Polska-Ukraina – relacje na zakręcie

Żeby zastanowić się nad zauważalnym w ostatnich latach pogorszeniem w stosunkach polsko-ukraińskich, należałoby najpierw zdiagnozować sytuację u naszego wschodniego sąsiada.

Jako wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, odpowiedzialny od lipca 2014 r. za politykę wschodnią PE, a także z racji piastowania już dziewiąty rok stanowiska wiceprzewodniczącego Zgromadzenia Parlamentarnego Euronest (UE – Partnerstwo Wschodnie) i dzięki dostępowi do różnych źródeł, często nieosiągalnych dla opinii publicznej, mogę stwierdzić, co następuje. Sytuacja na Ukrainie, na obszarach niekontrolowanych przez rząd w Kijowie, a więc w Donbasie, bardzo się pogorszyła, jeśli chodzi o kwestie gospodarcze i społeczne. Separatyści kontrolujący te tereny przy pomocy Rosjan postanowili znacjonalizować przemysł. Skutki takiego działania odczuwa już blisko 800 tys. osób zamieszkałych na tym terenie: część z nich po prostu straciła pracę, a część dostaje znacznie pomniejszone pensje (zwykle o co najmniej 50 proc.). Pensje są wypłacane wyłącznie w gotówce. Jednak często nie ma na rynku dostępnej gotówki. Ludzie nie mają zapewnionego bezpieczeństwa, jeśli chodzi o życie, zdrowie, a także jedzenie. Nawet firma Rinata Achmetowa – System Capital Management musiała zwolnić 23,5 tys. ludzi. Pozostali otrzymują niższe wynagrodzenie. W ramach pomocy humanitarnej aż pół miliona osób otrzymywało dotychczas paczki żywnościowe – w dużej części finansowane przez króla oligarchów Achmetowa, w dużo mniejszym przez międzynarodowe organizacje humanitarne i charytatywne. Teraz możliwości tej pomocy się zmniejszą.

Podziały na górze – ukraińskie zmęczenie

Narasta swoista konkurencja między premierem Władimirem Hrojsmanem a jego politycznym patronem, prezydentem i oligarchą Petrem Poroszenką. Hrojsman, były mer Winnicy (za jego czasów odsłonięto tablicę upamiętniającą przybycie tam Józefa Piłsudskiego i sojusz z Petlurą!), późniejszy wicepremier i szef parlamentu, stara się – jak powiedział mi to pewien brytyjski ekspert – rozpychać się łokciami, by wywalczyć dla siebie trochę przestrzeni, a nie być bezwolnym narzędziem w rękach głowy państwa. Prezydent zaś w zarodku tępi swoich potencjalnych rywali w następnych wyborach prezydenckich. Hrojsman ponoć miał prezydenckie ambicje, zwłaszcza gdy opublikowano sondaże wskazujące na bardzo znaczący spadek poparcia dla prezydenta oligarchy. Jednak szef rządu w Kijowie jest na tyle pragmatyczny, że już zrozumiał, iż miałby szanse zamienić fotel premiera na prezydenta wyłącznie wtedy, gdyby Petro Poroszenko zrezygnował z kandydowania i poparł swojego dotychczasowego pupila. Na to jednak nie ma praktycznie żadnych szans. W bezpośrednim starciu Hrojsman nie ma szans na pokonanie prezydenta, który jest przecież jednym z najbogatszych Ukraińców.


Tymczasem rekordowa liczba Ukraińców nie wie, na kogo oddać głos. Zwykle w krajach Zachodu jest to kilkanaście procent, czasem nieco ponad 20 proc. obywateli. W wypadku naszego wschodniego sąsiada aż połowa (dokładnie 49 proc.) obywateli jest tak zmęczona politycznymi konfliktami i zagubiona, że odmawia wskazania, na kogo chce głosować.

Deale dawnych wrogów...

W przyszłym parlamencie znaleźć się może nawet ponad dziesięć partii. Ich liczba zależy nie tylko od przekroczenia progu wyborczego, ale także od zawierania nowych koalicji przedwyborczych, zwłaszcza przez ugrupowania, które obawiają się, że może zabraknąć im niewiele do przekroczenia pięcioprocentowego – jak w Polsce – progu. Ten los spotkał zresztą nacjonalistyczną Swobodę w 2014 r. (zabrakło jej 0,29 proc. do przekroczenia progu). Ze Swobodą – której przewodził Serhij Tiahnybok, jeden z trzech liderów Majdanu, obok boksera, a obecnego mera Kijowa Witalija Kliczki i późniejszego premiera Arsenija Jaceniuka – polityczny romans ma obecnie były prezydent Gruzji i symbol westernizacji tego kraju, były mer Odessy Micheil Saakaszwili. Zdaniem wielu obserwatorów, to dowód skali jego upadku. Powodem tego zaskakującego politycznego flirtu między ikoną prozachodnich reform w bloku postsowieckim a ukraińską nacjonalistyczną prawicą jest zła sytuacja formacji Saakaszwilego, która ma zaledwie dwuprocentowe poparcie! Ale takie bieżące, taktyczne, a nie programowe sojusze jeszcze bardziej zniechęcają obywateli Ukrainy do ukraińskiej polityki.


W tle wielkiej polityki wyraźnie rysuje się cichy układ oligarchów. O ile po Majdanie Poroszenko wyraźnie zwalczał najbogatszego Ukraińca, sponsorującego kiedyś obóz Janukowycza – Rinata Achmetowa, o tyle teraz najwyraźniej został zawarty między nimi polityczny sojusz. Ludzie Achmetowa nie giną już w dziwnych okolicznościach, jego biznesy cierpią wyłącznie na skutek działań wojennych, ale nie od opresyjnych działań Kijowa. Poroszenko z Achmetowem pewnie nigdy nie będą przyjaciółmi, ale ich relacje weszły w nową fazę, którą można by oddać polskim przysłowiem: kruk krukowi oka nie wykole.

Ukraińcy chcą do Europy

Czy wstrząsana coraz większymi kontrastami ekonomicznymi i społecznymi Ukraina, traktowana z coraz większą rezerwą przez Unię Europejską, nieco zawiedziona w swojej prozachodniej miłości, nie odwróci się od szeroko rozumianego Zachodu? Moi rozmówcy twierdzą, że nie ma nawet najmniejszych ku temu obaw. Wydaje się, że rzeczywiście próby finezyjnego szantażowania instytucji unijnych czy największych państw członkowskich UE możliwością zwrócenia Kijowa ku Wschodowi to tylko niegroźne straszenie. „Europeizacji” Ukrainy chcą sami obywatele, którzy bądź stale peregrynują do pracy do Polski bądź innych krajów Europy Zachodniej, bądź są wręcz utrzymywani z pieniędzy członków swoich rodzin pracujących nad Wisłą, Renem czy Sekwaną. Ciekawe, że europejskiej drogi dla Ukrainy chce zarówno społeczeństwo, jak i władza. Mimo totalnego skłócenia obozu dawnego Majdanu, jego politycy doskonale zdają sobie sprawę, że nie ma dla nich odwrotu i że nawet gdyby chcieli, to i tak nie będą politycznie wiarygodni dla Moskwy przy potencjalnej zmianie.


Charakterystyczne, że Rosja straciła dużą część przyjaźnie do niej nastawionego społeczeństwa ukraińskiego na skutek agresji na Krym i nieformalnego, ale praktycznego „oderwania” dużej części wschodniej Ukrainy. Karmieni przez dekady mitami o słowiańskiej solidarności ludzie nie mogli zrozumieć „bratobójczej” wojny czy agresji. Stąd też zaskakująco niska jest liczba tych, którzy chcą zmiany orientacji Kijowa z prozachodniej na promoskiewską. Według badań w grupie tej znalazł się zaledwie co dziesiąty Ukrainiec. Nawet jeśli nie wszyscy chcą się przyznawać do tęsknoty za „unią rosyjsko ukraińską” i sowieckiego resentymentu, to sytuacja, w której nawet kilkanaście procent społeczeństwa ukraińskiego chce zawrócenia Kijowa z „europejskiej drogi” – to i tak relatywnie niewiele.

Polska pomaga, ale też wymaga!

Na tym tle widać bardzo wyraźnie, że nawet pogorszenie relacji między Polską i Ukrainą bynajmniej nie wpycha Kijowa w łapy Kremla. Wiedzą o tym zarówno poli-tycy w Wierchownej Radzie, jak i w Sejmie RP. Żeby było jednak jasne: ostatnie odmowy strony ukraińskiej ekshumacji polskich ofiar nie tylko ukraińskiego ludobój-stwa na Wołyniu, ale też nawet Polaków zamordowanych przez Armię Czerwoną i NKWD, są nie tylko skrajną polityczną głupotą i wymagają moralnego potępienia, ale są także świetnym prezentem dla Moskwy. Polska nie może udawać, że nie ma problemu z elementarnym brakiem szacunku dla polskiego dziedzictwa i dla naszych rodaków, którzy zginęli tylko dlatego, że byli Polakami. Trzeba reagować zdecydowanie, podkreślając, że to Polska była krajem, który pierwszy uznał w 1991 r. niepodległość Ukrainy, i że to polski prezydent w 2016 r. był jedyną głową państwa na obchodach rocznicy ukraińskiej niepodległości, i że to wreszcie Warszawa była i jest głównym ambasadorem unijnych aspiracji naszego wschodniego sąsiada. Wspierając go politycznie, mamy prawo oczekiwać i wymagać respektowania przez niego naszych elementarnych interesów.

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Tagi
Wczytuję komentarze...

Sezon na śpiewanie i nagrywanie

Na początku lat 90. w środku Warszawy widniały reklamy zachęcające do odwiedzenia restauracji „śpiewających kelnerów”. Raczej wtedy w drogich restauracjach nie bywałem, więc nie przekonałem się, czy da się tego słuchać, żując kotleta.

Raz w Portugalii trafiłem do restauracji „U Carlosa”, znalazłem ją na głębokiej prowincji. Carlos serwując zakąski i wino, wskakuje na stół i śpiewa. Ma niezły głos i autentyczny muzyczny talent. Łączenie śpiewania z innymi zawodami ma wielką przeszłość, choćby hydraulik Drupi. Słynny piosenkarz z „Misia” gotów był wszystko wyśpiewać chłopakom od załatwiania paszportów. Do dzisiaj w IPN sporo takich nut. 

Niedawno talenty śpiewacze odkryła u mnie Dorota Kania, zachwycając się na urodzinach Macierewicza moim pięknym głosem (już raz o tym pisałem, ale co zaszkodzi przypomnieć?) – obydwoje wtedy byliśmy trzeźwi, przysięgam. Ale to nic.

Tydzień temu pojechałem do Gdańska na koncert poświęcony Janowi Pawłowi II. W kościele posadzili mnie w drugiej ławce tuż za Placido Domingo juniorem. Obok mnie siedział Henryk Baranowski z PGE, główny sponsor tej imprezy. Po wspólnym odśpiewaniu „Barki” i „Czarnej Madonny” podszedł do mnie młody Placido – śpiewał na koncercie, poza tym jest z zawodu reżyserem i producentem muzycznym – i zaczął zachwycać się… moim pięknym głosem. Pił razem z Kanią? A może pomylił mnie z Baranowskim? Uświadomiłem mu, że to Henryk płaci, nie ja. Nie zmienił zdania. Cholera, będę śpiewał…

Jednak spóźniłem się. Restauracje ze śpiewającymi kelnerami wyszły z mody. Teraz kelnerzy nagrywają. Pamiętają Państwo dowcip, na co zmieniła nazwę restauracja „Sowa i Przyjaciele”? Na „Polskie nagrania”. O złośliwość tu nietrudno, bo rząd właśnie niedawno znacjonalizował Polskie Nagrania – gdybym był na miejscu opozycji, rzuciłbym dowcip, że szukał reszty taśm. Na szczęście w naszej opozycji dominują ponurzy kretyni. Na dowcipy im się nie zbiera. Czepianie się Morawieckiego, że klnie, spowoduje wyłącznie wzrost poparcia wśród ludzi, którzy klną tak samo, czyli większości. Skok PiS w sondażach to najlepszy dowód na to, że mam rację. Taśmy, które cztery lata temu opublikował Piotr Nisztor, nie dlatego obaliły rząd Tuska, że na nich klęli, lecz dlatego, że widać było, jak umawiają się na okradanie nas. Cokolwiek powiedzieć o Morawieckim, to ze złodziejami walczy. Pieniądze nie idą na kolejne złote zegarki czy zagraniczne konta, lecz do milionów ubogich ludzi. Tego nie zmienią ani kelnerzy, ani niemieckie media. W sprawie obsady rządu mam zaufanie do Kaczyńskiego. Póki popiera Morawieckiego, póty wierzę, że jest to zgodne z polską racją stanu. I choć koledzy z PiS potrafią mnie czasem porządnie wkurzyć, w stadzie owiec nierzadko nakarmią jedynego wilka, to dla Polski alternatywy dzisiaj nie ma. Po drugiej stronie nie stoi żadna liberalna, europejska konkurencja, lecz reprezentanci gangów złodziei i zdrajców. Pójdę na te wybory i namówię innych, by głosowali. Nawet jeżeli potem w cholerę rzucę zawód politycznego publicysty. Prasa jest dorzynana przez upadający kolportaż, więc trzeba z czegoś żyć. Ja mogę np. śpiewać... sam słyszałem. A jak nie – otworzę restaurację „nagrywających kelnerów”. Już widzę menu: „taśma skryta pod czerwonym przykryciem” – spaghetti bolognese, „tłusta zapłata za mikrofon” – smalczyk z ogórkiem kiszonym, „pikantny szantażyk” – setka wódki z kabanosem. Wreszcie sobie trochę pożyję, pośpiewam i ponagrywam.

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl