Półwysep Koreański. Zapach wojny

Na pierwszej stronie „The New York Timesa” z czwartku 7 września 2015 r. wielkie zdjęcie Kim Dzong Una, przywódcy Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej i chińskiego lidera Liu Yunshana (od 2012 r. jeden z siedmiu członków Stałego Komitetu Biura Politycznego kompartii Chin Ludowych).

Obaj azjatyccy komuniści pozdrawiają tłumy w stolicy KRL-D w czasie ostatniej wizyty na tak wysokim szczeblu przedstawiciela Komunistycznej Partii Chin. To było dwa lata temu. Ale przez cały czas Pekin pilotuje komunistyczną Koreę, nie tylko (i chyba nawet nie głównie) ze względów ideologicznych. Pjongjang – taka jest nazwa stolicy państwa północnokoreańskiego – jest idealnym sprzymierzeńcem dla Pekinu. Przypomina głodnego (nomen omen) brytana, którego chiński pan w każdej chwili może spuścić z łańcucha, a przynajmniej zachęcić, żeby poszczekał w kierunku azjatyckich sojuszników Ameryki – Japonii i Korei Południowej.


Polska – kanał kontaktowy?


Czy jest sens zajmować się czymś, co dzieje się na drugim końcu świata? Co prawda Polska jako jedno z niewielu państw zachodnich utrzymuje oficjalne stosunki z komunistyczną Koreą i – co jest tajemnicą poliszynela – stanowi dla szeroko rozumianego Zachodu nieformalny kanał kontaktów i przekazywania kolejnych, mniej lub bardziej rytualnych, połajanek, ale czy rzeczywiście to, co ma miejsce 7,5 tys. km od nas powinno budzić w polskiej opinii publicznej więcej niż zdawkowe zainteresowanie? Tak, bo potencjalny konflikt militarny, do którego dziś jest bliżej niż kilka miesięcy temu i jeszcze bliżej niż kilka tygodni temu, dość łatwo może przerodzić się w konflikt ponadregionalny. Jeżeli eksperci militarni i politolodzy spekulują, że konflikt, który może stać się wojną globalną, będzie zlokalizowany albo na Półwyspie Koreańskim lub na Morzu Południowochińskim – to nie odrzucałbym całkowicie tych prognoz. Skądinąd Rzeczpospolita ma szczególne predylekcje, aby zajmować się sytuacją na Półwyspie Koreańskim. Na szczęście nie braliśmy udziału w wojnie koreańskiej (1950–1953), choć Związek Sowiecki rozważał możliwość wysłania tam żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego jako mięsa armatniego. Jednak, o czym mało kto wie, w Polsce znalazło dom setki koreańskich sierot, oficjalnie z komunistycznej Korei Północnej, a w praktyce także dzieciaków wywiezionych przez komunistów z Korei Południowej. W Polsce zjawiły się po zakończeniu walk między Koreą Północną a Koreą Południową, wspieraną przez szeroką koalicję wojsk z kilku kontynentów pod szyldem ONZ (Azja, Europa, Afryka, Ameryka Północna, Ameryka Południowa oraz Australia i Oceania), a dowodzoną przez generała Douglasa MacArthura.


Targanie tygrysa z USA za wąsy i handel wymienny


W wymiarze politycznym jednak Polska jest jednym z trzech państw – obok Szwecji i Szwajcarii – które funkcjonuje w strukturze o nazwie Komisja Nadzorcza Państw Neutralnych. Warszawa i Seul są sojusznikami Waszyngtonu, ale rzeczywiście to Polska, utrzymując relacje dyplomatyczne z KRL-D, jest zachodnim peryskopem, który może odegrać pewną rolę w obserwowaniu wzrostu aktywności „złej Korei”. Jej przywódca Kim Dzong Un w ciągu ledwie sześciu lat urzędowania przeprowadził więcej prób z rakietami różnego rodzaju zasięgu niż jego ojciec i poprzednik Kim Dzong Il w ciągu 17 lat swojego panowania (to dobre słowo!). Czasem słyszymy także w naszym zachodnim obozie sugestie, że celem północnokoreańskich komunistów jest „zjednoczenie” Półwyspu Koreańskiego pod czerwoną flagą. Mam wrażenie, że niektórym z naszych ekspertów służy to do mobilizowania opinii przeciwko komunistycznemu establishmentowi w Pjongjangu, a inni po prostu demonizują reżim KRL-D. Mam kompletnie inne zdanie, oceniając pozornie awanturnicze działania komunistycznej Korei. Z boku wygląda, jakby prowokowała ona Waszyngton do interwencji. Akurat w wypadku prezydenta Donalda Johna Trumpa to – inaczej niż w wypadku jego poprzednika Baracka Husseina Obamy – targanie amerykańskiego tygrysa za wąsy. Myślę, że ewidentna ofensywa północnokoreańska i uczynienie z tego kraju w zasadzie, jeśli nie mocarstwa nuklearnego, to kraju dysponującego prawdopodobnie bronią jądrową, ma wymiar zewnętrzny, międzynarodowy, ale też wewnętrzny.



Agresywna postawa KRL-D jest możliwa tylko dzięki temu, że ten kraj biedy, nędzy i wojskowego reżimu ma polityczne parasole w postaci dwóch krajów, które stanowią aż 40 proc. składu stałej Rady Bezpieczeństwa ONZ. Politycznymi sponsorami Północnej Korei, ale też beneficjentami jej awanturniczej polityki jest Federacja Rosyjska i Chińska Republika Ludowa. W ostatnich dniach Pekin milczy, za to Moskwa jest bardzo głośna. Tyrady Putina na szczycie BRICS (struktury tworzonej oprócz ChRL-u i Rosji także przez Indie, Brazylię i Republikę Południowej Afryki) każą się zastanowić, dlaczego w interesie Kremla jest obrona skompromitowanego na arenie międzynarodowej reżimu, tak jak ten w Pjongjangu. Trawestując znane powiedzenie o „przyjaciołach naszych przyjaciół”, można stwierdzić, że „wróg naszego wroga jest naszym sojusznikiem”. Stany Zjednoczone grają w tego azjatyckiego pokera kartami japońską i południowokoreańską. Koalicja rosyjsko-chińska znaczoną kartą komunistycznej Korei. Z perspektywy ChRL-u i FR, gdyby nie było KRL-D, to należałoby ją wymyślić. Pjongjang jest wygodną piłką w grze chińskich komunistów i postsowieckich komunistów, którzy wciąż są (i będą) u władzy w Pekinie i Moskwie. Po pierwsze: dlatego, że wiążą siły amerykańskie oraz sojuszników USA w regionie. Po drugie: cykliczne eskalowanie awantury na Półwyspie Koreańskim sprzyja politycznemu handlowi wymiennemu – przez „ustąpienie” Chińczyków i Rosjan w kwestii, trawestując brytyjskie powiedzenie: „gorącego północnokoreańskiego kartofla”, można uzyskać coś w zamian w zupełnie innym regionie świata. Na przykład w Europie. Sprzedanie nawet pozornej rosyjsko-chińskiej powściągliwości służy uzyskaniu powściągliwości USA (Zachodu) w innej części światowego teatru geopolitycznego.


Taktyka Kim Dzong Una gwarancją jego władzy?


Ale nie można zrozumieć militarnej zawziętości ze strony Północnej Korei bez analizy, o co chodzi Kim Dzong Unowi w wymiarze wewnętrznym, choć w międzynarodowym kontekście. Ofensywność Pjongjangu wynikać może ze swoistej „ucieczki do przodu”. Komunistyczny dyktator KRL-D, jeden z najmłodszych przywódców świata, mający zaledwie 33 lata, wnuk legendarnego Kim Ir Sena wyciągnął, jak się wydaje, wnioski z tragicznego końca innych antyamerykańskich dyktatorów: Muammar Kaddafi w Libii i Saddam Husajn w Iraku skończyli marnie, choć kierowali państwami względnie silnymi, liczącymi się na arenie międzynarodowej i potrafiącymi prowadzić politykę nawet poszerzania swojej strefy wpływów. Nie posiedli jednak możliwości szachowania Zachodu i jego sojuszników bronią masowego rażenia. Najwyższy przywódca Korei Północnej, pierwszy przewodniczący Komisji Obrony Narodowej KRL-D, naczelny dowódca Koreańskiej Armii Ludowej, przewodniczący Centralnej Komisji Wojskowej Partii Pracy Korei, I sekretarz Partii Pracy Korei, przewodniczący Partii Pracy Korei prawdopodobnie wie, że nie podbije Korei Południowej. Ale wie też, że może zachować realną władzę – i uratować głowę – tylko jeśli na wzór swojego sojusznika, Rosji, będzie dokonywał permanentnej właśnie „ucieczki do przodu”, koncentrując się na agresywnej militarnej polityce międzynarodowej i w ten sposób minimalizując poważne wewnętrzne problemy ekonomiczne. Nie trzeba jechać do Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej, aby zaobserwować taką taktykę. Wystarczy zajrzeć, po sąsiedzku, na terytorium Federacji Rosyjskiej.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...
Najnowsze opinie
Czas zbliżenia z Polską

Czas zbliżenia z Polską

Polska Wschodnia i Północna…

Polska Wschodnia i Północna…

Polski fenomen

Polski fenomen

Węzeł koreański

Węzeł koreański

 Kultura niepodległa?

Kultura niepodległa?

Czas zbliżenia z Polską

W czasie wizyty w Waszyngtonie mieszkam w hotelu „Willard”, znajdującym się niedaleko Białego Domu. Gdy wracam do hotelu po kolejnym spotkaniu z przedstawicielami amerykańskiej administracji (tym razem z Danem Mullaneyem odpowiadającym za handel z Europą), wsiadam do windy, ale przytrzymuję drzwi, aby mogło wejść starsze amerykańskie małżeństwo oraz jakiś jankes w garniturze.

Drzwi się zamykają, ale ktoś jeszcze zdołał wpaść do środka. Krótkie spodenki, t-shirt, zziajany i spocony, widać, że miłośnik joggingu ma parę kilometrów w nogach. Patrzę, a na jego koszulce znak… Polski Walczącej. To wiceminister obrony narodowej Tomasz Szatkowski, który wraz z ministrem Antonim Macierewiczem, ministrem Witoldem Waszczykowskim, a także moją skromną osobą wezmą udział w corocznej konferencji CEPA. To skrót od Center for European Policy Analysis.

Era Trumpa: czas na nowych partnerów USA w UE

Konferencja zdominowana jest przez Amerykanów oraz reprezentantów naszego regionu. Poza szefami MSZ-etu i MON‑u Polski jest też prezydent Łotwy Raimonds Vejonis, szef MSZ-etu Węgier Peter Szijjarto, ale też sekretarz stanu MSZ-etu Słowacji Ivan Korčok, minister obrony Estonii Juri Luik, wiceszefowie MON‑u Czech (Daniel Kostoval) i Łotwy (Janis Garisons), wreszcie znany z niechęci do Rosji szef MSZ-etu Litwy Linas Linkievicius. Są też: generał z Estonii, przedstawiciel prezydenta Rumunii i wielu wpływowych Amerykanów, poczynając od generała Marka A. Milleya (szefa sztabu armii USA), Kurta Volkera, amerykańskiego negocjatora w sprawie Ukrainy czy Richarda Hookera z Narodowej Rady Bezpieczeństwa USA. Tematyka konferencji jest taka, jak polityczno-militarna rzeczywistość w relacjach amerykańsko-europejskich w erze Trumpa: szczególne zwrócenie uwagi na Polskę, kraje bałtyckie i Grupę Wyszehradzką.

Temat pierwszego panelu (z udziałem ministrów spraw zagranicznych Polski i Węgier) dotyczył właśnie relacji między USA a V4, czyli Wyszehradem. Kolejne natomiast mają koncentrować się na „Reformie NATO w XXI w.”, „Przyszłości relacji transatlantyckich: wpływ relacji USA–Rosja na bezpieczeństwo euroatlantyckie”, a także na wojnie informacyjnej w czasie konfrontacji Zachód–Rosja oraz na temacie „Migracja i bezpieczeństwo: perspektywy USA i Europy”. Jest też mowa o „Przyszłej obecności militarnej USA w Europie” – zarówno w kontekście zmieniających się okoliczności geopolitycznych, a także nowych wyzwań w postaci wojny hybrydowej, cyberataków, terroryzmu i adekwatnych międzynarodowych i lokalnych odpowiedzi na te wyzwania. Nie ma w tym jakoś ani Niemiec, ani Francji, ani Wielkiej Brytanii. Ale konweniuje to z wygłoszonym przez prezydenta Donalda J. Trumpa przemówieniem na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ w Nowym Jorku, gdy po raz kolejny wspomniał o Polsce.

Siła amerykańskiej prawicy

Rzeczywiście, w tym samym czasie w Stanach Zjednoczonych w ramach polskiej ofensywy obecni byli prezydent Andrzej Duda, ministrowie spraw zagranicznych i obrony narodowej, wiceminister z MON‑u, a także „polski komponent” w ramach Parlamentu Europejskiego. To dobre miejsce, aby przybliżyć spotkania, w których miałem okazję brać udział od ostatniego poniedziałku, reprezentując prezydium Grupy Politycznej Europejskich Konserwatystów i Reformatorów w PE. Całe spektrum instytutów, fundacji, think tanków i mediów, które tworzą zaplecze dla republikańskiej większości w Senacie i Izbie Reprezentantów oraz republikańskiego prezydenta, było kolejnym dla mnie doświadczeniem wielobarwności, a przez to siły amerykańskiej prawicy.

Wymienię te republikańskie podmioty, z których szefami podczas tych czterech dni w Waszyngtonie mogłem się spotkać: CATO Institute, Congressional Institute, Newsmax, Mornings on the Mall, Republican National Committeee, Hudson Institute, Heritage Foundation, American Enterprise Institute, White House Writers Group czy już tu wspomniana Center for European Policy Analysis, jak również Kyle House Group, IRI (International Republic Institute), Instytut Konkurencyjnej Przedsiębiorczości, OPIC (Overseas Private Investment Corporation) oraz agenda państwowa, jaką jest USTR (United States Trade Representative).
Widziałem się też z politykami: Viktorią Coates – ważną doradczynią prezydenta Trumpa, członkiem Rady Bezpieczeństwa Narodowego, odpowiedzialną za negocjacje międzynarodowe (w rozmowie ze mną entuzjastycznie wspominała wizytę prezydenta USA w Warszawie, któremu towarzyszyła), Paulem Tellerem – doradcą Trumpa do spraw legislacyjnych, Dustinem Brownem – zajmującym się budżetem i zasobami kadrowymi Białego Domu, Milesem Taylorem – odpowiedzialnym za bezpieczeństwo wewnętrzne USA, Christopherem J. Andersonem – odpowiadającym w Departamencie Stanu za negocjacje z Ukrainą, Justonem Johnsonem – dyrektorem politycznym Krajowego Komitetu Republikańskiego czy wreszcie generałem Michaelem Haydenem, byłym szefem CIA (z administracji George’a Walkera Busha).

Były też spotkania ze specjalistami od kampanii wyborczych, w tym z Coreyem Lewandowskim, naszym rodakiem, który przez długi czas był szefem kampanii wyborczej zwycięskiego prezydenta D.J. Trumpa, a także Stephenem Moore’em. Ten ostatni dość przekonująco tłumaczył, że sukces kandydata Republikanów w wyborach na 45. prezydenta USA spowodowany był także tym, że Trump był wszechobecny: ci, którzy go brutalnie atakowali, najpierw przyczynili się do jego niebywałej rozpoznawalności, by potem uczynić z niego główny punkt odniesienia. Skądinąd Moore, istotny człowiek Heritage Foundation, podkreślał, że Trump wcześniej występował w telewizyjnych show, a więc docierał do ludzi, których polityka w ogóle nie obchodziła... Mr. Moore noszący starszą, bardziej konserwatywną i nobliwą wersję imienia Steven – czyli Stephen – w swoim wystąpieniu cytował polskiego papieża Jana Pawła II i odnosił się do Polski, choć gdy odprowadzałem go do wyjścia, wyznał, że nigdy nie był ani w Polsce, ani w naszym regionie Europy. Został więc zaproszony.

Polskie polityczne żagle

Przed wizytą w Waszyngtonie spędziłem niespełna dobę w Chicago, najbardziej „polskim” mieście poza naszym krajem. Tam mój program zawierał wyłącznie spotkania z przedstawicielami polskich organizacji, muzeów, instytucji kultury, licznych naszych mediów oraz Kościoła rzymskokatolickiego. Można więc powiedzieć, że były to dwa uzupełniające się światy: „nasze” Chicago i amerykański, polityczny Waszyngton. Oby owe „polskie Chicago”, będące metaforą polskiego lobby miało coraz większy i realny wpływ na amerykańską politykę. Czas najwyższy. Jesteśmy bowiem w sytuacji niebywałej koniunktury w relacjach Warszawy i Waszyngtonu, ale przy nawet bardzo pomyślnych wiatrach optymalne byłoby jeszcze właściwe ustawienie żagli. Te żagle to synonim roli amerykańskiej Polonii czy też „polskiej Ameryki”, którą tworzą zarówno Amerykanie w drugim, trzecim, czwartym, piątym, szóstym i dalej – pokoleniu funkcjonującym w USA, ale też polscy imigranci, polityczni i ekonomiczni oraz ich dzieci – wszyscy mający amerykańskie paszporty. To jednak materiał na osobny artykuł. Warto jednak uświadomić sobie, że mamy bodaj największą od lat 80. czy 90. – ba, może od czasów prezydenta Woodrowa Wilsona sprzed wieku! – hossę w naszych relacjach ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej. Polska jako jeden z czterech europejskich członków NATO – obok Wielkiej Brytanii, Grecji i Estonii – co najmniej 2 proc. PKB przeznacza na obronność, co Trump jeszcze jako „kandydat na kandydata” Republikanów na prezydenta publicznie doceniał. Ale też po brexicie Polska staje się wewnątrz UE głównym, strategicznym partnerem politycznym i militarnym  dla USA. Do tego dochodzą względy gospodarcze i wspólny, polsko-amerykański sprzeciw wobec Gazociągu Północnego. To ze strony Białego Domu podyktowane jest chęcią eksportu do Europy amerykańskiego gazu z jednej, a dywersyfikacją źródeł energii dla Polski – z drugiej strony.

Ciężkim grzechem zaniechania byłoby, gdybyśmy nie skorzystali z tej dziejowej koniunktury.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Polska Wschodnia i Północna – ziemie zapomniane?

Rząd PiS‑u zwraca dużą uwagę na inwestycje na wschodzie Polski. To w dużym stopniu decyzja polityczna, ściśle związana z uwarunkowaniami podziału na Polskę A i Polskę B. Ale wiele wskazuje na to, że wkrótce to północne obszary kraju zaczną domagać się od polityków większego zainteresowania.

Regres ziem wschodnich to tradycyjne wyzwanie dla polskiej polityki rozwojowej. Od początku lat 90. XX w. zanik lokalnej wytwórczości i wielkoobszarowego PGR-owskiego rolnictwa, któremu towarzyszył rozwój przemysłu spożywczego, upadek połączeń kolejowych i autobusowych, doprowadził do stopniowego wyludniania ściany wschodniej. Zrozumiała ucieczka młodych oraz ludzi w sile wieku, zdolnych do pracy, doprowadziła do znaczącego wyludnienia wschodnich rejonów.

Dzietniejszy, uboższy Wschód

Nawet migracja zarobkowa nie zapobiegła strukturalnemu ubóstwu i bezrobociu (mieliśmy raczej do czynienia z samonapędzającym się regresem). I nawet jeśli przez lata wiele mówiono o potrzebie zrównoważonego rozwoju, a środki unijne zapewniały punktowe inwestycje w większe miasta wschodniej Polski, to całościowo rzecz przedstawiała się kiepsko. Poza tym dla władz Platformy Obywatelskiej liczyły się przede wszystkim niektóre obszary ziem zachodnich i Gdańsk. Bardziej zorientowane politycznie na prawo rejony wschodnie karano brakiem sensownego zainteresowania.

Wymowne dane, pokazujące skalę ubóstwa rodzin na wschodzie Polski, zawiera opracowanie Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, dotyczące świadczeń wychowawczych i polityki rodzinnej. Proporcjonalnie z największych środków korzystają dzieci z województw lubelskiego, podkarpackiego i podlaskiego. Ktoś powie: to również regiony o większej dzietności, więc nic dziwnego, że płyną tam większe środki. To prawda, ale od lat badaczki i badacze ubóstwa oraz stowarzyszenia zrzeszające duże rodziny podkreślają, że ubóstwo w Polsce to przede wszystkim znaczne zagrożenie dla rodzin wielodzietnych i takich, w których są niepełnosprawni podopieczni. I właściwie rodziny ze ściany wschodniej najwięcej traciły na niesprawiedliwym, aspołecznym, opartym na systemowym karaniu uboższych modelu rozwojowym III RP. Prawu i Sprawiedliwości – tylko z pomocą programu Rodzina 500+ – udało się zdecydowanie na lepsze zmienić sytuację w tej materii.

Pieniądze to nie wszystko

Bezpośrednie transfery finansowe do rodzin to nie wszystko. Poseł Prawa i Sprawiedliwości Artur Soboń, szef sejmowego zespołu ds. reindustrializacji Polski, zwracał niedawno uwagę, że wschodnie obszary wciąż pozostają w tyle za bardziej rozwiniętymi regionami kraju. Dużym problemem jest cywilizacyjna degradacja średnich miast i otaczających je obszarów. Soboń zwraca uwagę, że sporym problemem dla społeczności na tych terenach jest niski poziom dostępności komunikacyjnej, potrzebnej choćby dla odtworzenia i rozwoju przemysłu, który znacznie zwiększa produktywność poszczególnych rejonów. Ważne jest również, by nowe inwestycje nie miały charakteru fasadowego i doraźnego, co umożliwi ich dalsze funkcjonowanie już po ustaniu unijnego dofinansowania (przytaczam opinie posła Sobonia za PortalemSamorządowym.pl).

Sztandarowym projektem komunikacyjnym dla ściany wschodniej ma być polski odcinek Via Carpatia, biegnący od Białegostoku do Rzeszowa. W szerszym planie ta międzynarodowa inwestycja ma łączyć kraje wschodnio-południowej Europy i wzmocnić cywilizacyjne znaczenie wielu mocno zapóźnionych dotąd rejonów, choćby poprzez poprawienie ich konkurencyjności. Via Carpatia to oczko w głowie polityki transportowej rządu Prawa i Sprawiedliwości. Trzeba jednak niestety zwrócić też uwagę, że mamy do czynienia z charakterystycznym już uprzywilejowaniem transportu drogowego kosztem komunikacji kolejowej, o której jak zwykle mówi się niewiele, a jeszcze mniej się dla niej faktycznie robi. To zresztą stała cecha polityki transportowej w III RP i jak się wydaje, obecny gabinet jest w tej kwestii rządem kontynuacji, a nie – dobrej! – zmiany. Chyba zrobię kiedyś quiz wśród polityków: dlaczego tak nie lubicie Państwo kolei?

Północna Polska ma się coraz gorzej?

Jeżeli w ciągu dwóch najbliższych dekad uda się realnie poprawić sytuację wschodniej Polski, może się okazać, że to północna część kraju stanie się na naszej ojczystej mapie nową ziemią zapomnianą. W połowie września 2017 r. red. Łukasz Guza z „Dziennika” opublikował treściwy artykuł „Państwo tak bardzo skupiło się na biednej ścianie wschodniej, że północną zostawiło samą sobie”. Notabene: nawet jeśli uświadomimy sobie, że mainstream dostrzega pewne problemy, by przyłożyć nimi PiS‑owi, nie ma sensu naśladować wieloletniej strategii mediów przyjaznych niegdyś PO i lekceważyć pozawarszawskich bolączek i wyzwań. Przeciwnie, ta ekipa wygrała wybory i wciąż przoduje w sondażach, bo widzi „gorszą” Polskę. I niech tak zostanie.

Wróćmy do problemów północnej części kraju. Okazuje się, że pogarsza się sytuacja rozwojowa Kujaw, Pomorza Zachodniego, Warmii. Nawet jeśli przyjąć tylko częściową miarodajność danych dotyczących PKB na mieszkańca czy średniego wynagrodzenia, to w połączeniu ze wskaźnikami bezrobocia rzecz budzi niepokój. Redaktor Guza przypomina również, że północ Polski to także mniej ośrodków metropolitalnych, a to równa się gorszemu zapleczu naukowemu, technologicznemu, komunikacyjnemu – kapitał materialny jak zwykle ściśle wiąże się z ludzkim kapitałem.

Inwestować, skoro są środki

Warto pamiętać, że choćby zachodniopomorskie obszary popegeerowskie od kilku dekad są rejonami strukturalnego bezrobocia i masowej ucieczki za chlebem. Socjologia ubóstwa traktuje je od zawsze jako przykład niemal podręcznikowy. Tylko że w liberalnych mediach nikogo to nie obchodziło. A dziś mainstreamowy tytuł ma nieledwie pretensję, że PiS postawiło na wschodnią ścianę. Najwyraźniej premier Tusk z okna samolotu kursującego między Warszawą a Gdańskiem nie widział, jak bieduje się na wielu rolniczych obszarach otaczających Trójmiasto – obszarach położonych poza nadmorskim pasem turystycznym. Sytuacja wielu małych i mniejszych miejscowości północnej Polski faktycznie w niczym się nie różni od sytuacji na wschodniej ścianie: zniszczona komunikacja publiczna, upadek zakładów produkcyjnych, rozpad i atrofia sieci zatrudnienia w rolnictwie wielkoobszarowym, wymywanie kapitału ludzkiego. I rzeczywiście, warto to dziś głośno powiedzieć i zacząć się zastanawiać, czy północna Polska nie potrzebuje strategii rozwojowej w nie mniejszym stopniu niż lubelskie, podlaskie i podkarpackie.

PiS powinien w tym momencie wykorzystać optymizm rozwojowy, również własnych wysokich urzędników ds. spraw finansowych, i naciskać na rozbudowę polityki społecznej i rozwojowej. Jak się zdaje, jesteśmy w takiej sytuacji ekonomicznej, że nawet umiarkowana poprawa ściągalności VAT‑u i wzrost nakładów na politykę społeczną skutkuje wzrostem gospodarczym dla milionów Polek i Polaków, a nie tylko dla milionerów. Widać wyraźnie, że społeczeństwo ma dość polityki zaciskania pasa... na szyjach słabszych – beneficjenci transformacji muszą się z tym pogodzić. Wiadomo, że trudno z dnia na dzień przeprowadzić choćby korektę polityki zrównoważonego rozwoju, ale warto do wyborów samorządowych zwrócić większą uwagę na północne ziemie zapomniane.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl