Co pan robił rok temu?

Nie potrzeba zastępu konfidentów, lornetek w mieszkaniu naprzeciwko i usłużnych sąsiadów, warujących ze szklankami przy ścianach naszych sypialni. Nikt już nie musi zakładać nam podsłuchów i śledzić nas zza postawionego kołnierza prochowca. Donosimy na siebie sami. Na niewyobrażalną skalę i całkowicie dobrowolnie.

Mój poprzedni tekst poświęcony temu, jak przebiega proces inwigilacji w internecie, i propagandowego oddziaływania na nas w sieciach społecznościowych („Jak przekłuć bańkę informacyjną” – „Codzienna”, 28 września 2017 r.) spotkał się ze sporym odzewem. To dobrze, bo im więcej rozmawiamy o swoim bezpieczeństwie, tym większa świadomość tego, co może nam zagrażać. A jest czego się bać.

Dane wrażliwe

W czasach PRL-u, kiedy tajna policja polityczna (UB, a potem SB, wszelkie wojskowe wywiady i kontrwywiady) zbierały informacje o swoich przeciwnikach politycznych, jedną z najważniejszych rzeczy było zdobycie informacji określanych jako wrażliwe. Zgodnie z definicją, jaką przynosi nam ustawa o ochronie danych osobowych, za wrażliwe uważa się m.in. kwestie dotyczące: pochodzenia rasowego lub etnicznego, poglądów politycznych, przekonań religijnych, wyznania, stanu zdrowia, nałogów lub życia seksualnego czy spraw sądowych.

Bezpieki i policje całego świata od zawsze wymyślały mnóstwo sposobów, by dotrzeć do takich danych. Były (i są) one im potrzebne do budowania profilów psychologicznych, do gier operacyjnych, szantaży, wreszcie do określania siatki powiązań i przewidywania scenariuszy zachowań obserwowanego. Jeśli służby robią to w ramach prawa, nic w tym złego. Każdy przyzna przecież, że władza powinna wiedzieć „co w trawie piszczy”, szczególnie w niespokojnych czasach, kiedy naszym światem raz po raz wstrząsają zamachy terrorystyczne, a wkoło pojawia się coraz więcej ludzi niewiadomego pochodzenia. Czasem służby działają lepiej, czasem gorzej. Ileż to razy słyszeliśmy po zamachu, że sprawca był znany policji, a jednak udało mu się przeprowadzić atak, zabijając niewinnych ludzi. O sukcesach służb nie słyszymy, gdyż lubią one ciszę, i nie lubią ujawniać swojego warsztatu i metod.

Gorzej, gdy „dane wrażliwe” są wykorzystywane w sposób nielegalny, z zamiarem, który nie ma nic wspólnego z zapewnieniem bezpieczeństwa (narodowego, publicznego etc.). Słowem – gdy wykorzystywane są przeciwko nam. Esbecja i jej siostry w całym bloku sowieckim miały od gromadzenia takich danych legion ludzi, którzy zajmowali się zbieraniem haków, służących potem do rozbijania, skłócania czy nawet ­fizycznej likwidacji środowisk opozycyjnych.

Nie ma nieistotnych informacji

Z historii znamy spektakularne akcje, jak np. operacja „Cezary” – utworzenie przez komunistyczne Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego fikcyjnej struktury V Komendy Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”. Operacja miała na celu prowokację, która poskutkowała dezinformacją zachodnich wywiadów (CIA i brytyjskiej SIS), z drugiej skuteczną walką z podziemiem niepodległościowym, którego członków aresztowano i zamordowano. Koronkowa akcja bezpieki nie udałaby się bez rozległej sieci konfidentów. I posiadania „danych wrażliwych”.

Nie brakowało też „drobnicy” – zbierania z pozoru błahych informacji, jak te o przyzwyczajeniach, zainteresowaniach czy sekretach „wrogów ludu”. To te wszystkie „nieistotne informacje”, o których słyszeliśmy nieraz, gdy okazywało się, że ten czy ów znany jegomość w przeszłości pisał donosy na swoich kolegów. „Nie mówiłem nic, co mogłoby zaszkodzić” – powtarzane jak mantra, miało umniejszać winy. Tyle tylko, że dla bezpieki nie ma informacji nieistotnych. Bo czy dla SB nieważna byłaby np. marka kawy pijanej na spotkaniach Komitetu Obrony Robotników? Albo fakt, że członek Federacji Młodzieży Walczącej jest tak zapalonym biegaczem, że nie wyobraża sobie sobotniego poranka bez joggingu po krakowskich Plantach? Nie trzeba mieć wybujałej fantazji, by dopisać do takich informacji krwawy scenariusz.

Kup pan propagandę!

Ktoś powie – to przeszłość. A i owszem. Dziś raczej nikt nie będzie się męczył, by wpuszczać w nasze otoczenie konfidenta, który miałby się dowiedzieć czegoś na temat naszych zainteresowań, nawyków czy grona znajomych. Sami podajemy je na tacy każdemu, kto tego zapragnie.

W niedzielę spędziłem pół godziny na usuwaniu z mojego profilu na znanym portalu społecznościowym informacji, które zebrano na mój temat. Okazało się, że w dość głęboko ukrytej zakładce „Twoje preferencje dotyczące reklam” serwis zebrał kilkaset dotyczących mnie wskazówek, dzięki którym trafiają do mnie idealnie skrojone reklamy i informacje. W starannie uszeregowanych folderach, jak „wiadomości i rozrywka”, „biznes i przemysł”, „styl życia i kultura” i kilka innych, zebrano przez kilka lat mnóstwo danych. Od tego, że interesuję się historią Żołnierzy Wyklętych, przez moje zafiksowanie Europą Środkową, aż do drobnostek w stylu polubienia profilu niszowej grupy muzycznej. Każdą z tych informacji można „wyczyścić”, kilkaset razy klikając „usuń”. Najpierw jednak trzeba wiedzieć, że serwis je zbiera...

Po 24 godzinach od czyszczenia w zakładkach zapisano kilka kolejnych rzeczy. Przyznaję – dość trafnych. Mogą one posłużyć do wciskania mi koszulek z „Kajkiem i Kokoszem” (kupiłbym), ale także do groźnych manipulacji moimi zachowaniami. Dla przykładu powiem, że w ub. miesiącu Facebook podał, że zidentyfikowano około 500 fejkowych, powiązanych z Rosją kont, które przed wyborami prezydenckimi w USA kupiły w serwisie reklamy za łączną sumę 100 tys. dol. Oczywiście korzystając z narzędzi pozwalających dotrzeć tam, gdzie reklama miała być najbardziej skuteczna.

Wiem o pani (prawie) wszystko

Dodajmy do tego fakt, że sieć puchnie od innych informacji, zbieranych np. przez giganta Google. Serwis pamięta np. to, że w piątek w nocy, 2 grudnia 2016 r., odwiedziłem kijowskie kawiarnie (La Bodeguita del Medio i Kupidon), przy tym wie, którędy tam szedłem i ile czasu mi to zajęło. Sprzężona z lokalizacją GPS w telefonie funkcja zapisała kilkaset moich spacerów i podróży. Każdy z Państwa, jeśli nie wyłączył tej funkcji, był (jest) śledzony i rejestrowany, a Państwa trasy i postoje zostały zapisane i uszeregowane, zapewniam. I choć oczywiście, dzięki temu odpowiedź na ewentualne (nikomu nie życzę) pytanie: „Co pan robił 2 grudnia ub. roku o 22.47?” staje się łatwiejsza niż kiedykolwiek, straty mogą być większe niż zyski.

A co jeśli dodać do tego to, co sami publikujemy? Sprawa robi się poważna. Na potrzebę tego tekstu wszedłem na profil przypadkowej użytkowniczki (wpisałem pierwsze imię i nazwisko, jakie przyszło mi do głowy). Po chwili już wiedziałem, gdzie była w ostatni weekend, znałem zainteresowania jej młodszego syna (utalentowany sportowiec) i to, że jedna z dwóch córek w tym roku zdała maturę. Dowiedziałem się, że jest osobą dość wrażliwą na cierpienie ludzi i zwierząt. Wiem, kiedy i z kim wzięła ślub i gdzie pracuje. Przeczytała „50 twarzy Greya” i jest „zainspirowana przez Władysława Frasyniuka”. Mało? Z publikowanego ogłoszenia o sprzedaży mebli można wyciągnąć numer telefonu, a gdybym poszukał bardziej, jutro mógłbym ją spotkać na ulicy rodzinnego miasta. I znów – czy trzeba wybujałej wyobraźni do pisania scenariuszy operacyjnych? Choćby takich jak sprofilowanie pani jako klienta i przedstawienie jej „oferty życia”? Bo o niczym innym przecież nie myślimy, prawda?

Nie miejmy wątpliwości – te rozproszone informacje są lub mogą być w każdej chwil zebrane i wykorzystane przeciwko nam. Co gorsza, większość z nas nie zdaje sobie sprawy, że udostępnia je do wiedzy ogólnej. Nie trzeba zastępu tajnych współpracowników i „zarzucania sieci” wkoło nas, skoro sami wszystko wrzucamy do sieci właśnie. Powyższe przykłady to tylko wycinek całości, którą puszczamy w świat i natychmiastowo tracimy nad nią kontrolę. Mogą posłużyć złośliwym, złodziejom, wariatom, wreszcie specjalistom od marketingu, dezinformacji i manipulacji. I czort wie, komu jeszcze.

Czy oznacza to, że powinniśmy zrezygnować z aktywności w internecie? Przestać „lajkować” zdjęcia kotów i udostępniać znajomym zdjęcia z wakacji? Cóż, takie czasy, że trudno stać się na własne życzenie wykluczonym cyfrowo. Nie ma zresztą takiej potrzeby – prawdopodobieństwo, że to na nas zagnie parol ktoś inny niż traktujący nas jako anonimowy cel reklamodawca, jest nikłe. Ważne, by zdawać sobie sprawę z tego, co udostępniamy, komu i w jakiej ilości. Niechże ci, którzy chcą nas podglądać, mają choć trochę trudniej, może pójdą gdzie indziej. A wiedza o tym, dlaczego „coś” nam się wyświetla sprawia, że zanim w to klikniemy lub podamy dalej, zastanowimy się choć przez chwilę.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Pułaski w Białym Domu

„Obrona przez generała Pułaskiego polsko-amerykańskich wartości, takich jak wolność, praworządność, suwerenność narodów, symbolizuje bliskie związki pomiędzy USA a Polską” – napisał kilka dni temu w specjalnym oświadczeniu Donald Trump.

To kolejny już raz, kiedy prezydent USA wysyła w świat sygnał o specjalnych relacjach łączących nasze państwa. Przemilczane w Polsce oświadczenie umieszczone na stronach Białego Domu warte jest uwagi nie tylko ze względu na historyczne odniesienia, ale również bieżącą politykę. Prezydent podkreśla wspólne wartości, kwestionowane w tej chwili przez państwa i podmioty krytyczne względem Trumpa i jego polityki międzynarodowej, a także krytycznie patrzące na obecną Polskę i jej rolę w Unii Europejskiej.

Dotyczy to zarówno niewymienionych w oświadczeniu Niemiec, jak i Rosji, która w tekście dotyczącym generała Pułaskiego się znajduje („wygnany ze swojego kraju po przegranym powstaniu przeciwko rosyjskiej kontroli nad Polską”). Donald Trump wydaje swoje oświadczenie na temat polskiego bohatera amerykańskiej wojny o niepodległość w czasie, kiedy dyskusja o pierwszych latach istnienia USA staje się jednym z głównych wątków amerykańskiej debaty politycznej. Jej wymiarem z jednej strony jest wojna pomnikowa, w ramach której skrajna lewica domaga się likwidacji monumentów bohaterów walki o amerykańską niepodległość, w tym ojców założycieli USA, a nawet proponuje zasłanianie i likwidowanie pomników… Krzysztofa Kolumba, przedstawiając go jako sprawcę rzekomej opresyjnej natury dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. Z drugiej strony, konserwatywnie nastawiona część opinii publicznej odkrywa na nowo rolę i znaczenie wojny o niepodległość, w której walczył i zginął Pułaski, a w wyniku której USA stały się samodzielnym państwem. Dodajmy, państwem, które własną niepodległość wywalczyło z bronią w ręku, rzucając wyzwanie najpotężniejszemu wówczas imperium świata, jakim była Anglia. O tym, jak wielkie jest dzisiaj zainteresowanie amerykańskiej opinii publicznej tą tematyką, świadczyć może fakt, że na szczycie listy amerykańskich bestsellerów ckliwie tłumaczącą się z porażki Hillary Clinton w utworze o tytule „Co się stało” właśnie zastąpiła była gwiazda telewizji Fox News, Bill O’Reilly. Człowiek, który przez 16 ostatnich lat prowadził najchętniej oglądany program polityczny w USA, napisał książkę „Zabijanie Anglii”. W niej krok po kroku pokazuje, jak proces polityczny, u którego podstaw legło pragnienie wolności, praworządności i suwerenności, doprowadził do powstania USA. W tej wojnie ogromną rolę odegrał Kazimierz Pułaski, nazwany właśnie w oficjalnym oświadczeniu prezydenta Donalda Trumpa „ojcem założycielem amerykańskiej kawalerii”. Kawalerii, której spadkobiercy stacjonują dziś w wolnej Polsce, pomagając chronić ją przez rosyjską agresją.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl