Gdzie jest złoto Amber Gold? „Nic mi nie wiadomo, żeby je do mnie przewieźli”

Fot. Tomasz Hamrat/GazetaPolska

  

Nic mi nie wiadomo, żeby Marcin i Katarzyna P. przewieźli do mnie złoto pochodzące z Amber Gold; do samego końca byłem przekonany o ich uczciwości - mówił komisji śledczej były gdański dominikanin Jacek Krzysztofowicz.

Krzysztofowicz odszedł z zakonu na początku 2013 r. W czerwcu tego roku Marcin P. mówił komisji, że z duchownym łączyły go przyjacielskie relacje. Dodał, że wsparł też gdański klasztor dominikanów kwotą 1,5 mln zł. Pieniądze te pochodziły z Amber Gold i zostały przeznaczone na remont trzech ołtarzy oraz kaplicy w kościele św. Mikołaja. Z kolei były rzecznik i były członek rady nadzorczej Amber Gold Michał Forc zeznając przed komisją w końcu września określił Krzysztofowicza, jako "duchowego mentora" Marcina i Katarzyny P., z którym "często się spotykali" i rozmawiali o "ogólnych sprawach prywatnych".

Czytaj więcej: Małżeństwo P. okłamywało wszystkich? Zeznania b. rzecznika Amber Gold wprawiają w osłupienie

Państwa P. znałem z widzenia z kościoła, regularnie przychodzili na msze, które odprawiałem. Wydaje mi się, że poznałem ich w 2008 r. Moment, kiedy pierwszy raz rozmawialiśmy, to była sytuacja, gdy Marcin P. przyszedł i zaoferował darowiznę na rzecz klasztoru. To miało miejsce w 2009 lub 2008 r.

- mówił Krzysztofowicz o początkach jego znajomości z szefami Amber Gold.

Zaznaczył, że wtedy nikt nie mówił, że Amber Gold to oszustwo.

W 2008, 2009 czy 2010 r. nie przypominam sobie, aby ktoś mówił, że Amber Gold to była piramida. To była firma, która była bardzo szanowana

- dodał.

Poseł Witold Zembaczyński dopytywał, czy było to 1,5 mln zł darowizny.

W tym czasie byłem przeorem klasztoru i przyjąłem tylko jedną darowiznę, bodajże to było 30 tys. Innych darowizn od niego nie przyjmowałem

- zapewnił świadek. Dodał jednocześnie, że w kwietniu 2010 r. przestał być przeorem i członkiem zarządu klasztoru.

Krzysztofowicz zeznał też, że latem 2012 r. przed zatrzymaniem P. spotykał się z małżeństwem P. "właściwie codziennie".

Oni funkcjonowali jakby byli zaszczuci i ja właściwie byłem jedynym człowiekiem, który stał po ich stronie i się od nich nie odwracał

- powiedział. Zapewnił jednocześnie, że do momentu aresztowania P. był przekonany, że małżeństwo Marcina i Katarzyny P. jest uczciwe.

Czytaj też: Świadek mówi o złocie z Amber Gold. Aż trudno uwierzyć w to, co zeznaje

Szef Amber Gold Marcin P. został zatrzymany i trafił do aresztu w sierpniu 2012 r., a jego żona została aresztowana w kwietniu 2013 r. Od marca 2016 r. przed gdańskim sądem okręgowym trwa ich proces.

Mówiąc o małżeństwie P. były duchowny ocenił, że "generalnie oni unikali dziennikarzy, byli nietypowymi biznesmenami, ponieważ do ostatniej chwili funkcjonowali bez wizerunku publicznego, ukrywali się".

Do końca tego nie rozumiałem. Zakładałem, że są uczciwi i nie rozumiałem dlaczego to robią i sądziłem, że to szkodzi firmie

- powiedział.

Były dyrektor biura bezpieczeństwa Amber Gold Krzysztof Kuśmierczyk zeznawał przed komisją pod koniec września, że w sierpniu 2012 r. było polecenie zarządu, by do kogoś wywieźć złoto Amber Gold.

Dokładnej daty nie pamiętam. Mówiono o jakimś Jacku

- wskazał zaznaczając, że nie wie, o jakiego Jacka chodzi.

Nic z tego nie wyszło. Nic mi nie wiadomo, żeby złoto do mnie przewieźli. Nic nie wiedziałem o przewiezieniu żadnego złota

- powiedział Krzysztofowicz odnosząc się do zeznań Kuśmierczyka. Odpowiadając na pytanie przewodniczącej komisji Małgorzaty Wassermann z Prawa i Sprawiedliwości sprecyzował, że u niego w klasztorze w Gdańsku nie odbyło się przeszukanie.

Krzysztofowicz dodał, iż wiedział, że Marcin P. był skazany - "on tego nie ukrywał". Jak zaznaczył, P. utrzymywał, iż "był to błąd młodości, a on wszystko spłacił, co później okazało się nieprawdą".

Jest taki mechanizm psychologiczny, że jak się raz w coś uwierzy to się generalnie odsuwa fakty, które przeczą tej teorii. Ja im po prostu uwierzyłem, że są uczciwi i prawdopodobnie byłem ostatnim człowiekiem w Polsce, który przestał w to wierzyć

- ocenił Krzysztofowicz.

Świadek nie zgodził się ze stwierdzeniem komisji, że był powiernikiem małżeństwa P.

To jest za dużo powiedziane, że byłem powiernikiem, bo myślę, że na pewno byłem kimś, u kogo szukali wsparcia emocjonalnego, to na pewno tak było, ale nie dzielili się ze mną wiedzą dotyczącą faktów

- powiedział świadek dodając, że "o bardzo wielu rzeczach, z tego co teraz wie, nie wiedział wtedy".

Pytany przez Joannę Kopcińską (PiS), dlaczego dążył do częstych kontaktów z małżonkami P. latem 2012 r., świadek odparł:

Powodowało mną współczucie. Wydawało mi się, że mogłem dać wsparcie (...); byłem przekonany, że są uczciwi.

Pytany, czy dawał też wsparcie ofiarom Amber Gold, odpowiedział że nie znał żadnego z poszkodowanych.

Wtedy były tylko fakty medialne

- zaznaczył.

Stanisław Pięta (PiS) pytał świadka, jakim człowiek był P.

Piramida finansowa jest przekrętem starym jak świat; nie trzeba być geniuszem żeby go skonstruować, a jak się okazuje, ludzie ciągle się na to nabierają

- odparł były duchowny. Według niego, Marcin P. "robił wrażenie spoistości wewnętrznej".

Nigdy nie czułem, że coś tu nie gra. Robili wrażenie pary głęboko ze sobą związanej

- mówił świadek o małżeństwie P. Przyznał też, że P. "w kilku sprawach kłamał", np. mówiąc że był tylko raz skazany.

Krzysztofowicz podkreślił, że zerwał kontakty z Marcinem P. po jego aresztowaniu; miał zaś jeszcze kontakty z Katarzyną P.

Ona mówiła, że nic nie wiedziała; że ją mąż oszukiwał.

Rzymkowski pytał:

Świadek uwierzył?

We wszystko wierzyłem

- odparł Krzysztofowicz, dodając że jego praca polega na tym, "że ludziom się ufa i nie zostawia się, niezależnie od okoliczności".

 

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Kierowca wjechał samochodem w tłum. Jest w rękach policji

/ twitter.com/screenshot

  

34-letni Holender, który we wczesnych godzinach rannych potrącił cztery osoby w prowincji Limburgia na południu Holandii, oddał się w ręce policji - poinformowała prokuratura. W wyniku zdarzenia zginęła jedna osoba, a trzy zostały ciężko ranne.

Prokurator Daniela Weymar powiedziała dziennikarzom, że mężczyzna, który uciekł z miejsca wypadku, zgłosił się na policję w Amsterdamie kilka godzin po zdarzeniu i został zatrzymany.

Do potrącenia czterech osób doszło po zakończeniu popularnego festiwalu "Pink Pop". Szacuje się, że w imprezie wzięło udział kilkadziesiąt tysięcy osób.

Nie wiadomo, czy kierowca wjechał w ludzi celowo - poinformowała policja. 

Źródło: niezalezna.pl, pap

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl