, ze względu na to, że ten bank był zupełnie osobnym podmiotem nie powiązanym ze skarbem państwa

– mówił Marcin Dybowski.

Izabela Brodacka- Falzmann przypomniała, że jej mąż współpracował z pismem „ Głos wolnego robotnika”.

- To było pismo wydawane przez chłopaków z huty Warszawa. Byliśmy zaprzyjaźnieni. Potem spotkania opisały sprawę FOZZ. Mąż zdecydował się ujawnić im jakieś szczegóły i to potraktowano jako naruszenie tajemnicy państwowej. Natomiast mąż to zrobił dlatego, ze wiedział, że ta sprawa jest zamiatana pod dywan, więc właśnie w ten sposób to uniemożliwił

– wyjaśniła.

Dr Andrzej Krasnowolski wyjaśnił jak doszło do publikacji  artykułów na temat afery FOZZ.

- Moim zadaniem było zbieranie materiałów i poszerzanie wiedzy na temat afery FOZZ i po paru tygodniach zgłosił się do mnie Michał Falzmann, którego wcześniej nie znałem. On podrzucał mi wątki mówił co powinienem podkreślać, co powinienem zaznaczyć w swoich artykułach. To co Michała najbardziej bolało, to gigantyczne przyzwolenie ma milczenie o kradzieży finansów. Ja pamiętam, jak po pierwszym artykule równolegle mnie zaatakowali jako autora, z jednej strony Gazeta Wyborcza a z drugiej Najwyższy Czas, to pisma, które przecież są na antypodach politycznych, a jednym głosem, nie należy o tym mówić, nie należało tego ujawniać, to szkodzi Polsce

- wspominał dr Krasnowolski.

Przypomniał, że Falzmann był często zawieszany i odwoływany ze stanowiska.

- Otóż publikacja afery FOZZ, nie służyła nikomu, przede wszystkim oczywiście złodziejom. Również politycy nie byli zainteresowani publikacją tych materiałów. W samej NIK była atmosfera wrogości wobec Falzmana. Michał świetnie to rozumiał, stąd jego koncepcja ujawniania rozmaitych elementów, które były tajemnicą służbową. Gdyby tego nie zrobił to afera została by na pewno utopiona

– powiedział dr Andrzej Krasnowolski.

O śmierci Falzmanna mówił Kornel Morawiecki, który zaznaczył, że wydawało się, że mężczyzna wyzdrowieje.

 – Trafił do szpitala. Widać było, że cierpi. Pamiętam na oddziale prosiłem lekarza, że to nie jest normalny pacjent, ze może mu coś grozić. Wydawało się, że zdrowieje i nagle spadła wiadomość o jego śmierci

– mówił Kornel Morawiecki

Jego śmierć nie uciszyła sprawy FOZZ, wręcz przeciwnie.

 – Do dnia dzisiejszego nie potrafię powiedzieć w jaki sposób zginął Falzmann. Mieliśmy wiele samobójstw, wiemy w jaki sposób odbywały się dziwne śmierci

– zakończył dr Andrzej Krasnowolski.

 

Źródło: Telewizja Republika, niezalezna.pl

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl