Zejść z areny niepokonanym

Kiedy Usain Bolt przejmował pałeczkę na ostatniej prostej sztafety 4 x 100 m, fani na całym świecie wstrzymali oddech, by po chwili przecierać oczy ze zdumienia, gdy z grymasem bólu skakał na jednej nodze i upadł na ziemię. Sport jeszcze raz pokazał swoje paradoksalne oblicze. Wielki zawodnik przegrał w ostatnim starcie z kontuzją.

Przypadek jamajskiego sprintera jest o tyle nietypowy, że wcześniej zapowiedział on, iż po imprezie w Londynie kończy karierę, więc to nie kontuzja mu ją przerwała. Wielu mistrzów sportu kończyło swoją przygodę ciężkimi kontuzjami, które wyeliminowały ich nie tylko ze sportu, ale utrudniły codzienne funkcjonowanie. Sporą grupę wyeliminowanych ze sportu przez kontuzję stanowią żużlowcy, wśród których jest duża grupa wielkich zawodników ze złamanym kręgosłupem. Tomasz Gollob, Krzysztof Cegielski, Erik Gundersen, Per Jonsson – to tylko część spośród tych, którzy musieli walczyć o powrót nie tyle do zawodowej rywalizacji, ile do sprawności fizycznej. Nie tylko przedstawiciele czarnego sportu przedwcześnie kończyli karierę. 21-letnia austriacka tyczkarka Kira Grunberg uległa na treningu ciężkiemu wypadkowi i też została sparaliżowana.

Osobną grupę wielkich sportowców stanowią ci, którzy zostali pokonani przez problemy psychiczne. Jednym z nich był utytułowany niemiecki skoczek narciarski Sven Hannawald. Po wielkich sukcesach, międzynarodowej sławie przyszedł czas upadku, depresji, leczenia w specjalistycznej klinice, powolnej walki o powrót do normalnego życia. Dłuższą przerwę od sportu zrobiła sobie też Justyna Kowalczyk, która też zmagała się z depresją. Wróciła do rywalizacji, ale daleko jej do mistrzowskiej formy.

Odejść w glorii

Niewielu wybitnych sportowców potrafiło wyczuć najlepszy moment, by zejść ze sportowej sceny. Nic dziwnego – chyba najtrudniej powiedzieć „stop” właśnie wtedy, kiedy odnosi się spektakularne sukcesy. Pokusa bycia jak najdłużej na szczycie jest przecież ogromna. Jak z klasą i wyczuciem pożegnać się z kibicami, pokazał jeden z najbardziej utytułowanych polskich lekkoatletów ostatnich dekad Robert Korzeniowski. Decyzję o rezygnacji z dalszych startów podjął opromieniony złotem olimpijskim w chodzie na 50 km w Atenach. Podobnie uczynił Leszek Blanik, który w rok po olimpijskim złocie w Pekinie ogłosił zakończenie sportowej kariery. Z klasą potrafił też odejść nasz najwybitniejszy skoczek narciarski Adam Małysz, który zrezygnował z dalszego skakania po zdobyciu dwóch srebrnych medali na olimpiadzie w Vancouver. Serce podpowiadało mu zapewne, żeby spróbować jeszcze dotrwać do kolejnych igrzysk w Soczi i powalczyć o brakujący do kolekcji złoty medal olimpijski, ale rozum przeważył, i słusznie, bo historia skoków narciarskich nieraz pokazała, że mieć trzydziestkę z okładem i odnosić wielkie sukcesy to przywilej wybrańców, reszta kończy, walcząc z własną przeciętnością.

W cieniu dawnej sławy

Jakże często wybitni sportowcy nie potrafili zdecydować o tym, by powiedzieć pas. Wielu z nich przeciągało starty do momentu, kiedy ich kariera przypominała równię pochyłą. W ostatnich latach rozmieniali swoją sławę na drobne. Ginęli w przeciętności albo stawali się cieniem samych siebie. Zawodowi piłkarze zazwyczaj nie dbają o styl kończenia kariery. Coraz częściej osładzają sobie przejście na piłkarską emeryturę lukratywnymi kontraktami poza Europą, jak Raul, Cisse, Drogba, Pirlo i wielu innych. Problemy z porzuceniem skoczni mieli wielcy skoczkowie. Ahonen, Goldberger, Schmitt czy ikona skoków narciarskich Matti Nykänen. Pokonany przez własne słabości, chorobę alkoholową, kontuzję, która przerwała jego karierę. Po jej zakończeniu chwytał się różnych zajęć, raczej z mizernym skutkiem. Furory nie zrobił jako piosenkarz rockowy, próbował też swoich sił w roli striptizera. Kilkakrotnie skazywany za pobicie, kilka lat spędził w więzieniu.

Powroty

Spora część wielkich sportowych gwiazd nie mogła się zdecydować, czy kończyć karierę, czy powrócić do profesjonalnej rywalizacji. O tym, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, przekonali się najwybitniejsi. Legenda koszykówki Michael Jordan kończył karierę dwukrotnie. Pierwszy raz wrócił i zdobył z chicagowskimi bykami trzy mistrzowskie tytuły. Drugi comeback był już mniej udany. Jordan ze swoim zespołem nie awansował do walki o mistrzowski pierścień i zrezygnował z dalszej gry.

Wielu ekspertów uznaje powrót Michaela Schumachera do wyścigów F1 za jego największy błąd. Prawdziwą klęską okazał się powrót na kort w wieku 35 lat wielkiego tenisisty Björna Borga, któremu wydawało się, że drewnianą rakietą nadal będzie dzielił i rządził. Srogo się zawiódł i po przegraniu kolejnych dziesięciu pojedynków zrezygnował z dalszych startów. Specyficzną grupę powracających po zakończeniu kariery stanowią bokserzy. Niektórzy nawet grubo po czterdziestce wracali, żeby stoczyć jedną lub dwie walki. Muhammed Ali, George Foreman po powrocie ze sportowej emerytury wygrywali swoje walki.

Pokusa powrotu do sukcesów jest olbrzymia. Niektórzy, jak Jordan, wracają z miłości do swojej dyscypliny. Inni, jak Matti Nykänen, powracają, bo nie umieją odnaleźć swojego miejsca w życiu. Nie odnajdują się poza sportem i próbują wrócić do swojej dyscypliny. Część do reaktywacji zmuszają kłopoty finansowe, jak króla futbolu Pelego, który rok po zawieszeniu butów na kołku podpisał kontrakt z amerykańskim klubem New York Cosmos. Jest grupa zawodników, która chce albo sobie, albo komuś coś udowodnić, np. zgarnąć ostatni brakujący do kolekcji tytuł.

W atmosferze skandalu

Pamiętamy szok wywołany wiadomością o dopingu kanadyjskiego sprintera Bena Johnsona, rekordzisty świata, mistrza olimpijskiego. Dwukrotnie zdyskwalifikowany, za drugim razem dożywotnio, do dziś jest symbolem nieuczciwej rywalizacji. W niesławie rozstawała się z królową sportu także Amerykanka Marion Jones, która musiała oddać wszystkie medale, nagrody i tytuły, które zdobyła po 2000 r. Aura skandalu z innych powodów unosiła się wokół znakomitego golfisty Tigera Woodsa. Jego wybryki z zapartym tchem śledziła cała Ameryka. Jeden z najlepiej zarabiających sportowców skompromitował się romansami i zdradami.

Wielkość sportowca to nie tylko liczba sukcesów, złotych medali czy pobitych rekordów, ale też umiejętność uchwycenia właściwego momentu finału swojej kariery. Nie jest łatwo powiedzieć „dość” akurat wtedy, gdy jest się u szczytu sławy. Pokusa wygrywania, bycia na świeczniku jest ogromna. Trudno się dziwić, że nawet najwybitniejsi sportowcy nie umieli wybrać najlepszego momentu odejścia na sportową emeryturę. Jamajskiemu sprinterowi wprawdzie nie udało się zakończyć kariery u szczytu formy, ale w świadomości kibica pozostanie wielkim mistrzem i niebanalnym człowiekiem.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...
Najnowsze opinie
Platforma w kiblu

Platforma w kiblu

Jak Lis zdusił rysia

Jak Lis zdusił rysia

Wraca 1989

Wraca 1989

Tusk przeżuty i wypluty

Tusk przeżuty i wypluty

Bałtycki efekt „Zapadu-17”

Bałtycki efekt „Zapadu-17”

Platforma w kiblu

Sprawa nazwana została przez internautów #SzczerbaWKiblu. Jest o tyle żenująca, co ciekawa. Głównie z jednego powodu. Oddaje w pigułce sposób postępowania i myślenia całego środowiska politycznego, z którego pan poseł się wywodzi.

„Jeśli taka sytuacja miała miejsce, mimo że jej nie pamiętam, to jest mi po prostu przykro i przepraszam” – napisał poseł Platformy Obywatelskiej w komentarzu pod relacją na Facebooku, opisującą brawurową akcję wymijania przez posła Szczerbę kolejki do toalety.

Poseł Szczerba nie pamięta, czy na pewno władował się do toalety bez kolejki, nie pamięta, czy poprawiając fryzurę przed lustrem czekał, aż drzwi uchylą się na tyle sekund, ile potrzebne jest obrońcy demokracji na wyprzedzenie czekających za potrzebą zwykłych zjadaczy chleba i zamknięcie się w zaciszu kabiny. Nie przypomina sobie, czy w kabinie zaciął się zamek, nie pamięta też, czy ktoś pomógł mu wydostać się z pułapki, wreszcie nie pamięta, czy po uwolnieniu mroził wyrolowanych współtowarzyszy z kolejki spojrzeniem i tekstem, że sobie ich zapamięta. Wreszcie poseł Szczerba nie pamięta, czy wytrącił dziennikarzowi z ręki telefon, którym ten chciał scenę uwiecznić. Sprawa nazwana została przez internautów #SzczerbaWKiblu. Jest o tyle żenująca, co ciekawa.

Głównie z jednego powodu. Oddaje bowiem w pigułce sposób postępowania i myślenia całego środowiska politycznego, z którego pan poseł się wywodzi. Spójrzmy na tę sekwencję raz jeszcze: pan poseł omija osoby stojące w kolejce, sugerując, że przybył tu w zupełnie innym celu niż jest naprawdę – że przyszedł tylko umyć ręce. To podstęp stosowany przez szefów pana Szczerby wielokrotnie – ot, choćby przez byłego premiera, który starając się o poparcie w wyborach, zaprzeczał, aby starał się o jakiekolwiek stanowisko zagraniczne.

Tylko po to, by objąć je natychmiast, kiedy otworzyły się drzwi do takiej możliwości. Symboliczne jest również zacięcie się pana posła w miejscu odosobnienia. To albo spektakularna nieudolność, albo kuriozalny pech, niczym w wypadku suto opłacanych platformianych budowniczych nieistniejącej elektrowni jądrowej lub związków z krętaczami od Amber Gold. Sprawdzona metoda obrońców demokracji objawiła się również po uwolnieniu pana posła z zatrzaśniętej kabiny. Cóż bowiem stara się zrobić pan poseł z osłupiałymi świadkami swojego bezczelnego i nieudolnego występu? Zastraszyć. Bierze przykład ze swoich szefów, którzy niegdyś do śmiejących się im w twarz kibiców mówili: „Idziemy po was” i organizowali przeciwko nim miejskie łapanki, jak w czasie słynnej akcji „Widelec”. Kiedy jednak próby zastraszenia przynoszą efekt odwrotny do spodziewanego, a świadkami kompromitacji polityka okazują się być przedstawiciele mediów, ten sięga po inny sprawdzony w boju sposób działania: wali w dziennikarzy. I znowu robi to samo, co jego macierzysta partia czyniła, kiedy gazety ujawniały niewygodne dla niej fakty: używa siły, niczym Donald Tusk, wysyłając ABW do siedziby tygodnika „Wprost”. Kiedy zaś mleko się rozleje i wydaje się, że kompromitacja jest pełna, a jedyne, co pozostaje, to zaszyć się w mysiej dziurze, poseł Szczerba daje dowód, że jest wzorcem z Sèvres działacza Platformy: mówi po prostu, że nie pamięta, czy coś takiego się wydarzyło.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Jak Lis zdusił rysia

Czasami w „Newsweeku” można trafić na prawdziwą perłę kunsztu dziennikarskiego, tekst-symbol: rzetelności, obiektywizmu, a nade wszystko wiedzy autora. Koneserzy mogli odnaleźć takie cudo w tygodniku Lisa sprzed tygodnia. „Newsweek” po raz kolejny ruszył na łowy. Na celownik – nie pierwszy raz – wziął księdza Tomasza Duszkiewicza, sprawującego posługę w Lasach Państwowych.

Dla tygodnika, którego niemiecki wydawca cyklicznie wskazuje swym żurnalistom, co mają pisać, duchowny jest bohaterem wprost wymarzonym. Po pierwsze, bezkompromisowo przez lata domagał się prawdy o Smoleńsku; po drugie, upamiętnia Żołnierzy Wyklętych; po trzecie, z ogromnym sukcesem zainicjował Ekologiczne Forum Młodych w Białowieży; a po czwarte, obnaża manipulacje tzw. ekologów dotyczące stanu puszczy. Jak widać, pismo Lisa ma aż nadto powodów, by uderzać w księdza Duszkiewicza. I ostatnio zapodało swym czytelnikom kolejną opowieść o nim. Tym razem dziennikarz „Newsweeka” wyśledził, że duchowny gołymi rękoma udusił... rysia. Prawdziwego! Dzikiego kota! Oto historia tego przyrodniczego thrillera: ksiądz pędził puszczańskim duktem autem i dostrzegł kocura. Wcisnął hamulec, wyskoczył z samochodu, wyciągnął sztucer i trach. Ryś padł. Zaciągnął bestię do bagażnika i pognał dalej. Po jakimś czasie ustrzelony ze sztucera zwierz „ocknął się”. Demoniczny duszpasterz gołymi rękoma zawiązał mu sznurek na szyi i – jak pisze „Newsweek” – „zdusił”. Tę dramatyczną relację żurnalista cytuje za myśliwym, który zapewne bojąc się, że koledzy z koła zabiją go śmiechem, prosił redakcję o anonimowość. A teraz ze świata konfabulacji przenosimy się do realu. Każdy, kto ma blade pojęcie o zwierzęciu o nazwie ryś, wie, iż artykuł z „Newsweeka” to bujda na resorach. By wypisywać takie brednie, trzeba być albo skończonym idiotą, albo człowiekiem chorym z nienawiści do wszystkiego, co wiąże się z działalnością publiczną ks. Duszkiewicza. Opowieść o rysiu uduszonym gołymi rękoma pokazuje stan wiedzy redakcji, która co rusz wymądrza się na temat Puszczy Białowieskiej. Ludzie, którzy krytykują i pouczają leśników, twierdzą, iż zwierzę polujące na jelenie i łanie, będące groźnym przeciwnikiem dla wilka, mające pazury tylko nieco mniejsze od lamparcich, można złapać za szyję i dusić. A do tego jeszcze wyjść bez szwanku z takiej konfrontacji. Pomijam już fakt, iż żaden ryś – nawet cudem spotkany na puszczańskiej drodze – nie spędziłby nawet ułamka sekundy na wpatrywaniu się w zatrzymujący się samochód i wysiadającego z niego człowieka. Można powiedzieć: takie cuda to tylko w „Newsweeku”.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl