Europa i islamska ofensywa

Dostarczycielem terrorystów spod znaku półksiężyca są liczne muzułmańskie getta. W samej tylko Francji w 2015 r. było ich 751.

Premier Winston Churchill powiedział kiedyś: „Niewiele jest cnót, których Polacy nie posiadają, ale niewiele też jest błędów, których potrafili uniknąć”. Tym razem jednak, w sprawie polityki imigracyjnej, to Polacy uniknęli błędów, które popełniono w ojczyznach Churchilla (to był główny powód Brexitu), Bismarcka czy de Gaulle’a.

Być może już dosłownie za kilka tygodni u naszego najbliższego zachodniego sąsiada powstanie rząd, którego jednym z najważniejszych ministrów – szefem MSZ – może zostać pierwszy w dziejach tego państwa muzułmanin, Cem Ozdemir, współprzewodniczący Partii Zielonych. Tak się stanie, jeśli „czarni” (CDU–CSU) wejdą w koalicję nie z „żółtymi” (liberałowie z FPD), lecz właśnie z „zielonymi”. Zapowiada się więc spektakularne wydarzenie, wręcz przełomowe w historii Niemiec. Ale, prawdę mówiąc, będzie to w gruncie rzeczy fakt mniej znaczący niż to, że kanclerz Merkel mówiła już w 2014 r. (podczas konferencji dotyczącej migracji zorganizowanej w Berlinie), że „islam jest częścią Niemiec”. W styczniu 2015 r. powtórzyła za prezydentem Christianem Wulffem, że „islam należy do Niemiec”. Znam Cema Ozdemira, to umiarkowany, spokojny polityk i nie spodziewam się po nim żadnego radykalizmu, także religijnego. Jednak jego obecność jako współlidera jednej z czterech największych niemieckich partii świadczy o wzroście wpływu w RFN. Były premier Francji, socjalista z hiszpańskimi korzeniami Manuel Valls, mówił dość podobnie i równie kontrowersyjnie co kanclerz Merkel, iż islam to... „korzenie Francji”. Stwierdził to w 2016 r. w podparyskim Evry podczas powoływania „lokalnej rady do spraw laicyzmu”(!). Muzułmanie w elicie politycznej Francji, Niemiec, Belgii, Holandii – ministrowie i „ministerki”, posłowie, europosłowie, burmistrz Londynu i już dziesiątki tysięcy islamskich samorządowców, współsprawujących władzę lokalną w kilkunastu krajach członkowskich Unii, to swoisty signum temporis. Rzeczywiście, to znak czasu, ale nie może dziwić przy wielusettysięcznych czy wręcz milionowych muzułmańskich mniejszościach w wielu państwach UE. Oczywiście muzułmańscy politycy nie są żadnym zapleczem dla terrorystów, a islamski radykalizm potępiają. Dostarczycielem terrorystów spod znaku półksiężyca są liczne muzułmańskie getta. W samej tylko Francji w 2015 r. było ich 751. Niosą znajomy skrót ZUS, który we francuskich warunkach oznacza budzące grozę, choć ukryte za spokojną nazwą „wrażliwe obszary miejskie”. Tym ezopowym językiem określa się obszary zamieszkane przez imigrantów, w olbrzymiej większości muzułmanów, którzy całkowicie kontrolują dany teren. To miejsca, których granic – podobnie jak w dzielnicy Molenbeck w stolicy Belgii – policja boi się przekraczać, bo grozi to pobiciem, utratą broni, a nawet życia. Dotyczy to zresztą także... straży pożarnej, która nie chce ratować z opresji mieszkańców tych przedmieść. Przedmieść, choć coraz bardziej obszary te zbliżają się do centrum aglomeracji.

W 2015 r. Samia Ghali, socjalistyczna francuska senator pochodząca z Algierii, a wychowana na przedmieściach Marsylii, gdzie w niektórych szkołach 90 proc. to muzułmańskie dzieci, w paryskich mediach otwarcie mówiła o braku kontroli Paryża nad tymi miejscami. „Niektóre obszary są rzeczywiście non go area”. Prawicowe elity określają je terminem „utracone terytoria”. Stąd właśnie tytuł książki, której współautorem była historyk, profesor Barbary Lafebvre „Stracone terytoria Republiki”. Wydano ją w roku 2002.

Opisuje ona treść francuskich podręczników, którymi wręcz indoktrynowana jest młodzież, w większości wciąż jeszcze chrześcijańska, a jeśli nawet zlaicyzowana, to nie muzułmańska. Islam istnieje tam wyłącznie jako religia kulturotwórcza, której wyznawcy mają wielkie osiągnięcia naukowe. Często dokonuje się przy tym ewidentnych nadużyć. Zachód odkrywający swoje dziedzictwo „poprzez Arabów” to więcej niż skrót myślowy. Autorem fundamentalnych dlań, historycznych tłumaczeń jest Żyd Majmonides, Awicenna to nie Arab, lecz Pers, a algebrę znali nie tylko Arabowie, ale też Grecy, Babilończycy i Hindusi. Rozwój medycyny arabskiej to zasługa chrześcijanina Ibn Masawaiha, a wiedza astronomiczna Arabów pochodziła od Chaldejczyków i Greków. O tych faktach jednak francuscy uczniowie się nie dowiedzą. Cel jest bowiem polityczny: wygenerować tolerancję dla muzułmanów imigrantów w pierwszym, drugim i trzecim pokoleniu, która szybko przeradza się w „polityczną poprawność”.

Można powiedzieć, że to nie nasz problem. To prawda. Dopóki go sami nie zaimportujemy i nie wygenerujemy.

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

List otwarty przedsiębiorców

Sz. P. Henryk Kowalczyk, Minister Środowiska. W imieniu przedsiębiorców zrzeszonych w Radzie Gospodarczej Strefy Wolnego Słowa, reprezentujących branżę elektroodpadów, z ogromną satysfakcją i nadzieją przyjęliśmy zapowiedzi rządu w sprawie zaostrzenia przepisów związanych z gospodarką odpadami i likwidacji mafii śmieciowej w Polsce.

Polscy przedsiębiorcy, działający uczciwie i odpowiedzialnie na rynku elektroodpadów, apelują o to od lat. Dlatego z entuzjazmem wspieraliśmy wszelkie działania resortu środowiska, nastawione na likwidację patologii na rynku przetwarzania odpadów i przynoszące poprawę stanu środowiska w Polsce. W dalszym ciągu może Pan liczyć w tym względzie na nasze wsparcie i współpracę. Jednocześnie apelujemy do Pana Ministra o objęcie zdecydowanymi działaniami naprawczymi także rynku elektroodpadów. 

Według raportu NIK z czerwca 2017 roku polski system zbiórki i przetwarzania zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego funkcjonuje nieprawidłowo i wymaga naprawy. „Podmioty zaangażowane w system gospodarowania zużytym sprzętem, w tym m.in. zajmujące się jego zbieraniem i przetwarzaniem, nie przestrzegają przepisów w zakresie swojej działalności. Brakuje standardów przetwarzania elektroodpadów, a system sprawozdawczy o zużytym sprzęcie elektrycznym i elektronicznym nie jest źródłem rzetelnych i wiarygodnych danych. Częsta wymiana sprzętu elektrycznego i elektronicznego powoduje znaczny wzrost strumienia elektroodpadów, które ze względu na zawartość wielu niebezpiecznych substancji stanowią ogromne zagrożenie dla środowiska naturalnego oraz dla zdrowia i życia ludzi” – czytamy w raporcie.

Sprzęt ten zawiera bardzo wiele substancji chemicznych, takich jak azbest, brom, kadm, ołów, rtęć, freony czy cyklopentany, które muszą zostać w procesie przetwarzania odpadów wychwycone i unieszkodliwione. Inaczej przedostają się do atmosfery, gleby i wody, a następnie do organizmów ludzi, zwierząt, i roślin. 

Jednak zebrany sprzęt przetwarzany jest, według NIK, w sposób pozostawiający wiele do życzenia. Według Izby „stan techniczny większości polskich zakładów przetwarzania zdecydowanie odbiega od standardów podobnych podmiotów działających w innych krajach Unii Europejskiej. Wiele zakładów przetwarzania opiera swoją działalność na ręcznym demontażu zużytego sprzętu, do którego wykorzystuje narzędzia ręczne oraz elektronarzędzia”. 

Powyższa sytuacja wynika według raportu NIK „z braku wymagań dla procesów przetwarzania zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego lub dla instalacji do przetwarzania tych odpadów oraz wymagań dla odpadów powstających w wyniku tych procesów” oraz niskich wymagań technicznych dla zakładów przetwarzania. Co warte podkreślenia, Polska, jako jedyny kraj UE, nie ma standardów technologicznych dla zakładów przetwarzania elektroodpadów. „Przerabiać” je może więc praktycznie każdy, kto posiada kawałek placu, nawet w centrum miasta, oraz młotek lub strzępiarkę do złomu.

Powyższa sytuacja to okazja dla przestępców i szarej strefy – bardzo atrakcyjna finansowo, gdyż w polskim systemie zbiórki występuje permanentny niedobór zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego w legalnym systemie zbierania oraz w zakładach przetwarzania, przy jednocześnie rosnącym zapotrzebowaniu ze strony producentów i sprzedawców sprzętu elektrycznego i elektronicznego na potwierdzenie wykonania obowiązku zbiórki i przetworzenia elektroodpadów. Tworzy to z kolei rynek „lewych kwitów”, skutkujący przestępczymi fortunami. Tym większymi, im bardziej rabunkowo i prymitywnie, przy niższych kosztach i inwestycjach, dokonuje się pozornego lub fikcyjnego przetworzenia elektroodpadów.

Obecna sytuacja blokuje z kolei inwestycje rzetelnych polskich przedsiębiorców w unowocześnianie zakładów przetwarzania – inwestowanie w poprawę jakości jest bowiem nieracjonalne. Powoduje wzrost kosztów i może doprowadzić przedsiębiorcę do upadłości – musi on bowiem konkurować z przestępcami i pseudoprzetwórcami, którzy nie ponoszą żadnych kosztów i nakładów na przetwarzanie zużytego sprzętu w zgodzie z wymogami środowiska.

Z poważaniem

Piotr Hofman
Prezes Zarządu Rady Gospodarczej SWS

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl