Warszawski wehikuł czasu

Hanna Gronkiewicz-Waltz ogłosiła, że nie ma zamiaru płacić kar nałożonych na nią przez komisję weryfikacyjną. Konsekwentnie nie pojawia się na posiedzeniach, drwiąc sobie z prawa.

Prezydent Warszawy uznała, że powinni za nią zapłacić podatnicy. Jakież to zabawne. Myślenie idzie bowiem w tym kierunku – ja, urzędnik państwowy, nie dopełniłam obowiązków, umożliwiając okradanie podatników, i to dlatego podatnicy powinni zapłacić odszkodowania na rzecz innych podatników. Rozumieją Państwo coś z tego? Bo ja nie. Bogu jednak dziękować, że Hanna Gronkiewicz-Waltz jeszcze sprawuje swoją funkcję, bo stale przypomina, czym jest Platforma Obywatelska. Jej zachowanie w niczym nie odbiega od tego, co obserwowaliśmy w latach 2007–2015. Chciwości i pazerności wychodzącej na każdym kroku. Ot choćby taki Radosław Sikorski, który w warszawskiej restauracji jadł służbowo, ale pił prywatnie, zwracając pieniądze za wino wypite podczas nagranej rozmowy w jednym z droższych lokali w Warszawie. To oczywiście tylko jeden z wielu przykładów, bo przecież Hanna Gronkiewicz-Waltz to wprost kontynuacja krętactw Sławomira Nowaka, który przekonywał, że jego drogi zegarek to podróbka, czy szefowej UKE Magdaleny Gaj, która do Burkina Faso latała, by uczyć się, jak przeprowadzać cyfryzację. Prezydent Warszawy, podobnie jak wszyscy wymienieni, nawet nie jest w stanie sobie wyobrazić, dlaczego ludzie się jej czepiają. O ile dobrze rozumiem, w przekonaniu Gronkiewicz-Waltz jej życie to ciąg utrapień na rzecz mieszkańców stolicy i nie jest w stanie tego wynagrodzić nawet cały kwartał kamienic w Śródmieściu. Jeżeli ktoś dziś tęskni za PO, zawsze może sobie prześledzić pracę komisji weryfikacyjnej. Działa lepiej niż wehikuł czasu. 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Ludzkie pochodnie

Akt samobójstwa jest czymś, co człowiek praktykuje od wieków i może dokonać go na dziesiątki sposobów. Może się jednak okazać, że nieszczęśnika z Warszawy ktoś za pomocą manipulacji popchnął do desperackiego kroku.

W starożytnym Rzymie samobójstwo to była złożona ceremonia, okraszona wystawną ucztą, podczas której samobójca podcinał sobie żyły. W wiekach późniejszych wszystko uproszczono – nieborak strzelał sobie w skroń, wieszał się, skakał z drapaczy chmur czy rzucał pod koła pędzącego pociągu. Jedną z najrzadziej spotykanych metod był akt samospalenia. Do dziś pamiętamy dramatyczne czyny, jakich dokonali Ryszard Siwiec na Stadionie Dziesięciolecia czy Walenty Badylak na krakowskim Rynku Głównym.


Trzeba pomyśleć, w jakiej kondycji psychicznej jest osoba decydująca się na podjęcie samobójczego kroku, i to w dodatku przez podpalenie własnego ciała. Medycyna diagnozuje czyn jako objaw choroby psychicznej i tutaj miejsca na polemikę nie ma – na własne życie targa się jedynie człowiek cierpiący na zaburzenia umysłowe.


Na poważne zaburzenia umysłowe cierpiał mężczyzna, który podpalił się na warszawskim pl. Defilad 19 września 2017 r. To fakt bezsporny, potwierdzony przez krewnych mężczyzny, zaginionego kilka dni temu mieszkańca podkrakowskich Niepołomic. Bliscy tego nieszczęśliwego człowieka zaznaczyli, że przebywał on pod opieką psychiatry od kilku lat, i byli pełni obaw, czy nie targnie się na swoje życie.


Niestety, ziściły się ich najgorsze obawy, stan chorego uległ pogorszeniu i próbował publicznie dokonać straszliwej autodestrukcji. Mam nadzieję, że lekarze staną na wysokości zadania i będą próbowali uleczyć najpierw poparzone ciało, a później chorą duszę niedoszłego samobójcy.


Zastanawiam się, czy natychmiastowego leczenia nie potrzebują dusze Jacka Żakowskiego, nazywającego tego człowieka „zdesperowanym patriotą”, oraz Jana Hartmana, który już okrzyknął go symbolem walki z reżimem PiS-u. Swoje tezy panowie zbudowali na podstawie ulotek, które chory miał rozrzucić w miejscu samospalenia. Dziwnym zrządzeniem losu te nietknięte ulotki trafiły w ręce miejskiej radnej SLD Pauliny Piechny-Więckiewicz i jej partyjnego kompana Tomasza Sybilskiego. Obydwoje państwo skwapliwie wypełnili ostatnią wolę nieszczęśnika i umieścili jego manifest w jednym z serwisów społecznościowych. Widać, że na warszawskich lewicowych radnych można liczyć nawet w chwili śmierci.


Oczywiście natychmiast podniesiono fakt, że w Pałacu Kultury i Nauki przebywał w tym czasie Jarosław Kaczyński i – co staje się „oczywiste” – jest on „jednoosobowo odpowiedzialny” za to, co się wydarzyło.


Takiej wolty myślowej mogą dokonać jedynie mózgi chore i pozbawione elementarnych granic przyzwoitości – te same, które od lat zarzucają Jarosławowi Kaczyńskiemu „obłędny taniec na grobach ofiar katastrofy smoleńskiej”. Mam nadzieję, że mężczyzna będzie mógł być przesłuchany w przyszłości przez policję, w obecności biegłych psychiatrów, i wtedy opowie o wydarzeniach poprzedzających jego straszliwy czyn. Jeśli okaże się, że ktoś za pomocą manipulacji popchnął nieszczęśnika do tego kroku, to jego miejsce będzie za więziennym murem. A panom Żakowskiemu i Hartmanowi zalecałbym powściągliwość, bo nawet obrzydliwość powinna być ujęta w ramy. Sądzę, że ich guru i autor tezy „warto być przyzwoitym” dodałby dziś, iż walki politycznej nie prowadzi się, używając „ludzkich pochodni”.


Howgh!



Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Samotnik. Nałogowy kawosz i czytacz politycznych newsów.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl