Z igły widły…

W mediach z zagranicznym kapitałem ostatnio pojawiają się nieprawdziwe informacje o rzekomych naciskach Francuzów na MON ws. wyboru oferty zakupu ich okrętów podwodnych. Tymczasem takiego „newsa” próżno szukać w artykule opublikowanym kilka dni temu przez francuski portal „Mer et Marine”, na który powołują się RMF/FM (właściciel Bauer Media), a także Onet (Ringier Axel Springer), Fakt (Ringier Axel Springer) i Interia (Bauer Media).

Plotkę o rzekomych francuskich naciskach na MON jedno z tych mediów (Onet) rozpowszechniało już wcześniej - i to w czasie rozmów ministra Antoniego Macierewicza w Paryżu we wrześniu br.

Gdy pojawiła się po raz pierwszy, MON od razu je uciął. Najpierw wiceminister Michał Dworczyk, jeszcze podczas wizyty kierownictwa polskiego resortu obrony w Paryżu, stwierdził jasno, że nie ma żadnych problemów polskiego MON w relacjach z Francją, a wszystkie opowieści o „naciskach” Paryża należy włożyć między bajki. Także później, w kolejnych dniach, informacji Onetu nie potwierdził główny uczestnik rozmów, minister Antoni Macierewicz. Po zakończeniu spotkania ze stroną francuską szef MON podczas briefingu, oceniając ofertę stwierdził, jedynie dość ogólnie: „to ciekawa oferta (…), która na pewno ma przyszłość […] to co tam zobaczyliśmy napawa optymizmem, co do potencjału francuskiego i skuteczności działania”.

O tym, jak sprawa wygląda naprawdę wystarczy przekonać się, porównując treść informacji (ze skrótami redakcyjnymi) „Mer et Marine” z tym, co przekazał, powołując się na nią, RMF24.pl, a co zostało następnie przedrukowane przez pozostałe wymienione, „polskie” portale:


„Przyszłe polskie okręty podwodne: Decyzja oczekiwana wkrótce. Polska będzie musiała wkrótce podjąć decyzję odnośnie swojego projektu Orka dotyczącego jej przyszłych okrętów podwodnych. Cztery nowe okręty są potrzebne, żeby zastąpić stare norweskie Kobbeny (…) i jeden okręt podwodny typu Kilo - Orzeł, przekazany przez Rosję w 1986 r. (…) Dwoma głównymi rywalami są niemiecki TKMS i francuski Naval Group. W perspektywie politycznej relacje pomiędzy Paryżem a Warszawą pozostają nadal napięte, ale wcale nie są lepsze z Berlinem. Pomimo istnienia różnic poglądów pomiędzy dwoma krajami, francuska minister sił zbrojnych, Florence Parly, przyjęła jednak we wrześniu w Paryżu swojego polskiego odpowiednika, co niektórzy z obserwatorów uznali za sygnał ocieplenia. Naval Group, ze swej strony, kontynuował działania w Polsce poprzez znaczącą obecność na targach MSPO w Kielcach w ub. miesiącu, nadal kontynuując wdrażanie kooperacji z lokalnymi przedsiębiorcami. Wydaje się jednak, że po stronie władz francuskich przeważa ostrożność, zwłaszcza w związku z poprzednimi niepowodzeniami w kontaktach z Polską, a szczególnie w związku z anulowaniem zamówienia na 50 helikopterów Caracal, co wywołało złość Paryża w 2016 r. Naval Group, który proponuje wersję swojego okrętu podwodnego Scorpène 2000, wydaje się mimo wszystko przekonany, że ma jeszcze szanse. Okręt oferowany Polsce posiada bowiem poważne atuty operacyjne. Oprócz wyposażenia w nowy system napędu niezależnego od powietrza (AIP) wykorzystującego ogniwa paliwowe, jest on proponowany wraz z pociskami manewrującymi MdCN, co pozwoliłoby Polsce na dysponowanie bronią o pierwszorzędnym znaczeniu i to z pełną niezależnością zastosowania”.


A oto informacja przekazana przez RMF24.pl:

„Już wkrótce zapadnie decyzja w sprawie zakupu czterech nowych okrętów podwodnych dla polskiej Marynarki Wojennej - prawdopodobnie od Francji. Tak przynajmniej twierdzi specjalistyczny nadsekwański portal „Mer et Marine”, który powołuje się na źródła we francuskim koncernie zbrojeniowym Naval Group. Portal „Mer et Marine” powołuje się na źródła we francuskim koncernie Naval Group, które sugerują, iż jest duża szansa na to, że Polska kupi nie niemieckie, lecz francuskie okręty podwodne typu Scorpene 2000. (…) Niektórzy obserwatorzy sugerują, że zakup okrętów podwodnych mógłby ocieplić polsko-francuskie relacje. Niedawne ataki prezydenta Emmanuela Macrona na polski rząd na unijnej scenie mogłyby zresztą - ich zdaniem - stanowić strategiczny środek nacisku, którego celem miało być zmuszenie naszego kraju do kupna Scorpenów 2000”.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Niemieckie strachy na Lachy

Jest niedziela, 4 lipca 1982 r., Włodzimierz Smolarek tańczy z piłką na murawie Camp Nou w Barcelonie, a ja w tym czasie ze łzami w oczach roztrząsam widłami trawę, którą wprawnymi, wymierzonymi pociągnięciami kosy kładzie na równy pokot mój ojciec. Tak jak Rosjanie oglądają plecy Smolarka odziane w czerwony trykot, tak ja oglądam silne barki mojego taty osłonięte kraciastą flanelową koszulą.

Tuż przed rozpoczęciem meczu wyłączono prąd, co natychmiast zmieniło czarno-biały telewizor Neptun 424 w bezużyteczną kupę złomu, więc dziadek zarządził sianokosy nad rzeką Krzemionką i chcąc nie chcąc, poszedłem pracować, ale moje myśli były daleko w słonecznej Hiszpanii. Jak będzie? Co się stanie? Czy nasi dadzą radę tej potędze? Mimo stanu wojennego i odcięcia od informacji prowadzone szeptem rozmowy dorosłych często zahaczały o temat krasnoarmiejców walczących w jakimś dalekim Afganistanie, a w mojej dziesięcioletniej pamięci był utrwalony obraz mapy świata, którego połowę zajmowała wielka czerwona połać okraszona literami ZSRS. Chlipiąc i pociągając nosem, bojąc się strasznie rezultatu, marzyłem o końcu pracy oraz powrocie do domu dziadków. Kiedy się to wreszcie stało, wpadłem biegiem na podwórko z pytaniem o wynik, a gdy otrzymałem od babci odpowiedź: „nikt nikomu nie wbił nic i nam też Ruskie nie wbili”, oszalałem i zacząłem wrzeszczeć jak opętany, aż ojciec wziął mnie na ręce, ucałował w umorusany policzek i powiedział: „Widzisz, strachy na Lachy”.

Nie boję się Schulza

„Strachy na Lachy” chciałbym dziś powiedzieć wszystkim tym, których czarnowidztwo dosięgło w piątek 12 stycznia roku 2018 i trzyma do dziś. Cóż takiego się stało tego dnia? Nic wielkiego – wstępne, sondażowe rozmowy pomiędzy niemieckimi partiami, CDU-CSU i SPD, zakończyły się podpisaniem bardzo ogólnego, liczącego raptem 28 stron dokumentu, w którym określono warunki brzegowe ewentualnego przyszłego współistnienia rządowego. Z nieznanych mi przyczyn kilka „nadwiślańskich piór” natychmiast zaczęło dywagować, jaki to mniej lub bardziej socjaldemokratyczny będzie przyszły gabinet kanclerz Merkel i sugerować między wierszami, że my, Polacy, powinniśmy spojrzeć z podziwem na zachodniego sąsiada oraz czołobitnie oddać hołd jego boskiej demokracji i politycznej mądrości. Ja pytam więc w tym miejscu – a dlaczego mam się zachwycać ogólnikowym papierem, na którego kartach Martin Schulz zawiera jakieś swoje wizje przyszłej Europy i znów karmi czytającego papką o demokratycznych wartościach, państwie prawa i solidarności europejskiej? Kim są dziś Merkel i Schulz? W mojej opinii politykami, którzy sami czują, że ich era dobiega końca i gotowymi podpisać nawet czarci cyrograf, aby tylko utrzymać w rękach rządowy ster, jakikolwiek on by był. Mają Państwo rację – zareagowałem zbyt emocjonalnie, ale nienawidzę, gdy ktoś usiłuje zrobić mi sieczkę z mózgu lub chce mnie straszyć, gdyż strachliwy nie jestem, a już na pewno nie boję się Martina Schulza.

Nie boję się Martina Schulza nawet w roli szefa MSZ-etu Niemiec. Skąd nagle to ministerstwo – zapytacie? Otóż 14 stycznia, w niedzielę wieczorem, gruchnęła wieść, że szef SPD dostał tę prestiżową tekę. I znów rozpoczęły się debaty – co teraz z Polską i co Schulz będzie robił? Odpowiadam – na pewno nie będzie oblewał innych ministrów spraw zagranicznych wodą ze szklanki, tak jak to robił Władimir Żyrinowski, ani walił butem w mównicę niczym Nikita Chruszczow! Dlaczego? Dlatego, że niedzielna wiadomość o „Schulzowym ministrowaniu” wzięła swój początek z fotografii wygniecionej kartki, na której ktoś wypisał kilka resortów, przyporządkowując do nich nazwiska i Schulzowi „podarowano” MSZ. Do dziś nie udało mi się ustalić, kto był autorem tej wiadomości ani jaki był jej cel, ale jedno jest pewne – bardzo łatwo przyprawić o szybsze bicie serca obserwatorów sceny politycznej, a szczególnie tych, którzy czytają nieuważnie.

Niebezpieczny skręt

Tych, którzy czytają nieuważnie, pragnę nieśmiało poinformować, że odtrąbiony za Odrą sukces, uwieńczony przywołanym wyżej dokumentem, zyskał mierną aprobatę w środowisku samych socjaldemokratów, którzy już następnego dnia, 13 stycznia, na regionalnym zjeździe SPD w Saksonii Anhalckiej opowiedzieli się przeciw porozumieniu ich partii z chadekami. Nic nie pomogło wysłanie w teren Sigmara Gabriela, najpopularniejszego niemieckiego polityka i byłego szefa SPD, który miał nakłaniać lokalnych aktywistów do poparcia „wielkiej koalicji”, bo partyjne doły, najlepiej osadzone w realiach codziennego życia Niemców, wiedzą, że kolejny alians z Merkel może spowodować zniknięcie ugrupowania ze sceny politycznej po kolejnych wyborach. Działacze najniższych szczebli zaczęli wywierać presję na tyle skuteczną, że kierownictwo SPD ustami Marii Dreyer, wieloletniej premier Nadrenii-Palatynatu, zażądało wniesienia poprawek do umowy, którą oceniono bardzo krytycznie i podniesiono w stosunku do niej zarzut, iż oddaje losy partii w ręce unii chadeckiej. Rozpoczął się ostry socjaldemokratyczny dyskurs w pełnym napięcia okresie, kiedy wszyscy niecierpliwie oczekiwali nadzwyczajnego zjazdu SPD zaplanowanego na 21 stycznia w Bonn, na którym miała zapaść ostateczna decyzja w sprawie koalicji.

Decyzja w sprawie koalicji chyba nie obeszła zbytnio Schulza, który zamiast pilnować własnego podwórka i skupić się na sprawach krajowych, wystąpił na jednej z lokalnych konferencji, serwując wyświechtaną opowieść o konieczności wzmocnienia unijnej demokracji i „niebezpiecznym skręcie Europy w prawo”. Wtedy się przekonał, że bełkot rodem z brukselskich korytarzy pozostaje poza obszarem zainteresowania przeciętnego Niemca żyjącego problemami dnia powszedniego, czemu dał wyraz jeden z uczestników spotkania, głośno artykułując swoją dezaprobatę dla jego słów i każąc się Schulzowi zwyczajnie wstydzić. Zaskoczony polityk wydukał jedynie słabą ripostę, uciekając w krytykę Polski i Czech, co stało się ogranym numerem pana Martina i pokazuje, że nie jest on żadnym asem intelektu, lecz raczej butnym arogantem z aspiracjami do brylowania na salonach w roli wicekanclerza i szefa MSZ-u, co sugerowały niemieckie media, a co w mojej ocenie było zawoalowaną próbą wywarcia presji na delegatów bońskiego zjazdu SPD.

Marzenie Kaczyńskiego

Presja na delegatów bońskiego zjazdu SPD okazała się skuteczna, gdyż 55 proc. z nich zagłosowało za przystąpieniem do rozmów koalicyjnych z unią chadecką. Gdy negocjacje zakończą się powodzeniem, wtedy socjaldemokratów czeka jeszcze plebiscyt, w którym weźmie udział 440 tys. członków ugrupowania. Jeśli założymy dziś, że „wielka koalicja” będzie rządziła za Odrą, a Martin Schulz jednak zostanie wicekanclerzem i szefem MSZ-etu, też nie należy się niczego obawiać. Powstanie rząd o słabej legitymacji demokratycznej, z wieloma konfliktami i tarciami pomiędzy jego komponentami. Będzie musiał się uporać z problemem imigrantów oraz próbować utrzymać pozycję lidera UE. Można już dziś przewidzieć zbliżenie z Francją, częściowo dla Niemiec kłopotliwe, gdyż prezydent Macron zmaga się z potężnym długiem publicznym i liczy, że Berlin pomoże mu go zniwelować przy pomocy państw wspólnoty, a to po doświadczeniach z Grecją może być trudne. Rzecz ważna – spełniło się marzenie Jarosława Kaczyńskiego, który już wiosną 2017 r. mówił, że najlepszy dla Polski byłby słaby rząd nad Szprewą, ale pod batutą Angeli Merkel. Pewnie w najbliższym czasie otrzymamy wiele mniej lub bardziej groźnych sygnałów od naszego zachodniego sąsiada, lecz jestem przekonany, że Państwo pamiętają przysłowie „strachy na Lachy”.

Howgh!

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl