Znaj proporcje, mocium panie

To powiedzenie z „Zemsty” Aleksandra Fredry pasuje do wrzasków totalnej opozycji o rzekomej izolacji Polski w Europie. Kompletnie przeczą temu fakty. Choćby liczba spraw wszczętych przez UE wobec Polski. Za rządów PO-PSL była ona... bardzo duża.

Tylko między grudniem 2010 a październikiem 2015 r. doliczyłem się m.in. 17 wyroków skazujących Polskę przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości. Co ciekawe, to nie nasz kraj jest liderem w Unii pod względem spraw wytaczanych krajom członkowskim przez KE, poczynając od rozszerzenia UE w 2004 r. Przodują Włochy z 2897 postępowaniami, potem jest Grecja z 2518, Portugalia z 2154, Hiszpania z 2030, następnie Francja z 1948, Belgia (ojczyzna wroga Polski G. Verhofstadta) z 1908, Luksemburg (kraj naszego krytyka, szefa Komisji J.C. Junckera) z 1717. Polska jest dopiero na 8. miejscu, z 1656 sprawami! Tak mocno atakujące nas Niemcy miały 1643 sprawy przed trybunałem, niemal tyle co my! Więcej od nas spraw miało aż czterech członków założycieli EWG... Jeszcze niedawno z instrumentu weta w UE najczęściej korzystały... Niemcy, Austria i Belgia. Niech Państwo porównają to z tym, co słyszymy w dużej części mediów oraz od totalnej i niemerytorycznej opozycji.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...
Najnowsze opinie

500+ ma się dobrze

W obliczu nieszczęścia

Opozycji sondażowy ból głowy

Autograf dla mafiosa

Powtórka z historii?

500+ ma się dobrze

Pięćsetplusowy impuls rozwojowy jest solą w oku zjednoczonej opozycji. Stąd raz po raz słychać z tamtych okolic głosy, które próbują zdeprecjonować prorodzinny program Prawa i Sprawiedliwości. Ale to już się nie uda, bo nawet po stronie przeciwników rządu widać zdumienie efektywnością tego projektu.

Kilka dni temu na swoim blogu Antymatrix.polityka.pl Edwin Bendyk opublikował felieton pod znamiennym tytułem „A jednak nie przepijają. Alchemia 500+”. Pozwolę sobie na drobny cytat: „O tym, jak działa 500+ w wymiarze strukturalnym z perspektywy obiegu gospodarczego małych ośrodków, łatwo można się dowiedzieć, jadąc w Polskę. Kto robi to regularnie, dostrzeże, jak bardzo zmniejszyła się choćby liczba nachalnych ofert chwilówek, bo spadł na nie popyt. I to właśnie w tym strukturalnym efekcie kryje się w głównej mierze źródło politycznej siły PiS wyrażające się w wysokich wynikach sondaży. Powtarzanie bzdur o tym, że PiS przekupił elektorat przez rozdawnictwo, siłę tę tylko będzie wzmacniać, wzmacniając jednocześnie podział między Polską metropolitalną a pozametropolitalną”.


Edukacja i rozrywka


Punktem wyjścia dla refleksji Bendyka (krytycznej wobec PiS u, życzliwszej wobec 500+) są opublikowane niedawno wyniki badania Konfederacji Przedsiębiorstw Finansowych i Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH „Sytuacja na rynku consumer finance”, które obejmuje również analizę skutków programu 500+. Wynika z niego, że pięćsetplusowe pieniądze wydawane są przede wszystkim na bieżące wydatki: żywność, odzież. Ale część środków spożytkowana jest również na edukację, zajęcia dodatkowe oraz na rozrywkę. Co do ostatniego: to nowy, ciekawy trend, który warto poddać analizie, jeśli się utrzyma. Niewykluczone, że świadczy to o tym, iż część rodzin odetchnęła wreszcie finansowo i może sobie pozwolić na zapłacenie za czas wolny.


Rozumiem, że dla liberalnych czytelników „Polityki” rzecz może być niezwykła, ale to nie są przecież pierwsze badania, które potwierdzają taką strukturę pięćsetplusowych wydatków. Pod koniec sierpnia 2016 r. w tekście „500+ w akcji” analizowałem w „Codziennej” wnioski z ubiegłorocznego badania SGH, które były niemal bliźniaczo podobne. Wynikało z nich wówczas, że pieniądze, które otrzymują rodzice w ramach programu Rodzina 500+, wydawane są na zakupy żywności, ubrań, materiałów edukacyjnych oraz na opłaty związane z przedszkolem i szkołą. Ponieważ badania tak prestiżowego, jak to przeprowadzane przez SGH, nie można było zignorować, zdumienie liberalnej opozycji sięgnęło wówczas zenitu. Także część lewicy kręcąca nosem na 500+ była wtedy zmuszona na moment przycichnąć.


Program opozycji: Frustracja+


Odnotujmy, że jeszcze w lutym 2016 r. Edwin Bendyk w tekście „500+. Dobry pomysł, zła realizacja” pisał: „Rzekomo socjalne projekty PiS, źle przygotowane pod względem systemowym, mogą w efekcie skompromitować ideę aktywnej polityki społecznej, która w ostatnich wyborach zyskała społeczną aprobatę”. Nie wiem, czy autor zmienił zdanie o tym projekcie na nieco bardziej pozytywne, ale warto zwrócić uwagę na szersze zagadnienie. Część publicystów sprzyjających zjednoczonej opozycji stara się jednak coraz bardziej stonować pochwały dla 500+. Z jednej strony, ponieważ trudno zaprzeczać faktom, uznają dobrodziejstwa 500+, z drugiej jednak strony regularnie posługują się językiem deprecjonującym ten program. I ewidentnie grają na sukces opozycji. Banalna prawda zaś jest taka, że ewentualna zmiana władzy z PiS u na liberałów przyniosłaby „reformy” 500+ zmierzające do jego powolnego lub natychmiastowego wygaszenia. I choć mniej lub bardziej opiniotwórczy reprezentanci opozycji nie chcą tego powiedzieć wprost, uważają, że społeczeństwo powinno zapłacić taką cenę za odsunięcie PiS u od władzy.


Widać zresztą wyraźnie, że część opozycyjnej opinii publicznej reaguje złością i frustracją, gdy mowa o 500+: nie chcą się spełnić ich rojenia na ten temat, więc coraz częściej słychać głosy: „nie mówmy już o tym, dość potakiwania, że 500+ jest okej”. Wynika to z większego problemu liberalnej opozycji – coraz bardziej traci grunt pod nogami, więc szamocze się koncepcyjnie: licytować się z PiS em na politykę społeczną, iść raczej w pryncypialnie liberalną gospodarczo krytykę, czy po prostu bić w demokratyczny bębenek. Mówiąc pół żartem, pół serio, jedyny program społeczno-gospodarczy zjednoczonej opozycji to Frustracja+: bo wciąż rośnie, rośnie i rośnie. A przecież mówili, że rząd PiS u nie przetrwa roku czy dwóch. Po raz pierwszy w dziejach III RP polityka społeczna i prorodzinna wprost wygrywa z lumpenliberalnymi iluzjami i połajankami. I nawet jeśli jest niedoskonała – tym bardziej powinno to wszystkim dawać do myślenia.

Pieniądz rodzi pieniądz

Wróćmy jeszcze do samego programu Rodzina 500+. Mamy do czynienia z dość już czytelnym trendem: pięćsetplusowe rodziny racjonalnie wydają otrzymywane środki. Niskie bezrobocie i wzrost stawki godzinowej zwiększają optymizm konsumencki i impuls popytowy. Ale pozytywny pięćsetplusowy efekt domina ma jeszcze jeden aspekt, na który rzadko zwraca się uwagę. Opiszmy rzecz obrazowo. Anglicy mają powiedzenie: w czteroosobowej rodzinie bułka za pensa kosztuje cztery pensy. Przed 500+ skromnie żyjąca rodzina państwa Kowalskich z trojgiem dzieci miała problemy z utrzymaniem się od pierwszego do pierwszego. Powody były liczne: dwie skromne pensje, czyli niecałe 4 tys. zł miesięcznie na rękę – na pięć osób. Sztywne wydatki: czynsz, media, żywność, telefon, paliwo, może jakaś pożyczka. Do tego wydatki cykliczne związane z edukacją dzieci i wydatki okolicznościowe: wypadki losowe, naprawa auta, choroby dzieci, święta. Pieniędzy nie wystarcza, ale są dziadkowie. Oszczędzają na lekach, na własnym domostwie, dają pieniądze na wnuki.


Po 500+ pieniędzy przybywa. Nie tylko rodzicom dzieci, ale także ich dziadkom. Środki finansowe wcześniej transferowane z budżetu dziadków do budżetu Kowalskich zostają u szanownych emerytów: w całości lub w części (choć raczej to drugie, znając więzi w polskich domach). Kowalscy mają 500+, które poza bieżącymi wydatkami dzięki swojej stabilności pozwala planować budżet w dłuższej perspektywie, a to często wiąże się z zakupami o wyższym standardzie. A dziadek i babcia Kowalscy mają wreszcie więcej pieniędzy dla siebie, na swoje mieszkanko, swoją część domu, na leki, na remont, na lepszą żywność – albo mogą te pieniądze przekazać innym dzieciom czy wnukom. To nie jest bagatelna kwestia: ona wprost pokazuje, że zasięg 500+ jest szerszy, niż się wydaje. To powoduje, że nawet rodziny nieobjęte tym projektem również z niego korzystają. Gdyby w przyszłości ktokolwiek spróbował odebrać ten program, zirytuje nie tylko jego bezpośrednich beneficjentów, ale również ich okołorodzinne otoczenie.


500+ ma się dobrze. Opozycja ma się gorzej. Ten trend się pewnie jeszcze utrzyma, ale pewna rzecz nie daje mi spokoju: co z sukcesu 500+ zrozumiała znaczna część aktywu rządzącej obecnie partii? Czas i o tym zacząć rozmawiać.

Udostępnij

Tagi

W obliczu nieszczęścia

Z różnych powodów ubiegły tydzień obfitował w dramatyczne sytuacje zarówno w Polsce, jak i na świecie – u nas walczono ze skutkami klęski żywiołowej, zachodnia Europa kolejny raz, właściwie kilka razy, padła ofiarą terroru. Wnioski płynące z tych nieszczęśliwych wydarzeń również nie nastrajają optymistycznie.

Na to, że Polacy, czy mówiąc ściślej, polska klasa polityczna, potrafi zjednoczyć się w obliczu zagrożenia, trudno liczyć już od dawna, ostatnie złudzenia zniknęły w kwietniu 2010 r. Niestety również teraz, gdy wiele rodzin dotkniętych jest prawdziwym nieszczęściem, nad ich głowami i z wykorzystaniem ich cierpienia trwa polityczna wojna. Tydzień temu ostrzegałem, że dla rządu, który swój wizerunek opiera na empatii i uwadze poświęcanej zwykłym Polakom, wrażenie, że w obliczu klęski żywiołowej wykazał się niedostatkami empatii i działania, będzie dużym wizerunkowym kłopotem.


Rząd podjął wiele działań mających na celu pomoc dotkniętym przez nawałnicę rejonom, jednak opozycja zaatakowała bezlitośnie. Wystarczy przejrzeć aktywność jej polityków w mediach tradycyjnych i społecznościowych, by zauważyć przykre zjawisko. Nawet potrzebne i szlachetne inicjatywy, polegające na niesieniu pomocy potrzebującym, odbywają się „przeciwko czemuś” – by pokazać, że rząd nie daje sobie rady i tylko opozycja potrafi uratować sytuację.


Impuls do takich działań dał Grzegorz Schetyna, oferujący w zdecydowanie nieprzyjaznym tonie pomoc „doświadczonych samorządowców PO”, którzy wszelkie problemy mieli rozwiązać w 48 godzin. Do boju rzucono chyba cały skład z pamiętnego przeciągania samolotu Amber Gold na gdańskim lotnisku, sytuacja jednak wciąż nie jest rozwiązana. Widać jedynie, jak fatalnie na współpracy odpowiedzialnych za bezpieczeństwo instytucji odbija się „kohabitacja” między rządem a opozycją totalną. Tak jakby część samorządowców wyszła z założenia, że to, co stanowi ich obowiązek, nie musi być ich faktycznym problemem w sytuacji, w której skutkami zaniedbań obciążyć można znienawidzony rząd w Warszawie.


Fejki i hejty


Co więcej, pojawiły się klasyczne, lecz onieśmielające poziomem swojej bezczelności fake newsy, jak choćby rzekome zdjęcie butów premier Beaty Szydło, w rzeczywistości pokazujące buty wojewody – tak jakby obuwie było tu sprawą kluczową. Z falą krytyki spotkał się też wywiad z szefową rządu w programie „Gość Wiadomości”, dokładniej zaś fakt przeprowadzenia rozmowy w remizie strażackiej. Stanisław Gawłowski, polityk Platformy Obywatelskiej, zażądał wręcz przeprosin, ponieważ jako element scenografii wykorzystano wozy strażackie zakupione za rządów PO.


Hasło „Beata, przeproś” to główne zawołanie zatroskanej losem mieszkańców Pomorza opozycji. Atakowano też Antoniego Macierewicza za wybrany sposób transportu, przede wszystkim zaś za brak akcji Wojsk Obrony Terytorialnej. Opluwana dotąd „prywatna armia Macierewicza” nagle okazała się niezbędna i wyczekiwana, pominięto jednak, że na miejscu nie było jej w wyniku wcześniejszego oporu lokalnych polityków PO blokujących jej tworzenie w tym województwie. Terytorialsi zaś, jak sama nazwa wskazuje, przywiązani są do miejsca, obecnie zaś WOT działa dopiero w trzech województwach na wschodzie Polski. Wreszcie poseł Platformy Michał Szczerba zaatakował wicepremiera Mateusza Morawieckiego za to, że pomoc dla poszkodowanych będzie opodatkowana, choć już dzień wcześniej Ministerstwo Finansów zapowiedziało inicjatywę idącą w przeciwnym kierunku. W tym samym zresztą czasie czytelnicy „Gazety Wyborczej” mogli się dowiedzieć, że i rządowa pomoc nie jest tak naprawdę niczym dobrym, oducza bowiem ludzi ubezpieczania się. O tym zaś, że trzeba się ubezpieczać, mówił już Włodzimierz Cimoszewicz w 1997 r.


Optymizmu nie ma


Jak wspomniałem, trudno z tej sytuacji wyciągać optymistyczne wnioski. Samorządy bardziej niż na pomoc obywatelom nastawione są na konflikt z rządem, deklarując zaś skuteczność i samodzielność, bez rządowej pomocy zwyczajnie sobie nie radzą. Rząd zaś, choć podejmuje wiele działań mających na celu likwidację szkód, gorzej wypada wtedy, gdy opiera się na informacjach, które powinien otrzymywać z dołu. W sytuacji konfliktu politycznego zasada pomocniczości najwyraźniej przestaje się niestety sprawdzać, jednak fakt, że klęska żywiołowa pokazuje brak współdziałania pomiędzy władzami szczebla lokalnego i centralnego, jest bardzo niepokojący. Pozostaje praca zwykłych ludzi na dole i kierowanie do nich odpowiedniej pomocy – wojska, strażaków, instytucji finansowych, nie może być to jednak przestrzeń rywalizacji.


Innym jeszcze aspektem tragedii, która dotknęła północ Polski, jest hipokryzja rzekomych obrońców przyrody. Straty, o wiele większe niż te, które powoduje – jeśli przyjąć argumentację ekologów – wycinka w Puszczy Białowieskiej, nie robią na nich żadnego wrażenia. „Żadne drzewo nie jest nielegalne” chciałoby się powiedzieć naukowcom, parafrazując modne kilka lat temu hasło, że monokultura sosnowa nie stanowi żadnej wartości i z punktu widzenia przyrody nie stało się właściwie nic. Możemy być pewni, że gdyby jednak te same drzewa chciał wyciąć minister Szyszko, szybko ich losem zainteresowałyby się liczne organizacje pozarządowe i Unia Europejska. Politycznie atrakcyjna jest dla nich jednak wyłącznie Puszcza Białowieska. Co ciekawe, coraz częściej słyszymy informacje o aktach przemocy, jakich dopuszczać mają się ekolodzy (a może już ekoterroryści) wobec leśników, a ostatnio również wobec księdza – kapelana Dyrekcji Generalnej Lasów Państwowych i ministra środowiska. Czy Białowieża stanowi swoisty poligon doświadczalny przed wprowadzeniem elementu fizycznej przemocy do polskich protestów?


Przeprosiny z szablonu


Podczas gdy Polska zmaga się z konsekwencjami naturalnych zjawisk, na Zachodzie dochodzi do kolejnych aktów terroru. Wysyłający bliźniaczo podobne tweety wyrażające współczucie Donald Tusk tym razem musiał wspomnieć o mieszkańcach Barcelony. W Hiszpanii, w której od czasu pamiętnego zamachu w metrze panował względny spokój (z terroru zrezygnowali również walczący o niepodległość Baskowie), rozwinęły się struktury IS, które dały o sobie znać nie tylko w stolicy Katalonii. W zeszłym tygodniu doszło też do kilku drobniejszych, lecz równie niepokojących wydarzeń w innych krajach, a obecnie stan podwyższonej gotowości panuje we Włoszech.


Europejskiej lewicy nie skłania to jednak do żadnych głębszych wniosków. Symboliczne jest nagranie, w którym kondolencje ofiarom z Marsylii składa socjalista Martin Schulz, a za jego plecami cały czas widzimy zaśmiewającą się partyjną koleżankę kandydata na kanclerza Niemiec. Jednak i u nas nie zabrakło osób, które uznały, że dramat w Katalonii to okazja, by zabłysnąć w mediach. Jak zwykle w takich okolicznościach dowiedzieliśmy się, że więcej osób ginie w wypadkach samochodowych i z powodu grypy, nie wydarzyło się więc nic specjalnego. „Skala zamachu? Prymitywne zabicie jedynie 13 osób (z szacunkiem dla wszystkich ofiar). Skala jest dramatycznie... mała” – napisał na Twitterze Marek Migalski. Jednych rozczarowuje więc skala zamachu, inni próbują kontynuować pedagogikę wstydu, martwiąc się, że nie jesteśmy atrakcyjni dla terrorystów.


Czy ten tydzień będzie lepszy? Zaczynamy go od nowych, bardzo niepokojących wiadomości dotyczących śmierci posła Rafała Wójcikowskiego. Przed służbami naszego rządu kolejne bardzo trudne zadanie.

Udostępnij

Tagi

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl