Turcja to partner, nie wróg

Liberalny i europejski Macron niemal zaraz po zaprzysiężeniu przyjął Władimira Putina. Nie ma więc powodu, by Polska wstydziła się wizyty Recepa Erdoğana. Tym bardziej że Turcja to wciąż nasz sojusznik z NATO.

W związku z przyjazdem do Polski prezydenta Turcji Recepa Erdoğana część środowisk lewicowych zechciała wyrazić swoją, delikatnie mówiąc, głęboką dezaprobatę dla rządów lidera Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) oraz jego przyjazdu do Polski. Wydarzenie okraszono wymowną nazwą „Korepetycje z dyktatury”, a tekst na temat przyjazdu tureckiego prezydenta pełny był stwierdzeń takich jak „haniebna wizyta” czy „międzynarodówka zamordystów”. Pod wydarzeniem podpisały się czołowe ugrupowania lewicowe: Partia Razem, Inicjatywa Polska Barbary Nowackiej i Zieloni. To zresztą nie pierwsza tego typu inicjatywa polskiej lewicy. Przed przyjazdem Donalda Trumpa środowiska lewicowe zorganizowały pikietę „Podręczne witają Trumpa”, nawiązującą do dosyć absurdalnego, choć głośnego serialu „Opowieść podręcznej”, w którym Amerykanie zrobili z nielicznych już płodnych Amerykanek niewolnice do rodzenia dzieci. I właśnie za te niewolnice przebrane były lewicowe aktywistki podczas wizyty prezydenta USA, chcąc wyrazić swój sprzeciw wobec lekceważenia kobiet przez Donalda Trumpa podczas kampanii wyborczej. Jak na razie nie doczekaliśmy się czasów, w których polskie władze wybierają sobie prezydentów USA czy Turcji, z którymi będą współpracowały, więc trudno w ogóle poważnie traktować tego typu inicjatywy. „Podręczne witające Trumpa” były przynajmniej w jakiś sposób pomysłowe i zabawne, „Korepetycje z dyktatury” były już tylko beznadziejne.

Lewicowy mesjanizm

Polski mesjanizm do tej pory był kojarzony raczej z prawicą. „Polska Chrystusem narodów” czy „przedmurze chrześcijaństwa” to hasła średnio atrakcyjne dla lewicy, której umieranie za religię raczej po głowie nie chodzi. Tymczasem w przewrotny sposób obecnie to właśnie lewica wchodzi w buty mesjanistów, chcących zbawiać świat. A przynajmniej go naprawiać nawet w najodleglejszych zakątkach. Według środowisk lewicowych polskie władze powinny więc dbać o demokrację w Chinach, prawa człowieka w Turcji, prawa kobiet w USA oraz być w awangardzie walki z globalnym ociepleniem. Troska o wszystkie światowe bolączki to dosyć ekstrawagancka postawa w kraju, w którym jest tyle do zrobienia na miejscu i tylu potrzebujących należących do tej samej wspólnoty. Ale to byłoby jeszcze nic. Problem w tym, że świat sam nie za bardzo ma ochotę na zbawienie.
Za pięknymi słowami o wzniosłych wartościach kryje się twarda walka o interesy. I walkę tę bez mrugnięcia okiem uprawiają nawet najbardziej zapatrzeni w prawa człowieka demokraci. Robią interesy z przywódcami brutalniejszymi niż Erdoğan, w krajach mniej przyjaznych niż Turcja. Spotykają się z nimi bez cienia zażenowania, rzucając przy okazji jakimś banałem o prawach człowieka, choć każdy dobrze wie, że to tylko takie niezobowiązujące odklepanie formułki, żeby opinia publiczna się nie przyczepiła.

Niemcy na potęgę robią interesy w Rosji, choć ta zdemolowała prawo międzynarodowe, atakując Gruzję, anektując Krym i najeżdżając wschodnią Ukrainę. Nasi zachodni sąsiedzi, którym prawa człowieka tak leżą na sercu, właśnie próbują przeforsować wspólnie z Rosjanami drugą nitkę Nord Streamu, która jest realnym zagrożeniem dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej. W budowie NS2 wspiera ich zresztą wielu zachodnich sojuszników. Z Rosjanami układają się tak naprawdę wszyscy, czasem po cichu, a czasem zupełnie oficjalnie. Świeżo upieczony prezydent Francji i rzekomo „nadzieja demokracji liberalnej” Emmanuel Macron przyjął przecież z honorami samego Władimira Putina, niemal zaraz po swoim zaprzysiężeniu. Niemieckie interesy kwitną też chociażby na Białorusi, w której jest bez porównania mniej wolności niż w Turcji.

Ważny sojusznik

Turcja to bardzo ważny partner krajów Zachodu. To trzeci największy kraj NATO, po USA i Niemczech. Co więcej, to kraj dysponujący armią, na którą przeznacza 1,7 proc. PKB, co jest jednym z wyższych wyników wśród krajów Sojuszu (choć i tak niższym niż wymogi NATO). To także bardzo duży, niemal 80-milionowy rynek, dodatkowo rozwijający się znacznie szybciej niż zdecydowana większość krajów UE. Istnieje więc wiele pól, na których moglibyśmy z Turcją współpracować. Mowa chociażby o kooperacji sektorów zbrojeniowych czy ekspansji polskich firm nad Bosforem. Skoro relacje między Turcją a niektórymi czołowymi krajami UE (Niemcy, Holandia) są napięte, tym bardziej powinniśmy to wykorzystać. Gdybyśmy stali się najbliższym sojusznikiem Turcji w UE, przyniosłoby to nam ogromne korzyści. Jeśli Erdoğan jest obecnie niechętnie widziany na europejskich salonach, tym bardziej powinien być przyjmowany w Polsce. W końcu rysuje się szansa, żeby szerzej zaistnieć w ważnym kraju i nie obudzić się z drzemki dopiero wtedy, gdy już wszyscy wykorzystali swoje szanse, tylko nie my.

Turcja jest często oskarżana w Europie o szantażowanie UE uchodźcami. Zupełnie lekceważy się jednak fakt, że to właśnie ten kraj wziął na siebie największą część fali uchodźców z Syrii (obecnie około trzech milionów). Oczywiście Erdoğan bez skrupułów gra tym w relacjach z UE. Nie zmienia to jednak faktu, że gdyby nie Turcja, problem z uchodźcami w Europie byłby dużo większy. Krytykując więc politykę Erdoğana wobec UE, warto jednak też czasem docenić ogromny wysiłek Turków w utrzymywaniu na swoim terytorium tak ogromnej liczby uciekinierów z Syrii. Gdyby nie obozy w Turcji, dużo więcej uchodźców zechciałoby przedostać się do Europy.

Sojusz to nie małżeństwo

Innym zarzutem wobec Turcji są ciepłe ostatnio relacje Erdoğana z Putinem. Jednak niemal wszyscy eksperci od Turcji zgadzają się, że to sojusz tylko taktyczny i na krótką metę. Interesy Turcji i Rosji się krzyżują, co musi doprowadzić przynajmniej do ochłodzenia relacji. W perspektywie więc Turcja może być ważnym partnerem przy pacyfikowaniu agresywnych zamierzeń Kremla. Zresztą skoro nawet Ukraińcy nie robią z tego powodu Turkom problemów, to dlaczego my mielibyśmy je robić? Przecież dopiero co Erdoğana przyjął prezydent Ukrainy Petro Poroszenko, a obaj panowie zapewniali o planach bliskiej współpracy. Lider AKP oświadczył również, że Turcja nigdy nie zaakceptuje aneksji Krymu (tak jak zresztą nigdy nie zaakceptowała rozbiorów Polski). Nic zresztą dziwnego, na Krymie żyje duża społeczność Tatarów krymskich, czyli grupy etnicznej pochodzenia tureckiego, której sytuacja wyraźnie się pogorszyła po aneksji.

Oczywiście Erdoğan nie jest przesadnym demokratą, mówiąc oględnie. Jednak nie zdemolował prawa międzynarodowego i nie zaatakował suwerennego kraju, tak jak zrobiła to Rosja, której przywódca jest przyjmowany z honorami w niektórych stolicach Europy. Nie ma więc żadnego powodu, żebyśmy mieli robić Turkom edukacyjne pogadanki. Wręcz przeciwnie, skoro Turcji jest obecnie nie po drodze z wieloma krajami UE, tym bardziej powinniśmy zacieśnić nasze relacje. Oczywiście Turcy nie dlatego nie zaakceptowali rozbiorów naszego kraju, że pałają wielką miłością do Polaków. Po prostu było to niezgodne z ich interesami. Ale to właśnie najlepszy dowód na to, że w interesie Turcji jest silna Polska i odwrotnie. Sojusz to nie małżeństwo, więc nie musi być w nim miłości. Sojusz to wspólnota interesów, która między Polską i Turcją bez wątpienia istnieje.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Przebudzenie reżimu

Stało się – po dwóch latach rządów „państwo PiS” sięgnęło i po mnie! Było to kilka dni temu na placu Reagana w krakowskiej Nowej Hucie, a atak był tak podstępny i niespodziewany, że nie miałem najmniejszych szans, aby go uniknąć. W słoneczne przedpołudnie szedłem chodnikiem i rozanielony rozmawiałem przez telefon, gdy nagle zobaczyłem cukiernię po drugiej stronie ulicy. Skręciłem na przejście dla pieszych, rozejrzałem się niedbale i stwierdziwszy, że nic nie jedzie, przemaszerowałem przez jezdnię na czerwonym świetle. 

I wtedy dopadli mnie dwaj okrutni siepacze nasłani przez ministra Joachima Brudzińskiego. Jeden strażnik systemu, prześliczna drobna blondynka w stopniu sierżanta policji, po uprzednim zasalutowaniu i przedstawieniu się poprosiła mnie o dokumenty. Jej kolega, funkcjonariusz odziany w mundur z dystynkcjami aspiranta, z wyraźnie rozbawioną miną słuchał moich nieskładnych tłumaczeń, że się spieszyłem i nie zauważyłem koloru na sygnalizatorze. Pani sierżant zapytała uprzejmie, czy przyjmuję mandat karny, na co skwapliwie przystałem, aby nie skończyć w wilgotnym lochu zakuty w brzęczące kajdany. Po wypisaniu i wręczeniu mi blankietu mandatu oraz zwróceniu dokumentów dwójka policjantów pożegnała się ze mną bez większego żalu, a ja, z wielką ulgą wypisaną na twarzy odszedłem w przeciwną stronę ze świdrującą z tyłu głowy myślą: to musi być przebudzenie reżimu.

Niewybaczalne maniery

Przebudzenie reżimu, tak samo groźne i straszne jak sytuacja opisana wyżej, dosięgło również legendarnego opozycjonistę z czasów PRL-u – Władysława Frasyniuka. 14 lutego rano kilku funkcjonariuszy policji zapukało do drzwi domu Państwa Frasyniuków i dokonało zatrzymania pana Władysława. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że państwo totalitarne zaczęło dokonywać czystek – zatrzymanie Frasyniuka było wynikiem jego niestawiania się na pisemne wezwania prokuratora, które ten wystosowywał do „legendarnego działacza”, aby postawić mu zarzuty związane z naruszeniem nietykalności cielesnej dwóch policjantów. Takich czynności dokonuje się pewnie w Polsce dziesiątki miesięcznie więc i ten wypadek nie byłby nadzwyczajny, gdyby nie postawa zarówno samego zatrzymanego, jak i jego połowicy.

Dzięki opresyjnemu systemowi, jaki obecnie panuje w naszym kraju, Frasyniuk mógł sobie podyskutować z zatrzymującymi go funkcjonariuszami, z których każdy przyjaźnie się uśmiechał, a zakładający mu kajdanki pogodny policjant szczegółowo wyjaśniał, że musi skuć go z rękoma do tyłu, bowiem tego wymagają przepisy. Jakby tego było mało, autorytarna władza zastraszyła najbliższych członków rodziny zatrzymanego tak skutecznie, że wszystkie serwisy informacyjne zaroiły się tego dnia od mniej lub bardziej mądrych wypowiedzi pani Magdaleny Dobrzańskiej-Frasyniuk, żony Władysława, która największe pretensje miała o to, że czynności dokonywano tuż po godz. 6 rano. Ja dodałbym od siebie, że pani Magdalena ucierpiała również ze względu na brak francuskich rogalików, których policjanci nie zabrali ze sobą, aby ją poczęstować, a tak nieludzka pora być może zmusiła ją do wystąpienia bez makijażu i przed kilkugodzinną wizytą u stylisty fryzur, czego wybaczyć nie można.

Zgodnie z literą

Do wystąpienia bez makijażu zmuszony został kilka godzin później sam Frasyniuk, który w świetle telewizyjnych kamer opowiadał o tym, że przesłuchujący go prokurator poświęcił mu raptem 10 minut swojego cennego czasu, ograniczając się jedynie do przeczytania przywołanych wyżej zarzutów. I tyle! Koniec! Żadnych kazamatów, zrywania paznokci, przypiekania żywym ogniem i innych tortur. Kazali Władysławowi iść do domu. Wszystkich dopadło zwątpienie i problem związany z zatrzymaniem absurdalnej machiny medialnej, która została uruchomiona od Bałtyku po Tatry. No bo jak teraz ludziom wytłumaczyć, że Frasyniuka nie doprowadzono przed prokuratorskie oblicze za walkę o wolność i trójpodział władzy, a jedynie za to, że szarpał się z wynoszącymi go na rękach policjantami? Tak, 10 czerwca 2017 r. „legenda” sięgnęła bruku i z tego ulicznego bruku szarpiąca się, agresywna „legenda” została podjęta przez kilku funkcjonariuszy i przeniesiona w bezpieczne miejsce, gdzie odwdzięczyła się proszącemu ją o okazanie dokumentów funkcjonariuszowi serią idiotycznych, aroganckich pseudożartów i odzywek. Nie wiem, kim był młody człowiek próbujący wylegitymować Frasyniuka, ale mam nadzieję, że jego olimpijski spokój, opanowanie oraz profesjonalizm znalazły uznanie w oczach przełożonych i zostały sowicie nagrodzone. Żałować jedynie należy, że trud policjanta poszedł na marne, bo eskalacja agresji Frasyniuka postępowała.

Eskalacja agresji Frasyniuka postępowała i osiągnęła apogeum miesiąc później, 16 lipca roku 2017, kiedy podczas ulicznej demonstracji wzywał do walki z panującym systemem. Pomimo upływu czasu wciąż mam przed oczyma tamte wydarzenia – stojący na scenie, wydobywający z siebie mniej lub bardziej artykułowane dźwięki, zachrypnięty Frasyniuk, nawołujący do działania policjantów i żołnierzy oraz publicznie oskarżający Antoniego Macierewicza o powiązania z rosyjskimi służbami specjalnymi. Nie wiem, kiedy pan Władysław poddawał się okresowym badaniom lekarskim, ale w tamtym momencie bardzo obawiałem się o stan jego zdrowia, ze szczególnym uwzględnieniem równowagi emocjonalnej. Dodatkowo uderzyła mnie potężna furia towarzysząca całemu wystąpieniu opozycjonisty.

Siłą rzeczy przypomniałem sobie sejmowe przemówienie śp. Andrzeja Leppera sprzed kilkunastu lat, w którym zarzucił on Frasyniukowi pobicie Antoniego Stryjewskiego. Wprawdzie prokuratura umorzyła wówczas śledztwo, ale to wydarzenie jest kolejnym dowodem na to, że Frasyniuk jest człowiekiem krewkim, impulsywnym i wraz z pojawieniem się jego osoby często pojawiają się również zachowania konfliktowe. Mam nadzieję, że sąd rozpatrujący sprawę naruszenia nietykalności cielesnej policjantów weźmie pod uwagę całokształt jego działalności i przypomni panu Władysławowi, że żyjemy w cywilizowanym kraju, gdzie również demonstracje polityczne muszą przebiegać zgodnie z literą prawa.

Drżymy wszyscy

Zgodnie z literą prawa Frasyniuk powinien stawić się teraz na wezwanie niezawisłego sądu i mam nadzieję, że to nastąpi pomimo wątpliwości, jakie wyartykułował jego pełnomocnik mecenas Piotr Schramm zaniepokojony faktem, że nie wie, kto będzie sprawę rozpatrywał, po zmianach w sądownictwie, jakich dokonał minister Zbigniew Ziobro. Czyżby adwokaci byli przygotowani do wystąpień jedynie przed znanymi sobie składami sędziowskimi i tylko wtedy byli w stanie skutecznie argumentować? Mam nadzieję, że pomimo braku komfortu, na który powołał się pan Schramm, namówi on jednak swojego klienta do zaprezentowania obywatelskiej postawy, co wszystkim nam zaoszczędzi oglądania żenujących spektakli w wykonaniu zarówno samego Frasyniuka, jak i sprzyjających mu polityków oraz mediów.

Spodziewam się, że przed obliczem sądu opozycjonista wyrazi skruchę, przeprosi za swoje zachowanie i z godnością przyjmie ewentualną nałożoną karę tak jak autor niniejszego tekstu przyjął mandat. Nie ukrywam, że od kilku dni przechodzę jezdnię tylko na zielonym świetle, uważnie rozglądając się wokół siebie, czy aby nie dybie na mnie jakiś policyjny patrol, gdyż kolejna wizja pustki w portfelu budzi we mnie obawy przed powtórnym przebudzeniem reżimu.

Howgh!

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl