Kolumbowie. Rocznik 70

Tak, oczywiście czytałem powieść Romana Bratnego i to trzykrotnie. Tak, oczywiście bardzo chciałem być jak Kolumb, Zygmunt czy Czarny Olo, a mniej jak Jerzy. Tak, oczywiście zostałem koncertowo zmanipulowany przez autora, wierząc bezkrytycznie we wszystko, co napisał.

Tak, oczywiście dziś już nie wierzę we wszystko, co Bratny napisał, ale wciąż chcę być jak Kolumb, Zygmunt czy Czarny Olo, a mniej jak Jerzy. Przecież pomimo upływu lat we wnętrzu wciąż czuję tak samo. Gdzieś tam głęboko z tyłu mózgu, w którym nieubłaganie tyka biologiczny zegar, pozostały zarchiwizowane marzenia z dzieciństwa i młodości. Jestem radosnym dzieckiem, urodzonym na początku gierkowskiej „dekady dobrobytu na kredyt” i wciąż marzę. Marzę o tym, aby moje dzieci i wnuki żyły spokojnie, dostatnio i bez takich trosk, jakie towarzyszyły mnie i moim rówieśnikom praktycznie przez całe życie. Jednak, aby tego dokonać, potrzebna jest determinacja, zdecydowanie, upór i konsekwencja w znojnym uprawianiu „poletka codzienności”. Są to warunki niezbędne do spełnienia, by o naszym pokoleniu nikt nie mówił, jak o literackich protoplastach – „pokolenie stracone”.

Czołgi i mundial

Moje pierwsze poważne zetknięcie z wielką polityką nastąpiło 30 marca 1981 r. Wracałem ze szkoły do domu z dużą werwą, a mą pucołowatą i piegowatą twarz przyozdabiał szeroki uśmiech. Powód był niebłahy – w całej Łodzi trwało pogotowie strajkowe, a w dzienniczku ucznia widniała adnotacja, że jeśli jutro rozpocznie się strajk generalny, to zajęcia lekcyjne pozostaną zawieszone. Co za rozkosz dla dziewięciolatka, zamiast ślęczeć w szkolnej ławie, będę mógł wydeptać okoliczne trawniki, narażając się jedynie na gniewne spojrzenie dozorczyni oraz jej ewentualną skargę do rodziców. W domu ojciec nie podzielił synowskiej radości i podpisując nauczycielską notę, kręcił głową z troską. Ja się wtedy nie bałem. Wiedziałem bowiem, że jeśli zacznie dziać się coś złego, to zawsze znajdę bezpieczne schronienie w jego potężnych, nawykłych do wysiłku ramionach.
Czy strajk był, nie pamiętam, ale zrobiło się fajnie zimą tego roku, gdy tuż przed Bożym Narodzeniem zaczęły jeździć po mieście samochody wypełnione żołnierzami, z których każdy miał przy sobie długą broń. Co to był za wspaniały widok! Radiowy bełkot o opanowaniu sytuacji w kraju i „wycięciu egzemy Solidarności” koił wewnętrzny niepokój, który pojawiał się zawsze, gdy strzępy smutnych, rodzicielskich rozmów, dobiegały moich uszu. Wreszcie końcówka roku szkolnego i nastał czas najwspanialszy – piłkarski mundial w Hiszpanii!

Dekady pedagogiki wstydu

Wyczyny ekipy Antoniego Piechniczka, masakrującej na iberyjskiej murawie najpierw peruwiańską, a później belgijską jedenastkę, podziwiał z warszawskiego telewizyjnego studia Tomasz Wołek, anonsowany jako wybitny znawca futbolu i odległego, latynoamerykańskiego świata. Sprawnie szermujący nazwami egzotycznych miejscowości, pewny siebie, wygodnie rozparty w fotelu mężczyzna budził mój podziw. Jakże on odbiegał wizerunkowo od mojego taty – ciężko pracującego robotnika widzewskiej fabryki, który dzielił swoje życie jedynie między zakład pracy i dom rodzinny!

Skąd mogłem wtedy wiedzieć, że zostałem wstępnie poddany psychicznej obróbce, ochrzczonej po latach imieniem „pedagogiki wstydu”? Musiały upłynąć dekady, zanim pojąłem wszystkie mechanizmy rządzące ówczesnym światem, a które przełożyły się na dzień dzisiejszy i nadały irracjonalny kształt piramidzie społecznej, tak zazdrośnie strzeżonej i konserwowanej przez elity III Rzeczypospolitej. Ta monumentalna budowla jest obecnie dekomponowana przez ekipę, która doszła do władzy w wyniku elekcji parlamentarnej roku 2015, a wrzask, jaki owemu przedsięwzięciu towarzyszy, przypomina dźwięki dochodzące z przyfrontowego lazaretu, gdzie podstawowym i najczęściej wykonywanym zabiegiem jest amputacja.

Wyjść z „czerskiej mgły”

Sam cykl amputacji, jak i krzyki z nim związane trwają ze zmiennym natężeniem już prawie dwa lata. Od początku rządów gabinetu premier Beaty Szydło fraza o „zagrożeniu polskiej demokracji” powtarzana jest od Lizbony po Władywostok, czasem sięgając Waszyngtonu czy Nowego Jorku. Część społeczeństwa, ukształtowana przez ćwierćwiecze w trujących oparach „czerskiej mgły”, uwierzyła w nachalny przekaz głównych mediów, dała się porwać owczemu pędowi i wzięła udział w pierwszej fazie protestów.

Jednak czas zrobił swoje. Początkowe, największe nawałnice przetrwano, a kolejne nie miały już takiej mocy i przeniosły się do przestrzeni medialnej. Powód był prozaiczny – uszczelnienie systemu podatkowego oraz wymiana personelu kierowniczego w głównych państwowych instytucjach nie pozwoliły na dalsze finansowanie logistyki, niezbędnej przy takich przedsięwzięciach. Dodatkowo sami organizatorzy akcji, a także czołowe twarze „obrońców demokracji” okazały się zgrane, słabe jakościowo i bezradne na liberalnym rynku, który był ich mekką, i który tak promowali przez lata.

Nie współczuję

Nastąpił nieodwracalny proces odbrązowienia dotychczasowych elit. Nagle okazało się, że jedna z popularnych dziennikarek, która przez kilkanaście lat brylowała na ekranie, nie odróżnia Normandii od Norymbergi i generalnie jest jej wszystko jedno, czy zbierze się Rada, czy Biuro Bezpieczeństwa Narodowego. Inny z żurnalistów, tak dobrze pamiętany, razem ze swym pagerem, z relacji upadku rządu Jana Olszewskiego, jest w stanie obecnie zgromadzić przed monitorami raptem kilkudziesięciu widzów.

Sztandarowym przykładem braku adaptacji w realiach gospodarki wolnorynkowej jest gazeta, kierowana przez jednego z konstruktorów „pomagdalenkowego” bytu, którą odcięcie części publicznych funduszy zmusiło do wyprzedaży nieruchomości.
Ci ludzie realnie okazali się słabi. Nie potrafią funkcjonować poza obiegiem pieniądza pochodzącego z państwowej kiesy. Miejsca, gdzie odnajdują się rewelacyjnie, to państwowe spółki, media czy fundacje. Właśnie w fundacjach wyśmienicie mają się dzieci byłego prezesa Trybunału i prezydenta, wybitnego myśliciela i intelektualisty, który zasłynął radą o zmianie pracy i wzięciu kredytu. Ministrowie kreujący trendy polityki zagranicznej legitymują się uczelnianym dyplomem kupionym za kilka funtów, ich świadectwo maturalne budzi wiele wątpliwości, a codzienne słownictwo i sposób funkcjonowania obnażyły knajpiane taśmy. Dziś ci ludzie budzą jedynie moje wielkie politowanie, ale nie są w stanie wzbudzić żadnego współczucia.

Dał nam przykład Andrzej Duda, a Petru…

Jeśli zostanę zapytany, dlaczego im nie współczuję, odpowiem pytaniem na pytanie – czy oni współczuli mnie i tysiącom moich rówieśników podczas rozpaczliwych prób przetrwania okrutnych i biednych lat dziewięćdziesiątych? Czy ktokolwiek z nich dał mi nadzieję na lepsze jutro lub wspomógł? Nie, to nie miało miejsca. Słyszałem tylko, że mam pracować więcej i za mniej, bo trzeba zapłacić koszty soc­jalizmu. Koszty, które wygenerowali tacy jak Wołek, Balcerowicz i Lewandowski, a rachunek przyszło zapłacić takim jak ja.

My, „Kolumbowie rocznik 70”, jesteśmy teraz w kwiecie wieku. Jesteśmy wykształceni, doświadczeni, zahartowani w ciężkiej walce o byt. Naszych umysłów nie dotknął rak testowej matury czy bolońskiego systemu studiów. Powinniśmy wejść płynnie w cykl pokoleniowej wymiany elit i z czasem przejąć odpowiedzialność za Polskę. Pan prezydent Andrzej Duda, urodzony, podobnie jak i autor niniejszego tekstu w 1972 r., dał nam przykład, jak dokonać dzieła, mimo przeciwności losu, więc pójdźmy w jego ślady. Co prawda poseł Ryszard Petru jest też przedstawicielem elitarnego rocznika 1972, ale jego szanowną osobę potraktujmy jako wyjątek potwierdzający regułę. Howgh!

Autor to emerytowany oficer wojsk powietrznodesantowych. Samotnik. Nałogowy kawosz i czytacz politycznych newsów.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Tadżycki dyktator na wojnie z islamistami

W ojczyźnie Tadżyków jestem po raz drugi. Pierwszy raz byłem tu przed dwoma laty. Teraz odpowiadam za to państwo i cały region Azji Środkowej w prezydium Parlamentu Europejskiego. Kraj Tadżyków jest najbiedniejszy spośród wszystkich państw postsowieckiej Azji.

Ambasador Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej Hugh Philpott mówi mi, że w gospodarce Tadżykistanu istnieją trzy strefy: mała biała strefa, gdzie nie ma żadnych przekrętów, szara strefa – wiadomo, i wreszcie czarna strefa, gdzie wszystko jest poza kontrolą. Uśmiecham się, bo to efektowne porównanie. Pytam go o wpływy Rosji. Potwierdza moje obserwacje, że Moskwa może powoli, ale jednak wycofuje się na tym obszarze. Nie tylko w wymiarze gospodarczym – także politycznie. Nie chce oddać Azji postsowieckiej, ale ekonomiczne czy polityczne wpływy Chin, Iranu i Turcji, w jakiejś mierze też USA i Unii Europejskiej, są coraz większe i systematycznie wypierają Tadżykistan z obszaru historycznie „przypisanego” Rosji. Oczywiście wciąż istnieją silne związki, chociażby jeśli chodzi o rynek pracy: setki tysięcy Tadżyków, podobnie jak ludzie z innych dawnych azjatyckich republik Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich: Uzbekistanu, Turkmenistanu, Kirgistanu, po części Kazachstanu, za chlebem (z „sało”, czyli słoniną) wędrują do Federacji Rosyjskiej. Tak jak czynią to również Azerowie, Gruzini, Ormianie z Zakaukazia – jak określają Kaukaz Południowy Rosjanie – czy innych państw powstałych na gruzach Sowietów. Tyle że teraz w FR jest kryzys, więc Tadżycy – tak jak inne narodowości – pracujący na czarno czy nawet oficjalnie w Moskwie i setkach innych rosyjskich miast przysyłają do ojczyzny dużo mniej pieniędzy. Gospodarka w obszarze postsowieckim to system naczyń połączonych: w Rosji kichną, a w Azji Środkowej czy na Kaukazie Południowym mają katar. A Rosja Putina gospodarczo słabnie w oczach. I tradycyjnie, jak to w dziejach naszego dalszego wschodniego sąsiada już bywało, jest coraz bardziej agresywna w polityce międzynarodowej.

Zamiast Rosji: Chiny, Iran i...?

Kto stanie się głównym graczem w Tadżykistanie zamiast Rosji? Z jednej strony pod względem gospodarczym najbardziej wzrastają wpływy Chin. Kupiły one zresztą od Duszanbe 1000 km kw. tadżyckiego terytorium. I było jak w piosence Bułata Okudżawy: „każdy dostał to, czego pragnął najbardziej”. Najbiedniejszy kraj centralnej Azji – Tadżykistan – dostał pieniądze, a złaknione nowych terytoriów, mające największą populację świata (póki co – uwaga na Indie!) Chiny – ziemię. Ale poza Pekinem w państwie Tadżyków rozpycha się łokciami Iran. Zarówno religijnie, jak i gospodarczo. To ciekawe, bo przecież Tadżykistan nie graniczy bezpośrednio z Islamską Republiką Iranu – żeby tam się znaleźć, trzeba przejechać przez Uzbekistan i Turkmenistan – albo, narażając się na utratę życia, przez Afganistan. Jeden z najlepszych hoteli w Duszanbe, Serena, to własność irańskiego biznesmena, którego zdjęcia wypełniają parter budynku. W kraju są też, z punktu widzenia władzy w Duszanbe, bardzo negatywne wpływy Teheranu. Chodzi o radykalnych islamistów, utrzymywanych z pieniędzy irańskiego podatnika. Iran od lat konsekwentnie poszerza swoje wpływy przez islam, radykalizując muzułmanów w różnych częściach Azji. I nie tylko Azji... Tadżykistan jest tylko jednym z przykładów. Mówimy o kraju, w którym zdelegalizowano Islamską Partię Odrodzenia Tadżykistanu, bo faktycznie była emanacją muzułmańskich radykałów i chciała mniej lub bardziej stopniowo przekształcić dawną sowiecką republikę w państwo, w którym obowiązywałby szariat. Dwa lata temu doszło do próby zamachu stanu, w którym wzięli udział również wysocy funkcjonariusze MSW. Rozruchy krwawo stłumiono. Trzeba powiedzieć wprost: nawet jeśli można narzekać na swoistą dyktaturę w tym kraju, ewidentne ograniczenie praw człowieka i forsowanie interesów rodziny prezydenta Emomalego Rahmona, to z całą pewnością alternatywa w postaci takiej czy innej odmiany postsowieckiego Państwa Islamskiego jest wielokroć gorsza. Z tego założenia wychodzi Unia Europejska, która choć podkreśla w swoich raportach, że Tadżykistan jest krajem o największym zamordyzmie w azjatyckiej części dawnego ZSRS-u, to cały czas wspiera to państwo – podobnie jak inne kraje regionu – finansowo. Właśnie do Tadżykistanu wędruje przeszło 50 proc. środków na całą Azję Środkową. Zresztą na sześć państw tego regionu – poza wymienionymi już wcześniej pięcioma republikami sowieckimi dochodzi jeszcze formalnie niepodległa za czasów ZSRS-u Mongolia – przeznaczono w latach 2014–2020 80 proc. środków więcej niż poprzednio.

„Płonąca granica” i islamski radykalizm

Jeżeli spojrzy się na mapę, to Tadżykistan z jego niespełna ośmiomilionową ludnością i powierzchnią ponad dwa razy mniejszą niż Polska (zaludnienie wynosi 55 osób na kilometr kwadratowy) otoczony jest na wschodzie przez wielkie Chiny, na północy przez równie biedny Kirgistan, na północnym wschodzie sąsiaduje z Uzbekistanem, wreszcie na południu formalnie z Afganistanem, a w praktyce także z Pakistanem. Co do sąsiadów, to Tadżycy mają pewien kompleks Uzbekistanu i podkreślają, słusznie zresztą, że Buchara czy Samarkanda, słynne historyczne miasta na południowym wschodzie kraju Uzbeków, to dawne ziemie tadżyckie zamieszkane do tej pory w większości przez Tadżyków. Prezydent Rahmon w długiej rozmowie ze mną podkreślał parokrotnie, że nowy prezydent Uzbekistanu Szawkat Mirzijojew – który jesienią zeszłego roku zastąpił Isłama Karimowa, blokując przekształcenie tego kraju w „republikę rodzinną” (następczynią prezydenta miała być jego córka Gulnara Karimowa, która obecnie przebywa w areszcie domowym) – urodził się w tadżyckiej, w sensie narodowościowym, Bucharze i perfekcyjnie mówi po tadżycku. Przez lata bardzo zaognione relacje między tymi dwoma państwami, które obfitowały również w pogromy narodowościowe, teraz wyraźnie się poprawiły i niedługo dojdzie do historycznego spotkania głów obu państw. Co zaś do sąsiadów na Wschodzie, to zaiste Tadżykistan ma „płonącą granicę”. Gdy spotkałem się z prezydentem Emomalim Rahmonem przed dwoma laty, w blisko trzygodzinnej (!) rozmowie przekonywał mnie, jak wielkim problemem jest dla jego kraju radykalizacja środowisk islamskich wspierana finansowo z zagranicy. Słowo „Iran” wtedy nie padło, ale teraz prezydent był bardziej otwarty. Nie musiał mnie specjalnie przekonywać: szczerze uważam, że szeroko rozumiany Zachód i postsowieckie republiki Azji Środkowej mają wspólny interes. Jest nim zwalczanie islamskiego ekstremizmu, który przeistacza się w muzułmański terroryzm.

Chwytać talibów i narkotyki

Takie rzeczy zdarzają się w dobrej powieści sensacyjnej: parę godzin po tym, jak rozstałem się z Duszanbe po ok. dwugodzinnym spotkaniu z prezydentem Emomalim Rahmonem, w samolocie do Konstantynopola (uparcie przez niektórych nazywanego Stambułem) wziąłem do ręki najnowsze wydanie „The New York Times”. A tam, no właśnie... O tym także rozmawialiśmy z głową państwa Tadżyków. Terroryzm islamski eksportowany z dawnej Azji postsowieckiej. Ostatnio przyniósł krwawe żniwo w Nowym Jorku, gdzie radykalny islamista Sajfullo Sajpow, imigrant z Uzbekistanu (był w USA od 2010 r., ma zieloną kartę), zabił osiem osób.


W swoim czasie byłem w centrum szkolenia tadżyckich pograniczników, gdzie za unijne pieniądze i we wspólnym interesie szkoleni są ludzie, którzy na granicy między Tadżykistanem a Afganistanem mają wyłapywać talibów. Także tych przenikających z terytorium Pakistanu. Zresztą nie chodzi tu tylko o walkę z terrorystami, ale przede wszystkim o chwytanie handlarzy narkotyków, którzy afgańskim „towarem” zaopatrują nie tylko bazy amerykańskich żołnierzy w Kabulu czy przedstawicieli międzynarodowych organizacji humanitarnych i charytatywnych, ale też eksportują narkotyki, sowicie opłacając się talibom, dla których jest to istotne źródło środków przeznaczonych później na walkę z „niewiernymi” lub „zdrajcami islamu”.


Wielki mufti Duszanbe mówi to, co mu każe władza, i to, co na pewno nie podoba się w Teheranie: że nie ma indoktrynacji religijnej, przeciwnie – jest pełna swoboda wyznawania islamu, ale są niestety grupy ekstremistów, które należy jednoznacznie potępić. Jak widać rządzący tym krajem od równo ćwierćwiecza 65-letni Rahmon z Ludowo-Demokratycznej Partii Tadżykistanu dzierży wszystko krzepką ręką. Skądinąd artykuł ten ukazuje się dosłownie w rocznicę objęcia przez niego fotela głowy tadżyckiego państwa. Formalnie prezydentem jest 23 lata, ale wcześniej przez dwa lata był tymczasowo głową państwa jako przewodniczący Rady Najwyższej. Kadencja prezydenta trwa tu siedem lat, a Emomali Szarifowicz Rahmonow, który teraz nosi bardziej tadżyckie nazwisko Rahmon, był wybierany już czterokrotnie. I nie powiedział jeszcze ostatniego słowa... Od dwóch lat prezydent nosi nadany mu przez Zgromadzenie Reprezentantów oficjalny tytuł Przywódcy Narodu. Jest także „twórcą pokoju i jedności narodowej Tadżykistanu”. Wkrótce, gdy otrzymał te tytuły, dostał również (wraz z całą rodziną) dożywotni immunitet. Po kolejnych paru miesiącach w referendum zniesiono limit kadencji na urzędzie prezydenta. Cóż, nawet jeśli eksperci Unii Europejskiej uważają Tadżykistan za najsłabszy kawałek środkowoazjatyckich puzzli, to prezydent z Duszanbe trzyma się mocniej niż mocno.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl