Pahiatualczycy – w 1944 roku Nowa Zelandia przygarnęła 733 polskie sieroty wojenne

Dzieci z Pahiatua / www.kul.pl

Magdalena Łysiak

Kontakt z autorem

Po ataku na Polskę 17 września 1939 roku, Sowieci deportowali w głąb Rosji ponad 1,5 mln mieszkańców ze wschodnich Kresów Rzeczpospolitej. Często były to całe rodziny wraz z dziećmi. Kiedy w 1942 roku, podpisano układ Sikorski-Majski, do Iranu wraz z armią Andersa udało się ewakuować ponad 43 tys. cywilów. Połowa z nich to były dzieci – osierocone, schorowane, niedożywione. Rząd Polski w Londynie zaapelował do Ligi Narodów o pomoc w znalezieniu czasowego schronienia dla polskich cywilów, zwłaszcza tych najmłodszych. Niewiele krajów odpowiedziało na ten apel. Pomoc zaoferowały Indie, Meksyk i Nowa Zelandia.

W maju 1943 r. statek z polskimi dziećmi płynąc z Indii do Meksyku zatrzymał się w Wellington, stolicy Nowej Zelandii. Dzieci odwiedziła na pokładzie Maria Wodzicka, delegatka PCK i żona polskiego konsula. Kapitan Amerykanin powiedział jej: „Te dzieci nigdy nie płaczą, nie sprawiają żadnych kłopotów”. A jedna z nauczycielek dodała: „Ale także się nie śmieją”.

Wodzicka rozpoczęła akcję pomocy maluchom oczekującym na dalszą podróż. Nowozelandzkie dzieci masowo oddawały zabawki i ubrania. O uchodźcach rozpisywały się gazety. „The Dominium” z 25 czerwca 1943 r. zrelacjonowała szczegóły pomocy, jakiej udzielił Polakom maharadża Nawanagaru. Za namową Wodzickiej premier Peter Fraser złożył polskiemu rządowi ofertę przyjęcia kilkusetosobowej grupy. Dotarła ona do Wellington 31 października 1944 roku na amerykańskim okręcie wojennym „General Randall”. Były to 733 dzieci i 102 opiekunów. 

Dzieci tak wspominały moment zejścia na ląd:
 

Gdy schodziliśmy ze statku, byliśmy oszołomieni serdecznym powitaniem mieszkańców stolicy – oficjalne powitanie najwyższych władz kraju, dwie orkiestry. (...) Naszym opiekunom wręczano bukiety kwiatów, a nas, dzieci, obdarowywano słodyczami.

 

Wszyscy uśmiechają się. Machają polskimi i nowozelandzkimi chorągiewkami. Panie w wojskowych mundurach dają nam buteleczki z mlekiem, cukierki i lody. Ludzie stoją wzdłuż torów kolejowych, nawet wtedy gdy nie ma budynków stacji i pociąg nie przystaje. Niektórzy mają kwiaty w rękach. Matki pokazują nam swoje malutkie dzieci, podnosząc je do góry. Uśmiechamy się do nich i też machamy rękami. Ale dlaczego tylu obcych ludzi nas wita? Czemu ludzie stoją w taki zimny dzień i długo czekają na przyjazd naszego pociągu? Czy dlatego, że chcą, abyśmy wiedzieli, że się cieszą z naszego przyjazdu? Dlaczego chcą, żebyśmy się czuli szczęśliwi w tym zielonym kraju? 

 

Mama pierwsza schodzi po stopniu na ziemię. Podchodzi młoda kobieta, prowadząc za rękę małą dziewczynkę. Kobieta uśmiecha się do mamy i mówi coś po angielsku. Mała dziewczynka wyciąga rączkę trzymającą kwiatek, wyraźnie ofiarując ten kwiatek mamie. Słyszę, jak mama mówi do dziewczynki „dziękuję” po angielsku. Gdy mama zwraca się w moją stronę, widzę łzy spływające jej po twarzy. 

W Wellington na przybyszów z Polski czekały dwa pociągi, które zabrały je do Pahiatua, małego miasteczka oddalonego o ok. 160 km na północ, gdzie 1 listopada 1944 r. otworzono specjalnie przygotowany – na przyjęcie małych gości i ich opiekunów – kampus.

Wioska Polskich Dzieci w Pahiatua/kresy-siberia.org
 

O jego mieszkańcach mówiono „polskie dzieci z Pahiatua” lub „Pahiatulczycy”. Nowa Zelandia była jedynym krajem wojennego świata, który przyjął małoletnich uchodźców bezwarunkowo, zapewniając im nie tylko bieżącą opiekę na czas działania obozu, ale również umożliwiając zdobycie wykształcenia i pełną asymilację w nowej ojczyźnie. Rząd Polski na uchodźstwie początkowo pokrywał część kosztów utrzymania dzieci i opiekunów. Potem pełną odpowiedzialność za obóz przejęło nowozelandzkie wojsko.

Dzieci polskie z Peterem Fraserem premierem Nowej Zelandii

W Pahiatua czekały przygotowane przez mieszkańców łóżka w przystrojonych kwiatami barakach i poczęstunek. Jedna z dziewczynek tak zapamiętała początek pobytu w miasteczku:

Niedługo po przyjeździe podano nam pierwszy w Nowej Zelandii posiłek. Byłam oszołomiona taką ilością jedzenia, bo do niedawna pamiętałam nieustający głód i ciągłe poszukiwanie żywności. Odruchowo chciałam ukryć jedzenie na potem, bo myślałam, że może nie być tego więcej po tak wspaniałym początku. Ale krążyła wśród nas nasza polska nauczycielka i zachęcała do jedzenia, zapewniając nas, że jutro będzie go pod dostatkiem.

 

Fotografia z wystawy, która była prezentowana na KUL-u

Dzieci po raz pierwszy po tylu latach mogły poczuć się bezpiecznie: 

Trudno mi było uwierzyć, że obcy ludzie mogą być tak mili. Myślę, że to przywróciło moją wiarę w ludzi. Obóz Polskich Dzieci w Pahiatua dla mnie, małego dziecka, był rajem.


Zielone trawniki, trochę drzew i jakieś szczególne poczucie szczęścia. Nie było tu grozy ani strachu. Na każdym kroku krzątali się nowozelandzcy żołnierze, uśmiechnięci i życzliwie spoglądający. Byli oni inni od tych strasznych ludzi, którzy dotąd mieli tak duży wpływ na moje życie. Obóz w Pahiatua stał się dla mnie przystanią życzliwości, spokoju i dobrodziejstwa. Dostawałam codzienne pożywienie, spałam na pięknym, czystym łóżku i mogłam się wykąpać pod prysznicem. Regularne spożywanie posiłków spowodowało zmiany w moim ciele. Chciałam biegać i skakać z moimi przyjaciółkami, bawiłyśmy się w różne gry i zaczęłyśmy się śmiać. Nie przypominam sobie, żebym się dawniej śmiała. Przepełniała mnie radość życia. Pięknie było istnieć i doświadczać. Po prostu warto było żyć.

Największe zasługi, prócz premiera Frasera i konsula Wodzickiego, należy przypisać nowozelandzkim rodzinom, które zapraszały do siebie dzieci na każde kolejne święta, przez cały okres działania obozu, do 1949 roku. Pahiatulczycy uczyli się w obozowej szkole po polsku, modlili się w polskiej kaplicy, nawet nazwy ulic były polskie. Po ukończeniu polskiej szkoły podstawowej dzieci uczyły się w gimnazjach nowozelandzkich.

Po zakończeniu wojny rząd w Warszawie chciał ściągnąć polskie dzieci do kraju. Nowa Zelandia zaproponowała wtedy, że zajmie się nimi aż do czasu, gdy dorosną i same zdecydują, czy chcą pozostać czy wrócić do Polski. Po konferencji w Jałcie tereny zamieszkałe przez dzieci przed wojną zostały wcielone do Związku Radzieckiego. Do niektórych dzieci w Nowej Zelandii dojechali ci rodzice, którzy walczyli w armii Andersa, a teraz zostali zdemobilizowani. W 1948 roku stworzyli oni Stowarzyszenie Polaków z siedzibą w Wellington.

Obóz Polskich Dzieci w Pahiatua zamknięto 15 kwietnia 1949 roku, a miejsce to przekształcono w farmę. Jedynym śladem po polskich sierotach była mała grota ku czci Matki Boskiej, którą dzieci zbudowały z kamieni rzecznych w pierwszych latach pobytu w obozie. Z czasem grota rozpadła się, a część jej kamieni została wmurowana w cokół pomnika, który byłe polskie dzieci z Pahiatua odsłoniły w 1975 roku, w miejscu, gdzie dawniej znajdowała się tylna brama wjazdowa do obozu. W 1994 roku, w 50. rocznicę przybycia polskich dzieci do Nowej Zelandii, obok pomnika postawiono tablicę pamiątkową, ze zdjęciami i opisem obozu w dwóch językach, polskim i angielskim.

W tym roku na Festiwal Filmowy Niepokorni Niezłomni Wyklęci, który odbędzie się 27-30 września w Gdyni, na zaproszenie Stowarzyszenia Odra-Niemen przybędą goście z Nowej Zelandii: Zdzisław i Halina Lepionka. Reprezentują oni „Dzieci z Pahiatua”.

Zdjęcie ślubne PP. Lepionka – Dzieci z Pahiatua/Stowarzyszenie Odra-Niemen

Pan Zdzisław wraz z rodzicami i braćmi został deportowany w lutym 1940 roku. Spędzili prawie 2 lata w obozie pracy na Syberii. Opuścił ZSRS z Armią Andersa. Wraz z braćmi został przewieziony do Nowej Zelandii. Pani Halina była najmłodszym dzieckiem polskim w Nowej Zelandii – urodziła się na Syberii w 1943 roku.
 

Źródło: Stowarzyszenie Odra-Niemen, kul.pl, wellington.msz.gov.pl

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...
Najnowsze
Ekspert ostrzega: Aktywność Rosjan w…

Ekspert ostrzega: Aktywność Rosjan w…

Ks. Tyrała: Muzyka ma być językiem…

Ks. Tyrała: Muzyka ma być językiem…

Makabryczna zbrodnia sprzed 15 lat. Czterech…

Makabryczna zbrodnia sprzed 15 lat. Czterech…

Nowelizacja budżetu na 2017 rok opublikowana…

Nowelizacja budżetu na 2017 rok opublikowana…

Zapadł wyrok ws. komercyjnego…

Zapadł wyrok ws. komercyjnego…

Ekspert ostrzega: Aktywność Rosjan w cyberprzestrzeni jest bardzo znacząca

/ ilustracja na podst. Kurious i geralt; pixabay.com / Creative Commons CC0

„Nawet jeżeli dane kampanie hakerskie wymierzone są w instytucje biznesowe czy państwowe, to ich skutki mogą odczuć również zwykli obywatele”- wyjaśnia ekspert Instytutu Kościuszki i radca prawny JFTC NATO kmdr por. Wiesław Goździewicz. Podkreśla on również, że aktywność Rosjan w cyberprzestrzeni jest ostatnio bardzo duża.

- Nawet jeżeli dane kampanie hakerskie wymierzone są w instytucje biznesowe czy państwowe, to w konsekwencji ich skutki mogą odczuć również zwykli obywatele. Tego typu ataki mają bardzo różny charakter - od najprostszych działań o charakterze kryminalnym, poprzez bardziej zaawansowane działania mające na celu ograniczanie funkcjonalności niektórych serwisów internetowych, a także rozpowszechnianie propagandy. Mogą to być również regularne operacje cybernetyczne, mające na celu wpływanie na decyzje polityczne lub preferencje wyborcze obywateli danych państw - podkreślił ekspert.

Jako przykłady ostatniego działania podał informacje opublikowane przez FBI dotyczące zaangażowania rosyjskich hakerów we wpływanie na przebieg procesu wyborczego w trakcie ostatnich wyborów prezydenckich w USA czy raporty opublikowane przez francuskie władze bezpieczeństwa, dotyczące prób ingerencji hakerskich w wybory prezydenckie we Francji.
Goździewicz przyznał, że aktywność Rosjan w cyberprzestrzeni jest bardzo znacząca.

- Nikt nie ukrywa, że w 2008 r. polskie serwisy rządowe padły ofiarą zmasowanych kampanii typu DDoS, czyli zdalnych operacji mających na celu ograniczenie funkcjonalności czy zalanie serwerów odpowiedzialnych za funkcjonowanie rządowych serwisów internetowych taką liczbą zapytań, żeby doprowadzić do ich przeciążenia. Wiązano tę działalność hakerską ze wsparciem, którego Polska udzieliła Gruzji, podczas krótkiej wojny, która miała miejsce w tym roku, a dotyczyła północnej Abchazji - przypomniał ekspert.

Zaznaczył, że wykorzystywanie komputerów czy sieci komputerowych zlokalizowanych w innych państwach jest często używane przez hakerów do maskowania ich faktycznego zaangażowania.

- Jeżeli bezpośrednim źródłem ataku jest np. sieć komputerowa w Wenezueli, to wiadomo, że pierwsze kroki informatyków śledczych będą skierowane tę stronę. Tymczasem w Wenezueli może być zlokalizowany jedynie zbiór zainfekowanych komputerów, często wykorzystywanych bez wiedzy ich właścicieli do przeprowadzania operacji cybernetycznych m.in. kampanii DDoS - wyjaśnił Goździewicz.

Wśród przykładów uciążliwości takiego działania dla zwykłych użytkowników sieci ekspert przywołał atak hakerski z 2016 r., którego skutkiem było poważne ograniczenie funkcjonalności serwisów o globalnym zasięgu, takich jak Amazon czy eBay.

 

Źródło: niezalezna.pl, PAP

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl